fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Jarosław Myjak: Jak dziś rządzący piszą „LGBT”?

Skutki homofobii władzy widać na ulicach, gdy pochody pod hasłem „LGBT” rozbijane są przez tzw. zdrowy element
Marek Maliszewski/REPORTER
PiS świadomie wznieca panikę moralną, próbując wydobyć ze społeczeństwa homofobiczne nastroje.

Krucjata przeciwko ludziom LGBT zrobi dla Polski tyle samo złego, co wypędzenie Żydów w 1968 roku. Nie bez powodu przypomina mi się dwuznaczny dowcip sprzed ponad 50 lat: syn pyta ojca, jak się pisze słowo „syjonista”, i w odpowiedzi słyszy „teraz to nie wiem, ale za moich czasów pisało się przez Ż”. Ta wymiana zdań celnie oddawała atmosferę tamtych czasów, łgarstwa i zakłamania. Jakże podobnych do obecnych.

Władysław Gomułka, przywódca partii i państwa, w 1968 roku odegrał kluczową rolę w rozpętaniu antysemickiej nagonki. Sprawił, że światowa opinia publiczna i część polskiego społeczeństwa zrozumiała, że po drugiej stronie barykady znalazła się uzbrojona w pałki „ortodoksyjna ciasnota poglądów”, by sparafrazować określenie Normana Daviesa. Ta ponura świadomość wraca do wielu z nas po ponad 50 latach, gdy politycy obozu rządzącego i ich propagandowe tuby rozpętali nagonkę przeciwko ludziom LGBT. Używają w niej takich samych jak niegdyś postulatów obrony narodu i polskich dzieci. Identyfikują „totemy” wroga i podejmują z nimi walkę.

Tymczasem w rzeczywistości chodzi nie o LGBT, a o uderzenie w najgroźniejszego dla władzy człowieka, mającego zdolność mobilizacji milionów zwolenników. O przyklejenie Rafałowi Trzaskowskiemu kolejnej łatki, tym razem demoralizatora społecznego nasyłającego na małe dzieci seksedukatorów i wroga zdrowej, polskiej tradycji.

Spiralę tej batalii nakręca zaś ostra walka frakcyjna w obozie władzy. Nikt nie może pozostać z tyłu. Polemika, kto jest Moczarem naszych czasów, nie ma żadnego znaczenia. Wszak rzecz w mechanizmie walki o władzę. Co do tego, kto byłby dziś Gomułką, sporu nie widać.

Ideologia, nie ludzie

Pamiętam dobrze tę chwilę. 19 marca 1968 roku Gomułka wszedł na trybunę w Sali Kongresowej Pałacu Kultury w Warszawie i w trakcie spotkania kierownictwa partii ze stołecznym aktywem PZPR wygłosił trwające dwie godziny przemówienie. Telewizja i radio transmitowały je na żywo, „Kronika Filmowa” pokazywała później fragmenty. A ja miałem wtedy 14 lat.

Gomułka brzmiał groźnie. Gdy powiedział, że w marcowych protestach „wzięła udział część młodzieży narodowości żydowskiej”, sala odpowiedziała mu głośno: „Śmiało! Śmiało!”. Czuć było żądzę krwi. „Czy są wśród nas żydowscy nacjonaliści, wyznawcy ideologii syjonistycznej?” – pytał I sekretarz.

I sam sobie odpowiadał, ku aplauzowi zebranych: „Na pewno tak! Partia nasza przeciwstawia się wszelkim zjawiskom, które noszą cechy antysemityzmu. Syjonizm zwalczamy jako program polityczny, jako nacjonalizm żydowski i to jest słuszne. Nie ma to nic wspólnego z antysemityzmem. Antysemityzm ma miejsce wówczas, jeśli ktoś występuje przeciwko Żydom dlatego, że są Żydami”.

Reakcja aparatu partyjnego i części społeczeństwa okazała się jednoznacznie antysemicka. Seweryn Blumsztajn, uczestnik studenckich strajków w 1968 roku, wspomina: „Syjonista oznaczał Żyda. To była figura retoryczna, którą Polacy dobrze zrozumieli”.

Panika moralna

Najmroczniejsze epizody XX wieku pokazują, co dzieje się, gdy władza celowo dzieli społeczeństwo, podsyca odruchy ludowej nienawiści i zachęca do „dania odporu”. Kampania rozpętana przez komunistyczne władze uwolniła demony antysemityzmu. Jej skalę i brutalność można sobie łatwo wyobrazić, zaglądając do prasy sprzed 50 lat. Słowa „weź 5 dolarów i wyjeżdżaj, już nie jesteś Polakiem” lub inne, w podobnym i gorszym tonie, można było usłyszeć codziennie. Czy różniły się bardzo od okrzyków, haseł i wyzwisk z lat 2015–2017, gdy w Polsce dochodziło do „spontanicznych” ataków na obcokrajowców i gdy szalała rozkręcana przez Zjednoczoną Prawicę panika związana z uchodźcami?

Dziś, ci sami ludzie z obozu rządzącego świadomie wzniecają panikę moralną, próbując za wszelką cenę wydobyć ze społeczeństwa homofobiczne nastroje, o istnieniu których najwyraźniej są przekonani. Homofobia ludu jest pobudzana przez homofobię władzy. Skutki widzimy niemal każdego dnia. Ludzie są zaczepiani i atakowani za tęczowe elementy w odzieniu, a pochody pod hasłem „LGBT” rozbijane przez tzw. zdrowy element.

Nasi potomni z równym przerażeniem jak dziś my, czytający o marcu 1968 roku, będą zerkać na teksty przemówień obecnej władzy i jej propagandowych towarzyszy w podróży. Czyż nie używają oni tej samej, obłudnej figury retorycznej, zapewniając, że nie walczą z ludźmi odmiennej orientacji, a jedynie z ich ideologią? Czyż duża część społeczeństwa nie daje się podobnie jak niegdyś przekonać tej hipokryzji? Czy bierność wielu pozostałych nie przypomina 1968 roku? Ocenią to przyszłe pokolenia, choć dla mnie to pytania retoryczne.

Dziś do uzasadnienia wzbudzania paniki moralnej używa się najczęściej postulatu „obrony naszych dzieci i młodzieży”. Wtedy Gomułka mówił o „zaniedbaniu pracy wychowawczej w naszych szkołach”, a robotnica uwieczniona przez „PKF” na jednej z partyjnych masówek w 1968 roku dukała, próbując odczytać tekst z kartki: „Zbyt grubymi nićmi szyta jest prowokacyjna, antynarodowa działalność reakcjonistów. Użyli naszych dzieci, tego co dla nas jest najdroższe”.

I aby bronić dzieci, należało rozpoznać ukrytego wroga. Z pomocą przyszła „Trybuna Ludu”, która po rozpędzeniu przez ORMO demonstracji uniwersyteckiej 8 marca 1968 roku opublikowała imienną listę „wrogów” celem ich monitorowania.

Tygodnik satyryczny „Karuzela” tłumaczył w jednej z karykatur, że „gwiazdą przewodnią” Polaków pochodzenia żydowskiego jest gwiazda Dawida. Zaciekłe tropienie tego symbolu przez Polaków żartem już nie było.

Dziś wielu rodziców z obawą o to, co może się wydarzyć, patrzy na swoje dzieci wychodzące z domu z najmniejszym choćby tęczowym symbolem. Media nawołujące do „monitorowania wrogów” można zaś wskazać bez problemu. Z telewizji publicznej można na przykład dowiedzieć się, że orientacja seksualna, będąc rzekomo przedmiotem wyboru, może być wyrazem nieporządku moralnego. W obronie „naszych dzieci” stają dziś przywódca partii, premier, prezydent, minister edukacji i podlegli mu kuratorzy oświaty. Walka z „ideologią LGBT” stała się dla nich bojem o moralność, rodzinę i zdrowie dzieci. Oczywiście nie przeszkadza to władzy i popierającym ją dziennikarzom oburzać się oskarżeniami o homofobię i obskurantyzm, jakie płyną z Zachodu. Pamiętam, że w 1968 roku z taką samą mocą odpierano oskarżenia o antysemityzm. Z jedną różnicą. Dziś krytykowana jest nie tylko władza, a Polska. Nasz kraj nie jest awangardą demokracji i solidarności w Europie Wschodniej, a państwem, którego przywódcy są homofobami, a społeczeństwo ich samo wybiera.

Walka z opozycją

Rodzi się zasadnicze pytanie, skoro jest jak mówią politycy Zjednoczonej Prawicy, to dlaczego dopiero dwa lata temu prezydent i rząd dostrzegli zagrożenie „ideologią LGBT”. Przez dekady Jarosław Kaczyński i jego poplecznicy walczyli z postkomunistami, liberałami, ubekami i funkcjonariuszami WSI, przekupnymi lekarzami, sędziami i politycznie zaangażowanymi artystami, aż nagle stanęli „w obronie rodzin i dzieci”.

Prostą odpowiedzią na to pytanie jest teza, że LGBT stało się pretekstem do zaatakowania ważnego przeciwnika politycznego, Rafała Trzaskowskiego. Wszak władza rozpętała swą krucjatę już w czasie kampanii przed ostatnimi wyborami samorządowymi, wykorzystując do tego głównie polityków średniego szczebla popierających Patryka Jakiego w walce o fotel prezydenta Warszawy. W czasie kampanii przed tegorocznymi wyborami prezydenckimi głos w sprawie „ideologii LGBT” zabrali już sami najwyżsi z partii, rządu i przychylnych mediów. Oskarżali nie Szymona Hołownię, Małgorzatę Kidawę-Błońską czy Władysława Kosiniaka-Kamysza, tylko Rafała Trzaskowskiego. Bo to ten ostatni podpisał kartę praw LGBT, przyznawał granty dla organizacji pozarządowych i promował wykłady o tolerancji. Kosmopolityczna stolica i jej prezydent jawią się więc jako najwięksi wrogowie partii i rządu. A jeśli ta teza jest prawdziwa, to tym gorzej dla piewców trwającej na naszych oczach nagonki na ludzi LGBT.

Szukając części wspólnych dla tych czasów i 1968 roku, dostrzegam, na szczęście, małą różnicę. January Grzędziński, pisarz, jeden z bohaterów wydarzeń sprzed ponad 50 lat, został poddany badaniom lekarskim na wniosek prokuratora prowadzącego śledztwo w sprawie jego działalności opozycyjnej. W orzeczeniu dwóch specjalnych komisji, jednym ze stwierdzonych przejawów zaburzeń Grzędzińskiego, było „niedocenianie tolerancji władz”.

Autor jest adwokatem i menedżerem

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA