fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Panteon dla Simone Veil

W maju 1974 r. prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing powierzył Simone Veil stanowisko ministra zdrowia
AFP
Była wybitnym politykiem i orędowniczką praw kobiet we Francji. Zmarła 30 czerwca 2017 r. w Paryżu, teraz spocznie pośród francuskich sław.

Rok temu Emmanuel Macron, świeżo wybrany prezydent Republiki Francuskiej, ogłosił podczas ceremonii narodowego pożegnania Simone Veil, że ta wielka dama francuskiej polityki (zmarła pięć dni wcześniej, 30 czerwca) zostanie oficjalnie pochowana w paryskim Panteonie 1 lipca 2018 r. Simone Veil pozostawała przez ponad 30 lat na czele listy najbardziej lubianych i najbardziej szanowanych postaci francuskiego społeczeństwa. Lista jej zasług jest długa, stąd też ten wielki dla niej podziw. Ocalała z obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, członkini Akademii Francuskiej, członkini Rady Konstytucyjnej, Simone Veil była pierwszą kobietą wybraną w głosowaniu powszechnym w 1979 r. na przewodniczącą Parlamentu Europejskiego. W 2008 r. w Akademii mowę powitalną na jej cześć wygłosił Jean d'Ormesson, wybitny pisarz i intelektualista. Na koniec mowy, w imieniu własnym, a także 35 jego kolegów, d'Ormesson powiedział: „Kochamy Panią, proszę Pani".

Bezkompromisowa pani minister

W sercach Francuzów zapisała się przede wszystkim jako odważna i bezkompromisowa minister zdrowia. 43 lata temu opracowała i przegłosowała we francuskim parlamencie (w atmosferze burzliwej dyskusji) jedno z najważniejszych dla francuskich kobiet praw, tzw. ustawę Veil (lub prawo Veil), która weszła w życie 17 stycznia 1975 r. Odnotować należy, że parlament francuski z tamtych lat był w większości konserwatywny i składał się w 97 proc. z mężczyzn.

Dzisiejsze Francuzki nie wyobrażają sobie czasów, kiedy nie było pełnego dostępu do antykoncepcji, a przerywanie ciąży, nawet gdy płód rozwijał się nieprawidłowo, było zabronione. Do głowy nie przychodzi im myśl, że były to czasy, kiedy to nie one, ale lekarz decydował o narodzinach dziecka. I że sędzia mógłby je ukarać za aborcję.

Ja również, jak wszyscy moi rodacy, chciałbym oddać hołd Simone Veil. Sądzę, że najlepszym tego sposobem będzie przybliżenie czytelnikom atmosfery tamtych parlamentarnych debat, warunków, w jakich powstawało jakże ważne dla mojego kraju prawo, które głęboko zmieniło Francję.

Debata na temat antykoncepcji i aborcji toczyła się w latach 70. nie tylko we Francji. W całej Europie trwała dyskusja na ten temat, niesiona przez ducha świeżości i zmiany, jakie pojawiły się w społeczeństwach europejskich pod koniec lat 60. Ruch maja '68 zmienił we francuskim społeczeństwie podejście do wielu obyczajowych zagadnień. Kraje takie jak Holandia, Belgia czy Wielka Brytania dużo wcześniej niż Francja przyjęły w swoim prawie reguły dotyczące praw kobiet i wolności w decydowaniu o własnym losie.

„Więcej wolności dla kobiet", takie było główne hasło przyświecające pracy ówczesnej minister Simone Veil. Daleka była ona od zachęcania do aborcji, która we Francji była zabroniona i dyskusja o niej stanowiła swoiste tabu w przestrzeni publicznej. Celem Simone Veil było uregulowanie prawne, a więc zezwolenie na ewentualną aborcję i zaprzestanie ścigania kobiet za ten czyn (aborcja była wtedy uważana prawnie nie tylko za przestępstwo, ale wręcz za zbrodnię). Veil chciała również, by kobiety miały ochronę z medycznego punktu widzenia.

Kiedy w listopadzie 1974 r. zaczęły się w parlamencie dyskusje na temat tego prawa, byłem 23-letnim studentem. Podobnie jak większość francuskiego społeczeństwa śledziliśmy z moją rodziną z wielką uwagą to, co się działo w parlamencie, te trzy dni wielkiej, często gorącej i burzliwej debaty.

Prawo kobiet do aborcji

Po raz pierwszy telewizja transmitowała na żywo obrady parlamentarne. Była to nie lada innowacja, której gorącym zwolennikiem był ówczesny prezydent republiki Valéry Giscard d'Estaing. Wybrany sześć miesięcy wcześniej prezydent uważał transparentność obrad za bardzo ważną. W kampanii wyborczej obiecywał zreformować wiele dziedzin życia społecznego. I słowa dotrzymał. Zaraz po nominacji na premiera Jacques Chirac przygotował projekty nowych ustaw: możliwość rozwodu za porozumieniem stroń, obniżenie pełnoletności do 18. roku życia (do tej pory było to 21 lat), rozszerzenie praw do antykoncepcji i wreszcie depenalizacja aborcji.

Szczerze mówiąc, do tej pory Francja była bardzo, ale to bardzo konserwatywna. Przez większą część XX wieku francuskie prawo było represyjne, jeśli chodzi o aborcję. Była zabroniona, ścigana i karana aż do 1974 r. W 1920 r., wychodząc z założenia, że trzeba na wszelkie sposoby zapobiec deficytowi demograficznemu wywołanemu wojną 1914–1918, francuski parlament przegłosował bardzo represyjne prawo, wedle którego za wykroczenie uznano rozpowszechnianie, stosowanie bądź proponowanie antykoncepcji. Aborcja była zbrodnią karaną więzieniem. Karane były kobiety i lekarze czy inne osoby pomagające dokonywać aborcji. W 1939 r. prawo z 1920 r. zostało jeszcze zaostrzone, a rząd Vichy w 1941 r. zakwalifikował aborcję do zbrodni zagrażających bezpieczeństwu narodowemu podlegających karze, z karą śmierci włącznie. Ta ostateczna kara została kilka razy wykonana. Dużym echem odbiła się w tamtym czasie sprawa Anne-Marie Giraud, tzw. faiseuse d'anges, czyli „babki", która dokonała kilkudziesięciu pokątnych aborcji. W 1943 r. została zgilotynowana, marszałek Pétain nie udzielił jej prawa łaski – ku przestrodze innym. Prawdę mówiąc, kary śmierci nie były częste, za to między 1943 a 1945 r. ok. 15 tysięcy osób zostało skazanych na więzienie albo na ciężkie kary pieniężne. Były to przeważnie „babki", kobiety wywodzące się z ludu. Trzeba było czekać do 1946 r. (wchodziliśmy wtedy w okres baby boom) na anulowanie z francuskiego prawa kary śmierci przewidzianej dla osób przerywających ciążę.

Prawdziwy postęp nadszedł pod koniec lat 50., kiedy pojawiły się ruchy kobiet jasno domagające się praw do antykoncepcji. Opinia publiczna podzielała coraz bardziej zdanie kobiet, które same chciały decydować w sprawie posiadania dzieci. W 1949 r. filozofka Simone de Beauvoir opublikowała książkę „Druga płeć", która okazała się dużym sukcesem. Jako osoba bardzo wpływowa głośno broniła kontroli narodzin i dostępu do aborcji. Twierdziła, że bez tych podstawowych praw kobiety nigdy nie będą mogły decydować o swoim życiu zawodowym. W liberalnej prasie zaczęły ukazywać się artykuły dotyczące niechcianych ciąż i nielegalnych aborcji wykonywanych w urągających warunkach sanitarnych.

Legalizacja antykoncepcji

W 1956 r. katolicka ginekolog Lagroua Weill-Hallé założyła stowarzyszenie Szczęśliwe Macierzyństwo, przemianowane trzy lata później na Le Planning Familial. Ta organizacja istnieje do dziś. W tamtym czasie jej głównym zadaniem było propagowanie świadomego macierzyństwa i kontroli narodzin. Szybko szeregi tego stowarzyszenia zasiliła grupa około stu lekarzy, którzy odważnie sprzeciwiali się obowiązującemu prawu, sprowadzając z Wielkiej Brytanii środki antykoncepcyjne. Od 1961 r. Le Planning Familial, na który rząd przymykał oko pod warunkiem, że nie będzie on „reklamował" antykoncepcji, rozprzestrzenił się na całą Francję.

Następnym krokiem do przodu było zaangażowanie w sprawy kobiet posła Luciena Neuwirtha, zwolennika partii gaullistycznej. Mimo konserwatyzmu swojej partii w 1967 r., za zgodą ówczesnego prezydenta de Gaulle'a, przegłosowano w parlamencie legalizację antykoncepcji. Lata 60. to czasy, kiedy aby dokonać aborcji, Francuzki wyjeżdżały do klinik w Anglii czy Holandii, krajów, w których antykoncepcja i aborcja na życzenie były legalne. Mój ojciec, członek partii komunistycznej, miał poglądy polityczne bardzo różne od Neuwirtha, ale mimo to cenił go i podzielał jego zdanie w sprawach antykoncepcji. Dobrze się znali: Neuwirth był zastępcą mera naszego miasta Saint-Etienne. Otwarcie mówił, że jego przekonania w sprawach antykoncepcji były wynikiem jego osobistych doświadczeń, zyskał nawet w potocznym języku przydomek Lulu la pilule (w wolnym tłumaczeniu: „Lulu tabletka").

W 1944 r. Neuwirth przebywał w Londynie u boku generała de Gaulle'a i często spotykał się z „wyzwolonymi", jak na tamte czasy, młodymi Angielkami. Uświadomiło mu to, jak bardzo Francja w stosunku do Anglii jest opóźniona w emancypacji kobiet. Angielskie kobiety już wtedy swobodnie korzystały z antykoncepcji i aborcji. Tzw. prawo Neuwirtha po długich, burzliwych debatach między Kościołem, partiami politycznymi, lekarzami i mediami, zostało ostatecznie przegłosowane w grudniu 1967 r. Pamiętam, miałem wówczas 16 lat, że poseł Neuwirth zmuszony był zabrać swoją córkę ze szkoły obok mojego domu, ponieważ rodzice innych uczniów i dyrektorka college'u uważali, że „dziewczyna na pewno za dużo wie" i zagraża reputacji szkoły. Działacze ruchu pro-life, uważając to przegłosowane prawo za niemoralne, wymalowali na drzwiach domu Neuwirtha napis „Łajdak".

Lucien Neuwirth, który przez pół roku wraz z lewicowymi posłami walczył o to prawo, z przykrością musiał stwierdzić, że administracja celowo opóźnia sporządzenie dekretów wykonawczych. Zajęło jej to trzy lata. Wreszcie w 1970 r. tabletki antykoncepcyjne znalazły się w aptekach. Jednak sprzedaż była obwarowana wieloma obostrzeniami. Oprócz recepty farmaceuta żądał pisemnej zgody rodziców, jeśli kobieta miała mniej niż 21 lat, a także zapisywał jej imię, nazwisko i adres. W konsekwencji pokątne aborcje w dalszym ciągu były wykonywane i w 1970 r. osiągnęły liczbę 200 tysięcy, a 300 kobiet w ich wyniku zmarło.

27 marca 1971 r. na łamach gazety „Le Monde" ukazał się tekst „Laissez-les vivre" (tłum. „Dajcie im żyć"), którego autorami byli członkowie stowarzyszenia walczącego z prawem do aborcji. Natychmiastową odpowiedzią na ten tekst była publikacja, w atmosferze bardzo dużego rozgłosu w dwóch gazetach, „Politique Hebdo" i „Le Nouvel Observateur", tzw. Manifestu 343. Tekst, z celowo prowokacyjnym tytułem „Przerwałam ciążę", podpisały 343 kobiety, które przyznawały się do złamania obowiązującego wówczas prawa i nawoływały kobiety do nieposłuszeństwa, dopóki zakaz będzie istniał we francuskim prawie. Niektóre z sygnatariuszek manifestu były bardzo znane: aktorki – Catherine Deneuve, Jeanne Moreau, Marina Vlady, pisarki – Marguerite Duras, Françoise Sagan, Simone de Beauvoir czy przyjaciółka tej ostatniej Gisele Halimi, znana feministyczna adwokatka. Publikacja ta uderzyła rykoszetem w Kościół, a także partie konserwatywne. Znany z prześmiewczych tonów „Charlie Hebdo" pytał na pierwszej stronie: „Kto zapłodnił te 343 dziwki?". Opinia publiczna powoli zaczęła zmieniać zdanie, prawo zabraniające przerywania ciąży stało się obiektem kpin, do czego dzielnie przyczyniły się znane i wpływowe osobistości. Obrońcy tego prawa zdali sobie sprawę, jak ciężko będzie w tej sytuacji utrzymać status quo.

Ruch Wyzwolenia Kobiet

Początek lat 70. to także złoty okres dla MLF (Ruch Wyzwolenia Kobiet). Ruch, który z właściwym tylko kobietom tupetem, a jednocześnie bardzo skutecznie, domagał się emancypacji kobiet, organizował marsze uliczne, zakłócał wszystkie spektakle i imprezy, na których dostrzegał „tę nieznośną dominację mężczyzn". W październiku 1972 r. w sądzie w podparyskim Bobigny rozpoczęła się rozprawa dotycząca nielegalnego przerwania ciąży, która odbiła się szerokim echem w opinii publicznej. Działaczki ruchu MLF zorganizowały manifestację pod oknami sądu. W środku sąd miał orzec w sprawie czterech kobiet: matki Michele Chevalier, jej córki Marie-Claire, zgwałconej w ciąży siedemnastolatki, i dwóch koleżanek matki, które pomogły nastolatce w dokonaniu aborcji. Czy sędziowie chcieli surowo ukarać winowajczynie? Z pewnością nie, ale Marie-Claire za aborcję, a trzy pozostałe kobiety za pomoc podlegały osądzeniu na podstawie 317 artykułu francuskiego kodeksu karnego. Obrończynią kobiet została Gisele Halimi, wspomniana wcześniej sygnatariuszka „Manifestu 343". W czasie tego pokazowego procesu adwokatka wykazała się olbrzymią silą perswazji i skutecznością. Poza salą sądową, na ulicach, kobiety z ruchu MLF wykrzykiwały hasło: „Anglia dla bogatych, więzienie dla biednych". Sam proces toczył się za zamkniętymi drzwiami, ale wyrok został ogłoszony na jawnym posiedzeniu. Sąd uniewinnił Marie-Claire, matka została ukarana symbolicznym mandatem, a dwóm pozostałym kobietom sprawa została umorzona.

„Prawo Neuwirtha", „Manifest 343" czy „proces kobiet z Bobigny" stały się w latach 70. XX wieku kolejnymi decydującymi etapami w zmianie sposobu myślenia społeczeństwa na temat emancypacji kobiet. Zaczęto rozumieć, że gra toczy się o wielką stawkę, to znaczy o prawo kobiet do decydowania samodzielnie o swoim ciele, o liczbie posiadanych dzieci, o planowaniu, kiedy te dzieci będą rodzić. Dążenie do większej swobody seksualnej, które było jednym z żądań studentów podczas olbrzymiego kulturalnego, społecznego i politycznego ruchu maj '68, nabierało coraz większego rozpędu. Nawet prezydent Giscard d'Estaing, który w 1974 r. zwyciężył z François Mitterrandem, musiał się z tym faktem liczyć, tym bardziej że przedstawiał się w kampanii jako ten, który zrozumiał Francuzów.

Prawo Veil

Premier Jacques Chirac na stanowisko ministra zdrowia powołał nieznaną szerszemu gronu 47-letnią prawniczkę Simone Veil, osobę pracowitą i odważną. Ta odwaga przydała jej się, kiedy 26 listopada 1974 r. weszła na parlamentarną mównicę, aby przedstawić nowe prawo dotyczące aborcji. Wszyscy deputowani byli obecni, czyli 490 posłów, w tym... 12 kobiet, które stanowiły mniej niż 3 proc. całej izby. Oprócz posłów prasa również stawiła się w komplecie, nie licząc publiczności, w tym dużej grupy z ruchu MLF (publiczność nie mogła zakłócić obrad, miały wyłącznie status obserwatora). Simone Veil, przedstawiając projekt, musiała stawić czoła jednolitej masie mężczyzn. Ujawniła olbrzymią niesprawiedliwość i nierówność wobec prawa kobiet, szczególnie tych uboższych. Zaproponowała, aby zabieg przerywania ciąży był kontrolowany i został ostatecznością, a głównym zadaniem tej ustawy było szerzenie antykoncepcji. Z dużym zaangażowaniem i wzruszeniem opowiadała o nieszczęściu kobiet w niechcianych ciążach, które często zostawały same z tym problemem, a cały ciężar wychowania dziecka, tym bardziej jeśli dziecko było upośledzone, spadał na nie. W odpowiedzi na jej wystąpienie wielu konserwatywnych posłów brutalnie ją zaatakowało. Było to w pewnym sensie uprawnione, ponieważ byli to posłowie szczerze obrażeni w swoich uczuciach religijnych. Michel Debré, główny twórca konstytucji V Republiki, uważał to prawo za „monstrualną historyczną pomyłkę". Inny poseł, Jean Foyer, oskarżył panią minister o chęć stworzenia „młynów aborcyjnych", gdzie „ trupy małych dzieci będą zalegały na każdym kroku". Jednak najbardziej zajadłe i wstrętne wystąpienie miał poseł Jean-Marie Daillet (którego poznałem 20 lat później w Sofii; ten serdeczny człowiek z zasadami był ambasadorem, ja konsulem). Nie wiedząc wtedy, że Simone Veil jako żydowskie dziecko przeszła wraz z rodziną przez obozy koncentracyjne w Auschwitz, a potem Bergen-Bergen (ocalała po trzech latach piekła w obozach), Daillet zranił ją bardzo, rzucając jej prosto w twarz: „słyszę czasem, że zarodek jest agresorem; jeśli tak, akceptuje pani, że ten agresor, jak to się dzieje gdzie indziej, będzie wyrzucony do krematoryjnego pieca albo do śmietnika".

Po trzech dniach burzliwych obrad, argumentując bez wytchnienia mimo wielu jadowitych ataków ze strony posłów, Simone Veil dopięła swego. 29 listopada w nocy jej prawo zostało przegłosowane 284 głosami, przeciwko było 189 głosów. Podobnie jak z prawem posła Neuwirtha w 1967 r., prawo Veil mogło zostać zatwierdzone tylko dzięki głosom opozycji (socjalistycznej, komunistycznej i umiarkowanej lewicy), czyli naturalnych przeciwników urzędującego prezydenta Giscarda d'Estaing. Na zakończenie posiedzenia socjalistyczny poseł Jean-Pierre Cot podziękował Simone Veil, mówiąc: „Madame, pani odwaga i determinacja są pełne podziwu, mówię to w imieniu pani zwolenników, ale także adwersarzy". Kiedy nad ranem pani minister wróciła do domu, pod drzwiami czekał na nią olbrzymi bukiet kwiatów wysłany przez premiera Chiraca.

Prawo Veil liberalizujące aborcję, przyjęte 17 stycznia 1975 r. na pięć lat, było w dalszej kolejności kilka razy modyfikowane; wniesiono poprawki usprawniające jego działanie. W momencie głosowania ustawa przewidywała odpłatność za dokonanie aborcji, od 1982 r. ubezpieczenie w stu procentach pokrywa zabieg. W 1975 r. według prawa można było dokonać aborcji do 12. tygodnia ciąży, od 2001 r. – do 14. Przeciwnicy prawa Veil straszyli, że prawo to spowoduje spadek dzietności we Francji. Stało się inaczej. Już od lat 70. Francja ma jeden z najwyższych współczynników dzietności w Unii Europejskiej. Naturalnie do dziś istnieją ruchy przeciwników tego prawa, ruch „Dajcie im żyć" demonstruje przy różnych okazjach, lecz prawo Veil wydaje się dzisiaj niezagrożone i przeszło już do historii.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA