fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Plan Morawieckiego: Program wiary w państwo

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Dlaczego plan Mateusza Morawieckiego nie ma szans powodzenia?

Z programem odpowiedzialnego rozwoju wicepremiera Morawieckiego ekonomiści mają spory problem. Plan jest wewnętrznie niespójny, cele są niepraktyczne, a drogi do osiągnięcia tych celów kręte, wyboiste i niezrozumiałe.

Program, zgodnie z filozofią PiS, przewiduje zwiększenie roli państwa w gospodarce. Pomija podstawową rolę wolnej konkurencji. Np. w przypadku niskich wynagrodzeń autorzy programu nie uważają, że doganianie krajów zachodnich jest długim procesem, który zależy przede wszystkim od wzrostu produktywności pracy i konkurencyjności naszych producentów. Reprezentują natomiast zaskakujący pogląd, że relatywnie niskie płace wynikają z narzuconego systemu determinującego nasz los, który trzeba odrzucić. Według tej kazuistyki bez interwencji rządu nie da się zmienić naszego miejsca na drabinie łańcucha tworzenia wartości dodanej.

Lewicowe wzory

W myśleniu tym odnaleźć można analogie z teoriami znanego i wpływowego w latach 50. ekonomisty, laureata Nagrody Nobla Artura Lewisa. Uważał on, że duża część krajów rozwijających się ma dualną gospodarkę: tradycyjne nisko efektywne rolnictwo oraz dzięki inwestycjom w miarę nowoczesny przemysł. Ten podział miał nasilać migrację ludności do miast i napędzać rozwój poprzez uprzemysłowienie. Lewis zakładał, że z uwagi na „nieograniczoną" podaż siły roboczej ze wsi sektor przemysłowy (kapitalistyczny wg nomenklatury Lewisa) mógł rosnąć bez potrzeby wzrostu płac. Powodować to miało akumulację kapitału (głównie zagranicznego) oraz jego coraz większą rentowność. W efekcie osiągany jest wzrost gospodarczy tak długo, dopóki istnieją rezerwy taniej siły roboczej. Dopiero wtedy, gdy te zasoby zostaną wyczerpane, sektor przemysłowy gospodarki zmuszony będzie podwyższać płace.

Plan gospodarczy rządu nie jest zatem czymś zupełnie nowym zarówno w teorii ekonomii, jak i w historii gospodarczej świata. Model gospodarczy wymyślony przez Mateusza Morawieckiego był stosowany w latach 50. i 60. w krajach rozwijających się, szczególnie w Afryce. Cechą wspólną ich strategii rozwojowych było zwykle silne centrum gospodarcze oraz droga na skróty pod hasłem pokonywania opóźnień cywilizacyjnych, system finansowy oparty na państwowych bankach i instytucjach rozwojowych sterowanych i finansowanych przez omnipotentne państwo.

W ten sposób rządy przejmowały kontrolę nad oszczędnościami prywatnymi (oszczędności publiczne zwykle nie istniały). W efekcie tych strategii kraje te rzeczywiście osiągały przyśpieszenie industrializacji, ale większość z nich wykazywała negatywną produktywność kapitału, przez co dystans do krajów rozwiniętych nie zmniejszał się, lecz zwiększał, gdyż olbrzymie środki publiczne przeznaczane na inwestycje były marnotrawione. Z dzisiejszej perspektywy można stwierdzić, że te modele nigdzie w świecie się nie sprawdziły, gdyż miały trudności zapewnienia gospodarce zrównoważonego wzrostu, w efekcie czego wszyscy od nich odchodzili.

Nielubiani inwestorzy

Innym ciekawym paradygmatem sprzed ponad pół wieku było przekonanie o konieczności centralnego sterowania gospodarką oraz o uzależnieniu od kapitału zagranicznego (Morawiecki określa to jako pułapkę rozwoju zależnego).

Taka tyrada przeciwko inwestorom zagranicznym jest niezrozumiała. O ile na pewno nie powinni być oni uprzywilejowani w stosunku do krajowych, o tyle błędem jest zarzucanie im, że transferują w formie dywidend ponad 90 mld zł rocznie. To jest mniej niż 5 proc. zainwestowanego kapitału, czyli wcale niewygórowana kwota za absorpcję oszczędności zagranicznych (krajowe są za niskie), które pracują na rzecz naszej gospodarki, tworzą miejsca pracy i zwiększają PKB.

Jeśli rząd chce te pieniądze zatrzymać w Polsce, to może wprowadzić system zachęt podatkowych, np. na wzór Estonii, gdzie korporacje są zwolnione z podatków, jeśli cały zysk reinwestują na miejscu.

Przewidując rosnącą rolę państwa w gospodarce, program nie wspomina nic o koniecznych zmianach w administracji, by takim procesem efektywnie zarządzać.

Musi zostać zmieniony sposób oceny urzędników na taki, który skłania ich do podejmowania ryzyka, oraz zmieniony system karny. Urzędnik dzisiaj nie jest po to, by pomóc przedsiębiorcy. Wiadomo, że państwowe instytucje i fundusze inwestycyjne z pewnością będą podejmować też złe decyzje inwestycyjne, tak to już jest w biznesie. Dzisiaj w przypadku strat ich szefom grożą wieloletnie spotkania z prokuraturą. Dlatego trzeba sięgnąć po dobre rozwiązania z Niemiec, Francji czy Anglii. Wtedy skuteczność państwa w gospodarce będzie się zwiększać. W swojej narracji rząd wydaje się też nie dostrzegać, że efektywność inwestycji prywatnych jest dużo wyższa niż publicznych, dlatego dla jakości i tempa rozwoju istotne są przede wszystkim te pierwsze. Przyspieszeniu inwestycji powinna zatem towarzyszyć poprawa ich efektywności, zwłaszcza jeśli miałyby być one finansowane wzrostem zadłużenia, a na to się zanosi. Wzrost efektywności to przy zachowaniu równowagi makroekonomicznej warunek niezbędny, by uniknąć kryzysu finansowego.

Jeśli rząd chce zachęcić przedsiębiorców prywatnych do zwiększenia inwestycji i jednoczesnego podwyższania wynagrodzeń, powinien poprawiać warunki prowadzenia działalności gospodarczej. Wzrost kosztów pracy powinien być zrekompensowany obniżeniem ryzyka inwestycyjnego, a przynajmniej nie jego pogarszaniem, co przełoży się na zwiększenie bezpieczeństwa inwestorów oraz obniżeniem innych kosztów, np. energii, transportu, biurokracji.

Pytanie bez odpowiedzi autorów programu: jak radykalnie zwiększyć stopę oszczędności w kraju, który prowadzi dziś politykę promowania konsumpcji kosztem oszczędności? Trwały, obliczony na wiele lat i tak znaczący wzrost wydatków budżetowych musi utrudnić plan zwiększania oszczędności! Jak zatem pogodzić politykę niezbędnej zmiany dotychczasowego modelu rozwoju z wielkimi nowymi wydatkami socjalno-demograficznymi? Planowany wzrost inwestycji o 7 pkt proc. PKB będzie możliwy tylko wtedy, gdy równocześnie zwiększymy o tyle samo oszczędności narodowe.

Dlatego też program w części promocji oszczędności byłby bardziej wiarygodny, gdyby rząd przedstawił plan likwidacji deficytu strukturalnego sektora finansów publicznych. Ale o tym rząd nie wspomina.

Walka o rating

Zwiększenie dochodów państwa poprzez poprawę ściągalności podatków jest chwalebne, ale jeśli istotny wzrost wpływów podatkowych nie nastąpi, powinno dojść do redukcji dotychczasowego prokonsumpcyjnego programu rządu. Na dzisiaj nie można dodatkowych wydatków sfinansować w inny sposób niż poprzez zwiększenie długu publicznego, i tak to też rozumieją agencje ratingowe, z którymi komunikacja powinna być bezwzględnie poprawiona.

Ponieważ przez najbliższe lata balansować będziemy na wąskiej krawędzi maksymalnego deficytu dopuszczalnego przez traktat z Maastricht, będziemy skazani na zabieganie o zrozumienie inwestorów międzynarodowych. I nie ma w tym nic złego, jak sugerują autorzy rządowego programu. Komunikacją z rynkami powinien zająć się przede wszystkim Mateusz Morawiecki.

Program rządowy dużo mówi o innowacjach, ale nic o jakości szkolnictwa wyższego. Innowacje nie biorą się jednak z niczego, tylko z wiedzy.

Dysponujemy infrastrukturą, ale mamy kiepską jakość kadry i ponad 500 uczelni, z których żadna nie liczy się w rankingach międzynarodowych, a zamiast tego produkują na pęczki absolwentów o dużych aspiracjach, ale niskich umiejętnościach. Dlatego też realna reforma szkolnictwa wyższego z silnym szkolnictwem zawodowym jest warunkiem koniecznym większej innowacyjności.

Generalnie to dobrze, że rząd ma ochotę na jakąś refleksję na temat gospodarki. Plan skupia się na wykorzystaniu funduszy unijnych i regulacjach dla biznesu. Dostrzegam też myślenie w kategoriach ekonomii instytucjonalnej, czyli o instytucjach niezbędnych dla jakości funkcjonowania gospodarki, ale rząd nie precyzuje, co chce zmienić.

Jeśli wicepremier Morawiecki skoncentruje się na swoich instytucjach i jakości regulacji rynkowo-biznesowych oraz porzuci ambicje sterowania systemem gospodarczym, będzie to z korzyścią dla nas wszystkich. Przykładem instytucjonalnego myślenia mogłyby się stać m.in. propozycje wzmocnienia roli giełdy i rynku kapitałowego. Jasna deklaracja, że giełda ma ponownie do odegrania istotną rolę w gospodarczych planach, zdecydowanie poprawiłaby nastroje rynkowe i dała jasny przekaz, że partia rządząca nie jest na kursie kolizyjnym z gospodarką rynkową.

Historia gospodarcza świata mówi, że ideologiczna wizja rządu przedstawiona w planie odpowiedzialnego rozwoju nie ma żadnych szans sukcesu. Chciałbym się w tej diagnozie mylić, ale nie potrafię inaczej odczytać skutków tego rządowego programu.

Autor jest ekonomistą, przedsiębiorcą, byłym prezesem  bankuWest L i Polimexu

 

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA