fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Marek Migalski: Jarosław Kaczyński ratuje demokrację

Jeśli w 2015 r. Platforma wygrałaby po raz trzeci, to nadal ”psiapsiółki” Ewy Kopacz mogłyby kierować MSWiA.
Fotorzepa, Jerzy Dudek
W jakim stanie byłaby dziś Polska, gdyby wybory w 2015 r. wygrała koalicja PO–PSL?

Mają rację wszyscy ci, którzy zauważają łamanie przez obóz rządzący demokracji w Polsce. W tych właśnie kategoriach należy bowiem widzieć paraliż Trybunału Konstytucyjnego, degenerację mediów narodowych, próby ograniczenia niezawisłości wymiaru sprawiedliwości, faktyczną likwidację niezależności służby cywilnej, obsadzanie spółek Skarbu Państwa partyjnymi funkcjonariuszami, zapowiedzi zmian ordynacji wyborczych tak, by wypaczały one wyniki głosowania i sprzyjały Prawu i Sprawiedliwości. Każdego dnia poczynania nowej ekipy każą nam się zastanawiać, czy jeszcze żyjemy w demokracji liberalnej, czy też już wchodzimy w system demokratury, demokracji suwerennej, demokracji nieliberalnej czy też po prostu jakiejś formy autorytaryzmu. I choć na razie odpowiedź na to ostatnie pytanie jest raczej negatywna, to przecież nie sposób nie zauważać niepokojących zjawisk i wydarzeń. Demokracja trzeszczy pod rządami Jarosława Kaczyńskiego oraz jego ludzi i zastanawiamy się wciąż, czy wytrzyma test twardości przeprowadzany na niej z centrali na Nowogrodzkiej.

Ale ciekawym eksperymentem myślowym byłoby zastanowienie się, w jakim stanie byłaby ta ukochana przez wszystkich demokracja, gdyby w 2015 roku obie elekcje wygrał poprzedni obóz polityczny? Co by się działo z naszym systemem politycznym, gdyby rząd nadal był tworzony przez PO i PSL, a w Pałacu Prezydenckim zasiadał Bronisław Komorowski? Jesteście państwo pewni, że nasza demokracja kwitłaby, a prawa obywatelskie były w jak najlepszym porządku? Przecież Komorowski – zmęczony sobą i obrażony na cały świat, że nie został wybrany już w pierwszej turze – już zupełnie nic by nie robił i oddawałby się leniwemu pilnowaniu żyrandola. Wściekły na głupie społeczeństwo, które upokorzyłoby go koniecznością walki z „tym niepoważnym Dudą", dotychczasowy prezydent już całkowicie zaniechałby jakiejkolwiek aktywności i oddawał się swojemu ulubionemu hobby – myślistwu i strzelaniu gaf.

W Trybunale Konstytucyjnym zasiadaliby zapewne... nielegalnie wybrani sędziowie – tyle tylko, że to nie ci wskazani przez PiS, ale owi nielegalnie wybrani przez poprzednią większość sejmową. Protestujący wobec tego procederu posłowie PiS byliby zapewne wyśmiani przez prezesa Rzeplińskiego i ośmieszeni autorytetem jakichś wybitnych konstytucjonalistów, na przykład profesora Chmaja.

Jeśli Platforma wygrałaby po raz trzeci, to nadal „psiapsiółki" Ewy Kopacz mogłyby kierować MSWiA, a Stefan Niesiołowski zasiadałby w fotelu szefa sejmowej komisji obronności (choć o wojsku wie tyle, że powinni być do niego przymusowo wcieleni wszyscy zwolennicy PiS, przed ich odesłaniem do Berezy). W spółkach Skarbu Państwa pewnie nie byłoby Misiewiczów, ale tylko dlatego, że PO i PSL miałyby tysiące swoich złotych chłopców, których chętnie posłałyby do ich rad nadzorczych i zarządów.

Kiedy słusznie narzekamy na to, że magister politologii zostaje przewodniczącym komisji mającej badać prawne aspekty prywatyzacji i że komisja ta ma jawnie polityczny cel zniszczenia Hanny Gronkiewicz-Waltz, to może warto się zastanowić, czy bez zmiany władzy nie mielibyśmy czasem do czynienia z tym, że dzika i skandaliczna reprywatyzacja w stolicy byłaby w najlepsze kontynuowana, a kolejne setki osób byłyby krzywdzone w majestacie prawa. Gdy obserwujemy putinowski spektakl wzywania przez telefon, na oczach widzów, Sławomira Nowaka na świadka przed komisję śledczą, to na szczęście dla jasności obrazu ten ostatni przypomina nam bezczelność i butę poprzedniej ekipy, pisząc na Twitterze do przewodniczącej owej komisji: „Pani Małgosiu, niech pani wyśle smska".

Dziś wszyscy twierdzą, że program 500+ jest dobry i musi być kontynuowany – przy ewentualnych małych korektach. Ale przecież gdyby nie zwycięstwo PiS, te miliardy złotych szłyby znowu na kolejne pomysły PR-owców PO, a nie do kieszeni ludzi. To, co obecna władza wyczynia z mediami publicznymi, nie ma precedensu, ale chodzi tu raczej o skalę manipulacji, a nie o istotę. Wszak media te zawsze były tubą propagandową obozu rządzącego i nikt nie może dać gwarancji, że tak nie działoby się obecnie, gdyby zwycięstwo w 2015 roku odniósł poprzedni obóz władzy. Nikt też nie jest w stanie zapewnić, że – rozzuchwalona swą bezkarnością i trzecią z rzędu victorią parlamentarną – ekipa PO-PSL nie posyłałaby służb specjalnych do kolejnych niepodobających się jej redakcji.

By być dobrze zrozumianym – obecne rządy PiS poważnie zagrażają demokracji i powyższe uwagi tego nie unieważniają. Ale zagrażają jej w odmienny sposób, niż uderzałyby w jej podstawy kolejne lata sprawowania władzy przez sytych, butnych i bezczelnych polityków poprzedniej ekipy. Gdyby dane im było po 2015 roku kontynuować swoje rządy, prawdopodobnie uczyniliby z Polski kraj pełzającej korupcji, gnijących procedur, cichego łamania zasad, oligarchicznego układu w biznesie, klientelizmu w polityce. Nie byłoby jawnego ataku na instytucje publiczne, ale mielibyśmy do czynienia z powolnym osuwaniem się naszego kraju ku modelowi latynoamerykańskiemu. O ile więc dziś możemy mieć obawy, czy Rzeczpospolita nie zmierza ku systemowi tureckiemu lub rosyjskiemu, o tyle w przypadku trwania poprzednich rządów zmierzalibyśmy nieuchronnie ku rozwiązaniom znanym w Peru, Boliwii czy – w najlepszym razie – we Włoszech w latach 90. poprzedniego stulecia.

Może więc – paradoksalnie – wygrana PiS i jego rządy są dla polskiej demokracji zbawienne? Nie dlatego, iżby fanatykiem demokracji był Kaczyński i jego pretorianie, ale dlatego, że uniemożliwiły one kontynuację władzy ekipy, która w oczywisty sposób degenerowałaby się podczas swej trzeciej kadencji. A także degenerowałby się system polityczny. Gdy dzisiaj obserwuję, jak bardzo zarówno PO pod przywództwem Grzegorza Schetyny, jak i PSL pod kierownictwem Władysława Kosiniaka-Kamysza (a nawet – o zgrozo – SLD Włodzimierza Czarzastego) starają się dbać o standardy w swych ugrupowaniach i hołubią system demokratyczny, wolne media i prawa obywatelskie, to myślę sobie, że dobrze im zrobią co najmniej cztery lata bezsilnego przypatrywania się temu, co z demokracją wyprawia PiS i prezydent Duda. Ale – co ciekawe – nie sposób nie mieć wrażenia, że ten okres próby jest dobry także dla demokracji w skali całego państwa. Jeśli opozycja przejmie władzę w 2019 i 2020, to – paradoksalnie – będzie to lepsze dla demokracji, niż gdyby rządziła nieprzerwanie, bez odświeżającego – mimo wszystko – doświadczenia, jakim są rządy Kaczyńskiego. Władza PiS jest zatem dobra dla demokracji? Historia lubi takie paradoksy.

Autor jest politologiem, byłym europosłem PiS i PJN

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA