fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o Zdrowiu

Chorzy potrzebują kompleksowej opieki

Adobe Stock
Epidemii niewydolności serca nie da się powstrzymać bez koordynowanej opieki i dostępu do nowoczesnych leków – ostrzegają eksperci.

W Instytucie Kardiologii (IK) w Aninie na przeszczep serca czeka obecnie kilkudziesięciu chorych. To o 20 proc. więcej niż rok wcześniej i kilkadziesiąt procent więcej niż jeszcze dekadę temu. A będzie ich przybywać, bo chorych z NS jest coraz więcej i w ciągu ich liczba może się zwiększyć nawet o 35–50 proc.

– Wszyscy na transplantację będą czekać w długich kolejkach, a spora część nie doczeka jej w ogóle. Mamy za mało organów do przeszczepu, a te w gorszym stanie, na które musimy się decydować, mogą nie dawać takiej gwarancji przeżycia jak zdrowe – mówi prof. Mariusz Kuśmierczyk, kierownik Kliniki Kardiochirurgii i Transplantologii IK w Aninie, mazowiecki konsultant wojewódzki w dziedzinie kardiochirurgii.

Stan wymagający przeszczepu serca to ostatnie, najgroźniejsze stadium niewydolności serca, gdy nie jest ono w stanie dostarczyć odpowiedniej ilości krwi i tlenu do narządów. W ostrej postaci choroby, np. kiedy jest ona powikłaniem po zapaleniu mięśnia sercowego, pacjent wymaga natychmiastowego przeszczepu lub podłączenia do pompy. Częściej niewydolność jest jednak przewlekła, na początku dając symptomy, które sprawiają, że łatwo ją pomylić z innymi schorzeniami. – To obrzęki nóg, kołatania serca, męczliwość, zadyszka, duszność przy niewielkich wysiłkach fizycznych, a w stanach zaawansowanych także pojawiająca się w pozycji leżącej – wylicza prof. Piotr Jankowski z Instytutu Kardiologii Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Dodaje, że nieoczywiste objawy często odsuwają w czasie moment, w którym chory trafia do lekarza, a rozpoznanie NS następuje, kiedy choroba jest już zaawansowana. Dlatego, choć według danych Narodowego Funduszu Zdrowia w Polsce żyje ok. 800 tys. pacjentów z NS, ich rzeczywista liczba może sięgać nawet miliona.

Dlaczego aż tylu? Eksperci mówią często o „skutku ubocznym" wielkiego sukcesu polskiej kardiologii interwencyjnej, dzięki której zawał serca przeżywa ponad 90 proc. osób. – Jeśli pacjent dozna rozległego zawału i szczęśliwie go przeżyje, często rozwija się u niego NS. Ale drugą, po zawale, główną przyczyną tej choroby jest nadciśnienie tętnicze, które ma nawet 40 proc. Polaków, przy czym tylko 23 proc. jest właściwie leczonych – tłumaczy prof. Jankowski. – Do NS prowadzić może także wiele chorób kardiologicznych – wady zastawek czy wady wrodzone, szczególnie te poważniejsze, ale także powikłania po grypie. Ofiary słynnej epidemii hiszpanki z początków XX w. umierały głównie na ostrą niewydolność serca w następstwie zapalenia mięśnia sercowego – dodaje prof. Jankowski i ostrzega, że również dziś nieleczona i „przechodzona" grypa może prowadzić do groźnych powikłań.

Choć nadciśnienie tętnicze można skutecznie leczyć, zapobiegając rozwojowi niewydolności serca, sama choroba jest trudniejsza do opanowania. Jak podkreśla prof. Piotr Ponikowski, były prezes Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego, chorzy powinni być regularnie oglądani przez specjalistę, zwłaszcza po tzw. dekompensacji niewydolności serca, w której u chorego pojawiają się duszność, osłabienie i przyspieszone bicie serca i wymaga on transportu do szpitala. Takie hospitalizacje pochłaniają dziś 90 proc. środków, jakie NFZ przeznacza na leczenie NS, a pacjenci z tą chorobą zajmują połowę łóżek na oddziałach kardiologicznych w kraju. Co gorsza, w dwa–trzy miesiące po wypisie, kiedy ryzyko ponownej destabilizacji jest największe, zostają pozostawieni sami sobie.

Dlatego już dwa lata temu prof. Ponikowski wyszedł z inicjatywą programu kompleksowej opieki nad świadczeniobiorcami z niewydolnością serca (KONS), który zapewnia choremu ciągły nadzór lekarski od postawienia diagnozy po rehabilitację i zakłada współpracę kardiologów z sześciu ośrodków referencyjnych ze specjalistami i lekarzami podstawowej opieki zdrowotnej (POZ). Rozporządzenie w sprawie pilotażu KONS zostało przekazane do konsultacji publicznych pod koniec sierpnia, a sam program pilotażowy ma szansę ruszyć w ciągu najbliższych miesięcy.

Program KONS to pierwsza na świecie próba skoordynowania leczenia chorych na niewydolność serca. Polska ma szansę stworzyć jej program modelowy. Jak tłumaczy prof. Ponikowski, najważniejsza jest możliwość zdiagnozowania pacjenta na każdym poziomie choroby, zarówno w gabinecie lekarza rodzinnego, na oddziale szpitalnym, jak i w placówce wysokospecjalistycznej. – Chcemy, by diagnoza mogła zacząć się już w gabinecie lekarza rodzinnego, który musi mieć jednak możliwość sfinalizowania rozpoznania. Żeby tak się stało, musi dysponować narzędziami, by tę diagnozę potwierdzić, i możliwością konsultacji z ośrodkiem referencyjnym – tłumaczył prof. Ponikowski w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej".

Eksperci podkreślają jednak, że sam KONS nie wystarczy – objęci nim chorzy muszą mieć dostęp do skutecznych leków, m.in. nierefundowanego w Polsce sakubitrylu/walsartanu, skutecznego w przypadku chorych, u których zawiodły dostępne metody leczenia. Jego skuteczność potwierdziły badania kliniczne: Paradigm HF, przeprowadzone na sięgającej 8 tys. osób populacji chorych, oraz Pioneer HF, które potwierdziło, że lek można wdrażać i bezpiecznie stosować u chorych z ostrą zdekompensowaną niewydolnością serca. – To lek ratujący życie chorym z niewydolnością serca. Mamy na to twarde dowody mówiące o redukcjach hospitalizacji i śmiertelności na poziomie 30–50 proc. – wyjaśniał prof. Ponikowski. Dziś, gdy miesięczna terapia kosztuje ok. 600 zł, mogą sobie na niego pozwolić nieliczni. Eksperci podkreślają, że umożliwienie powszechnego dostępu dla nielicznej grupy najbardziej potrzebujących chorych jest efektywne kosztowo, a koszty refundacji tej terapii będą o wiele niższe niż wielu leków onkologicznych.

1PL1910743367

Materiał powstał przy współpracy z Novartis Poland

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA