fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Aleksander Hall: Jak uniknąć wojny domowej?

Jarosław Kaczyński podczas wtorkowego posiedzenia Sejmu odgrodzony od polityków opozycji przez Straż Marszałkowską
JACEK DOMIŃSKI/REPORTER
Chrześcijańskiego dziedzictwa nie należy negować.

Sceny, jakie w ostatnich dniach widzimy na ulicach naszych miast, dowodzą, że perspektywa wybuchu przemocy na dużą skalę jest w Polsce realna. Skumulowało się zbyt wiele silnych, negatywnych emocji. Niewiele już trzeba, by gdzieś polała się krew lub doszło do jakiegoś innego wydarzenia o nieodwracalnych skutkach.

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego znoszący jedną z trzech przesłanek pozwalających na przerwanie ciąży był iskrą rzucona na prochy. Bywają prawa, które są fundamentami pokoju społecznego w kwestiach głęboko dzielących społeczeństwo. W Polsce niewątpliwie należała do nich ustawa o ochronie życia, uchwalona przez parlament w 1993 roku, potocznie nazywana kompromisem aborcyjnym. Miała ona wielu krytyków, po obu stronach światopoglądowego sporu, ale – jak pokazywały badania opinii publicznej – przez ponad ćwierć wieku aprobowała ją większość Polaków. Na początku lat 90. groziła nam zimna wojna religijna. Kompromis aborcyjny, choć niedoskonały, przyczynił się do znacznego obniżenia temperatury światopoglądowego sporu. Jarosław Kaczyński postanowił przekreślić ten kompromis, a sposób, w jaki to zrobił, wywołał dodatkowe emocje.

Wybór Kaczyńskiego

Formalnie decyzję podjął Trybunał Konstytucyjny, który nie ma autorytetu ze względu na swą dyspozycyjność wobec władzy politycznej. Obok dwojga byłych prominentnych polityków partii rządzącej zasiadają w nim trzy osoby, które sędziami nie są, gdyż zostały wybrane na miejsca już obsadzone. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego zapadł w trudnym czasie pandemii, gdy została radykalnie ograniczona swoboda zgromadzeń. Było oczywiste, że sposób i termin zmiany prawa wybrał polityk Jarosław Kaczyński. Wielu Polaków – także ja – uznało jego postępowanie za cyniczne i tchórzliwe.

Reakcja społeczna okazała się zaskakująco silna, ale – z mojego punktu widzenia – także niepokojąca. Na ulice polskich miast wyległy tłumy, przede wszystkim młodych ludzi. Rozumiem protest i oburzenie przeciwko „modus operandi" obozu władzy. Kategorycznie sprzeciwiam się jednak zakłócaniu mszy świętych, bazgraniu na murach świątyń, obleganiu kurii biskupich, wulgarności haseł i aktom przemocy. Protest był spontaniczny, firmowany przez organizację feministyczną, ale politycznie dyskontuje go przede wszystkim radykalna lewica. Wcale jej nie zadowala kompromis aborcyjny z 1993 roku. Chce prawa zezwalającego na aborcję na życzenie oraz skierowania społecznego gniewu przeciwko Kościołowi i religii. Jeszcze niedawno wydawało się, że taki program, jak dowiódł tego wynik Roberta Biedronia w wyborach prezydenckich, ma minimalne poparcie. Obecnie dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu radykalna lewica zyskała wiatr w żagle.

Od dawna krytykuję działania tego polityka, ale wcale nie zamierzam zachwycać się wyczynami posłanki Joanny Scheuring-Wielgus, zakłócającej mszę świętą, czy Roberta Biedronia, nawołującego manifestantów we Wrocławiu do demonstrowania pod kurią arcybiskupią.

Linie podziału

Polska jest głęboko podzielona od kilkunastu lat. Zasadnicza linia podziału do tej pory przebiegała pomiędzy tymi, którzy stopniowo tworzą w Polsce państwo autorytarne, a obrońcami konstytucji i demokratycznego ustroju.

Obecnie grozi nam, że polaryzacja się utrzyma, ale zmieni się jej charakter. Byłoby fatalnie, gdybyśmy z jednej strony mieli obóz Jarosława Kaczyńskiego: z autorytarnymi zapędami, pogardą dla konstytucji i praworządności, strojący się w piórka obrońców polskiej tożsamości i chrześcijaństwa, a z drugiej strony obóz zdominowany przez radykalną lewicę, wskazujący wroga w religii i Kościele oraz zmierzający do obyczajowej rewolucji.

Trzeba koniecznie obniżyć społeczne napięcie. Aby to nastąpiło, obóz władzy musi zrobić krok wstecz. Jaki? Być może, sugerowany przez Bogusława Chrabotę i Michała Szułdrzyńskiego w „Rzeczpospolitej", polegający na wprowadzeniu przepisów dotyczących postępowania w przypadkach letalnych wad płodu. Musiałby dawać poczucie bezpieczeństwa kobietom i lekarzom. Nie mam wątpliwości, że Kaczyński – jeśli będzie musiał – znajdzie sposób, na przeprowadzenie odwrotu. Ważne, aby stało się to szybko.

Jest jednak oczywiste, że cofnięcie się obozu władzy może zmniejszyć napięcie, ale nie zakończy konfliktu. Obóz Jarosława Kaczyńskiego nie zniknie i w najbliższym czasie nie odda władzy. Nie znikną też środowiska radykalnej lewicy. Wszystko wskazuje na to, że będą się konsolidować i dyskontować nastroje, które ujawniły się z taką mocą w ostatnich protestach.

Tylko nie rewolucja

Co zrobić, aby Polacy nie byli skazani na wybór: albo Kaczyński, albo radykalna lewica? Znacznie silniej niż do tej pory musi brzmieć głos ludzi, którzy nie zgadzają się do sprowadzania chrześcijaństwa do politycznej ideologii, wypranej z wartości ewangelicznych, a patriotyzmu – do narodowego samochwalstwa. Z obozem Jarosława Kaczyńskiego trzeba się bić nie tylko o ustrój państwa, ale także o pojmowanie wartości, na które on się powołuje.

Radykalnej lewicy nie można ulegać, gdy wypowiada wojnę uczuciom religijnym i dąży do rewolucji. Powinniśmy być krytyczni wobec sojuszu dużej części Episkopatu z PiS-em, ale nie dajmy wmówić rodakom, że chrześcijańskie dziedzictwo Polski należy odesłać do lamusa. Pozostaje ono fundamentem naszej kultury i powinniśmy nadal czerpać z niego w twórczy sposób.

Autor jest politykiem i historykiem, dr. hab. nauk humanistycznych, działaczem opozycji w PRL, współzałożycielem Ruchu Młodej Polski, ministrem w rządzie Tadeusza Mazowieckiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA