Rzecz o polityce

Skok Berlina na unijne instytucje

Wikimedia/CC BY-SA 2.0
Niemcy od dawna zapewniają sobie wpływy w urzędniczej strukturze unijnych instytucji. Przypadek Martina Selmayra jest jednak wyjątkowy.

Bruksela od dwóch tygodni żyje nominacją Martina Selmayra, szefa gabinetu przewodniczącego Komisji Europejskiej, na sekretarza generalnego w tej instytucji. Dla postronnych obywateli zwykłe urzędnicze przesunięcie, bez wielkiego wpływu na losy Unii, bo o tych przecież decydują politycy, a nie urzędnicy.

Błąd. Selmayr, 48-letni niemiecki prawnik, faktycznie rządzi Komisją od początku kadencji Junckera, a ostatnia jego nominacja oznacza przedłużenie panowania poza 2019 rok, czyli moment zakończenia kadencji Luksemburczyka. Selmayr będzie kierował pracą ponad 30 tysięcy unijnych urzędników. Ta sprawa szokuje, bo osoba nominowanego jest kontrowersyjna, a procedura mianowania – choć z pewnością zgodna z prawem – pełna tajemnic. To logiczny element budowy niemieckich rządów w UE. Nieoczekiwanie jednak wywołał wściekłość mediów i zainteresowanie części eurodeputowanych.

Pytania i wątpliwości pojawiły się od razu 21 lutego rano, w momencie, gdy Juncker ogłaszał awans swojego najbliższego współpracownika. Sprawa pewnie jednak szybko by ucichła, gdyby nie determinacja weterana brukselskiej sali prasowej Jeana Quatremera. To wieloletni korespondent francuskiego dziennika „Liberation", znany jako autor poczytnego bloga „Coulisses de Bruxelles". Quatremer od kilku dni ujawnia porażającą skalę nadużyć towarzyszącą tej nominacji.

Selmayr przeszedł co prawda procedurę konkursową, ale nie na sekretarza generalnego, ale na zastępcę. Procedura była tajna, bardzo krótka, a jedynym kontrkandydatem, który zresztą wycofał się w czasie trwania konkursu, była jego zastępczyni. Teraz awansowała na zwolnione przez Selmayra stanowisko szefa gabinetu Junckera.

Gdy już Juncker ogłosił komisarzom, że Selmayr wygrał konkurs, w kolejnej minucie przekazał im, że sekretarz generalny Alexander Italianer podaje się właśnie do dymisji i Selmayr zajmie jego miejsce, już tym razem bez procedury konkursowej. Kilka dni później Quatremer ujawnia, że komisarze są „przekupieni", bo Selmayr szykuje właśnie nowe przepisy, w myśl których po zakończeniu kadencji będą mieli przez pięć lat wysoką pensję, prawo do biura z asystentami i samochodu z kierowcą.

Sprawą, z inicjatywy Zielonych, zaczyna się interesować Europejski Parlament. Quatremer triumfuje. Już raz, razem z grupą kilku dziennikarzy, doprowadził do odwołania Komisji Europejskiej kierowanej przez innego Luksemburczyka – Jacquesa Santera. W 1999 roku ujawnił, jak francuska komisarz Edith Cresson fikcyjnie zatrudniała w KE swojego przyjaciela dentystę.

Ale Selmayr ma potężne wsparcie z Berlina. Jego intrygi mogą denerwować nawet niektórych Niemców, ale zapewnia on realizację niemieckiej agendy w UE. Nie on jeden. Od kilku lat na najwyższych urzędniczych stanowiskach usadawiają się Niemcy. Klaus Welle kieruje administracją Parlamentu Europejskiego, Helga Schmid – Europejską Służbą Działań Zewnętrznych, a teraz dołączył do nich Selmayr w KE. Sekretarzem generalnym w trzeciej instytucji – unijnej Radzie – jest co prawda Duńczyk. Ale tylko dlatego, że niemiecki poprzednik na jego miejscu nie mógł się porozumieć z Donaldem Tuskiem i wolał wrócić do Berlina, co dało Tuskowi swobodę dobrania kluczowego współpracownika.

Przez wiele lat Niemcom wystarczało rządzenie instytucjami oraz naturalne, z racji liczby głosów, ogromne wpływy na głosowania w Radzie i parlamencie. Berlin prezentował podejście, że lepiej nie forsować Niemców na eksponowane stanowiska, żeby nie denerwować pozostałych partnerów w UE i nie wzmacniać wrażenia, że to Niemcy rządzą. Teraz Berlin ma coraz mniej oporów. Ma swoich wysłanników na czele instytucji decydujących o pieniądzach. Niemiec jest szefem Europejskiego Mechanizmu Stabilności, który ratuje kraje strefy euro. Kolejny szefuje Europejskiemu Bankowi Inwestycyjnemu, finansującemu inwestycje w UE.

A już niedługo Niemiec mógłby stanąć na czele Europejskiego Banku Centralnego, choć niepisana zasada mówiła, że po to Niemcy dostają siedzibę EBC we Frankfurcie, by jego szefem był przedstawiciel innego kraju. Słuchać jeszcze w Brukseli argumenty, że Niemcy nie powinni forsować Jensa Weidmanna, tylko zgodzić się na François Villeroy de Galhau, bo myśli o polityce pieniężnej jak Niemiec, ale jest Francuzem. W 2019 roku okaże się, czy Niemcy są w stanie powściągnąć apetyt.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL