fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Marek Migalski: Druga tura przeważy szalę

Fotorzepa/ Jerzy Dudek
O tym, kto zostaje prezydentem Polski, decydują ci, którzy zwykle nie chodzą na wybory.

Polską świecką tradycją stało się to, że frekwencja w II turze elekcji prezydenckiej jest wyższa niż w pierwszej. Tak było za każdym razem, z wyjątkiem dwóch – w 1990 roku, kiedy doszło do starcia Lecha Wałęsy ze Stanisławem Tymińskim oraz dziesięć lat później, bo... nie było drugiej tury i Aleksander Kwaśniewski pokonał konkurentów już w pierwszej konfrontacji. W pozostałych wyborach zawsze w drugiej turze brało udział więcej wyborców niż w pierwszej. I to oni ostatecznie, mówiąc z pewną przesadą, rozstrzygali o tym, kto będzie głową państwa.

W 1995 r. w drugiej turze doszło do wojny, nie bójmy się użyć tego słowa, między walczącym o reelekcję Wałęsą a starającym się o ten urząd po raz pierwszy Kwaśniewskim. To był konflikt Polski postsolidarnościowej z postkomunistyczną i wywabił on z domów ponad dwie trzecie obywateli. O ile w pierwszej turze do lokali wyborczych pofatygowało się 64,7 proc. z nich, o tyle dwa tygodnie później było to aż 68,2 proc. i wynik ten stał się rekordem frekwencyjnym aż do dziś niepokonanym. Jeśli ludzie czują, że o coś ważnego chodzi w polityce, są w stanie wyjść z domów i głosować. W 2005 roku znów w drugiej turze mieliśmy wyższą frekwencję niż w pierwszej – Lech Kaczyński pokonał Donalda Tuska przy udziale 51 proc. wyborców (dwa tygodnie wcześniej było to 49,8 proc.). Pięć lat później Bronisław Komorowski wygrał z Jarosławem Kaczyńskim – w pierwszej turze do lokali poszło 54,9 proc., a w drugiej 55,3 proc. Wreszcie przed pięciu laty Andrzej Duda wygrał z Bronisławem Komorowskim w dwóch turach – odpowiednio zachęcając do udziału w nich 49 proc. oraz 55,3 proc. uprawnionych do głosowania.

Przeczytaj także: PiS obniża Dudzie szklany sufit

Od 1995 roku w każdych wyborach prezydenckich, oprócz 2000 roku, kiedy wszystko rozstrzygnęło się w pierwszym podejściu, notowano wyższą frekwencję wyborczą w II turze. Różnica wynosiła odpowiednio: w 1995 roku 3,5 pkt proc., w 2005 1,2 pkt proc., w 2010 zaledwie 0,4 pkt proc. oraz aż 6,3 pkt proc. w 2015. Jaki płynie stąd wniosek? Że najwyższy przyrost był w wyborach o dużym stopniu polaryzacji i konfliktu. Zarówno w 1995 roku, jak i przed pięciu laty mogliśmy odczuwać największe napięcie emocjonalne wśród wyborców – w tym pierwszym przypadku była to rywalizacja ikony ruchu Solidarności ze „złotym dzieckiem" późnego PRL; w drugim przypadku walka przedstawiciela schodzącej ze sceny PO i rozpoczynającego triumfy obozu PiS. Elekcje 2005 oraz 2010 roku zawierały mniejszy ładunek konfrontacji. Oczywiście, nie brakowało złych emocji, ale w tym pierwszym przypadku wciąż wierzono, że to walka w PO-PiS-owej rodzinie i że ostatecznie dojdzie do powołania wspólnych rządów, a w tym drugim przypadku elekcja odbywała się w atmosferze po katastrofie smoleńskiej i w pewnej wynikającej z niej powadze i szacunku dla innych (do zaostrzenia retoryki doszło dopiero po przegranych przez Kaczyńskiego wyborach).

Jest więc grupa wyborców, która chodzi na wybory tylko w drugiej turze. Jest ich więcej, gdy walka polityczna jest ostrzejsza. Z pewną przesadą można powiedzieć, że to właśnie ci wyborcy dali zwycięstwo Kwaśniewskiemu w 1995 roku oraz Dudzie przed pięciu laty.

Sztabowcy kandydatów (zwłaszcza Dudy oraz Kidawy-Błońskiej) muszą uwzględniać w planach na okres pomiędzy turami nie tylko przepływy od kandydatów, którzy odpadną w pierwszym starciu, ale także przypływ całkowicie nowego elektoratu. Muszą odgadnąć, kim są ci wyborcy i dlaczego uaktywnili się tak późno. Poza tym może to tłumaczyć, a nawet zmuszać do ostrzejszej retoryki między turami. Zadajmy sobie pytanie – kim jest ten głosujący? Nie znam wyników badań politologicznych zgłębiających ten temat, bo chyba ich nie ma. A zatem? Intuicja podpowiada, że jeśli do wyjścia z domu zachęca go polaryzacja, jasna alternatywa, prosta dychotomia, to znaczy, że można do niego dotrzeć jedynie najbardziej brutalnymi środkami oraz że chodzi mu o silne, negatywne wartości.

Trudno sobie wyobrazić wyborcę popierającego Dudę, który w pierwszej turze nie idzie oddać na niego głosu. Ale mogę sobie doskonale przedstawić kogoś nienawidzącego „zdradzieckiej targowicy" spod znaku PO, który na myśl, że Kidawa-Błońska może zostać głową państwa, zbiera się w sobie i udaje się do lokalu wyborczego. I odwrotnie – jeśli ktoś nienawidzi „śnieżnego Adriana", to może nie pójdzie na wybory w pierwszej turze, bo „nie ma na kogo głosować", ale zmobilizuje go do udziału w drugiej perspektywa reelekcji „skryby Kaczyńskiego".

Można zatem założyć, że te dodatkowe setki tysięcy wyborców to przede wszystkim elektorat negatywny, głosujący przeciw jednemu z kandydatów, a nie za kimś. To może poważnie zmieniać język w drugiej części kampanii i retorykę kandydatów. Zachęca także sztaby do zamieniania drugiej tury w rodzaj swoistego referendum, w którym musi chodzić o sprawy zrozumiałe, jasno przedstawione i ważne dla wyborców i angażujące ich emocjonalnie (zwłaszcza negatywnie). Od tego, któremu zespołowi uda się lepiej to zrozumieć i przełożyć na konkretne hasła i działania, zależeć będzie, na kogo odda głos te kilka procent Polaków, którzy pojawią się dopiero w drugiej turze. To oni zdecydują, kto będzie głową państwa przez następne pięć lat. Straszne, prawda?

Autor jest politologiem, profesorem UŚ

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA