Publicystyka

Migalski: Jak zepsuć wybory

Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Ordynacja wyborcza do Parlamentu Europejskiego nie powinna zawierać progów oraz być oparta o listy krajowe, a nie regionalne – pisze politolog i były europoseł.

Zacznijmy od sprawy pierwszej, czyli progu wyborczego. Do tej pory był on określony na 5 proc. i partia, która zdobyła tyle poparcia społecznego w całym kraju, mogła liczyć na trzy mandaty – najprawdopodobniej z okręgów warszawskiego, małopolskiego i śląskiego. Obecnie realny próg został de facto znacząco podwyższony. Analiza sporządzona na potrzeby prac Senatu mówiła nawet o 16-procentowym realnym progu, choć nie jest to takie oczywiste. Nie wchodząc w szczegóły, można stwierdzić, że jeśli nowe przepisy wejdą w życie, to realny próg wyborczy podniesie się znacząco, choć nikt tak naprawdę nie jest w stanie przed wyborami powiedzieć, ile może konkretnie wynieść. Może 8 proc., może 10 proc., a może nawet 16 proc. – w zależności od rozłożenia głosów na poszczególne listy partyjne.

Progi pozbawione sensu

Najważniejsze jednak jest co innego – bezsensowność progów w tej akurat elekcji. O ile ich obecność w kodeksach regulujących wybory parlamentarne jest oczywista i korzystna, to w walce o mandaty europoselskie traci zasadność. Po co bowiem są progi? By wyeliminować podmioty małe i tym samym ułatwić proces tworzenia rządowej większości. Głosy ugrupowań, które znajdą się pod kreską, są niejako „marnowane", co powoduje, że te partie, które przejdą ponad progiem, zyskują więcej mandatów. To zaś ułatwia formowanie gabinetów rządowych.

Widać to w zestawieniu wyborów z 1991 i 1993 roku. W pierwszych wolnych wyborach do Sejmu weszło ponad dwadzieścia ugrupowań (najsilniejsza z nich Unia Demokratyczna dostała tylko nieco ponad 12 proc. głosów). Wówczas nie było żadnych progów, więc aby stworzyć większościowy rząd, trzeba było co najmniej pięciu partii, a w związku z tym, że SdRP i PSL były wówczas ostracyzowane przez polityków solidarnościowych, to w rzeczywistości potrzebnych było aż siedem ugrupowań. To bardzo utrudniało rządzenie i odbijało się negatywnie na obywatelach i jakości uprawianej polityki.

Czytaj także: Prezydent w kleszczach politycznej konieczności

Dwa lata później wprowadzono już progi. Przeszło je tylko sześć ugrupowań i do stworzenia większościowego rządu potrzebne było już tylko porozumienie dwóch podmiotów – SLD i PSL. Dzięki temu, że wiele partii solidarnościowych, łącznie z PC i KL-D znalazło się tuż pod kreską, SLD otrzymując jedynie nieco ponad 20 proc. głosów, uzyskał ponad 37 proc. mandatów, a PSL z poparciem 15 proc. miało prawie 29 proc. mandatów.

Tak działa system progów i jest to zasadne. Ale tylko wówczas, gdy celem jest stabilizacja systemu partyjnego oraz – przede wszystkim – ułatwienie tworzenia większościowego rządu. To zadanie nie stoi jednak przed ubiegającymi się o mandaty europoselskie. W Strasburgu nie tworzy się większościowego gabinetu, więc wprowadzanie progów jest zupełnie bezzasadne. Celem tych wyborów jest wyłonienie jak najbardziej adekwatnej reprezentacji wszystkich Europejczyków, by ich poglądy i opinie mogły się ucierać w europarlamencie. Ugiąć musieli się nawet Brytyjczycy, którzy od wieków posługują się u siebie w domu ordynacją większościową, ale akurat w tej elekcji muszą dokonywać rozstrzygnięć za pomocą ordynacji proporcjonalnej.

Dlatego najbardziej sprawiedliwym i sensownym rozwiązaniem w naszych warunkach byłoby niepodnoszenie progów, lecz ich całkowita likwidacja. Dlaczego partyjka, która ma poparcie 2 proc. Polaków nie mogła być reprezentowana w Strasburgu w nowej kadencji przed jednego z naszych 52 europosłów? Co, prócz partykularnego interesu PiS, stoi na przeszkodzie, by rozszerzyć, a nie zawęzić reprezentację naszych rodaków w PE? Zwłaszcza że Unia Europejska tak właśnie myśli i chce, by europarlament był jak najbardziej różnorodny. Stąd wymóg proporcjonalności wyborów we wszystkich państwach członkowskich.

Psucie polityki

A druga sprawa? Powszechnie przyjęto, iż pomysł, by zagwarantować minimalną liczbę mandatów dla każdego okręgu ma sens. Rzeczywiście, obecnie obowiązująca ordynacja dopuszczała nawet taką możliwość, że przy niekorzystnym układzie frekwencyjnym i politycznym niektóre okręgi mogłyby pozostać... bez żadnego reprezentanta. Przypisanie zatem minimalnej ich liczby jawi się jako rozsądne i demokratyczne.

Tyle tylko, że w tym myśleniu popełniany jest błąd utożsamienia mandatu posła na Sejm z mandatem eurodeputowanego. Ten pierwszy naprawdę załatwia sprawy swojego regionu, a nawet poszczególnych jego mieszkańców. Dlatego proporcjonalne rozłożenie mandatów, tak by żaden z regionów czy powiatów nie był dyskryminowany, jest nie tylko zasadne, ale nawet wymagane przez konstytucję (wynika to z wpisanej do niej zasady równości wyborów).

Inaczej jednak ma się sprawa w przypadku eurodeputowanych. Oni niczego swoim bezpośrednim wyborcom nie załatwiają. Gorzej, nie są także w stanie niczego „wychodzić" w Brukseli dla swoich regionów. Zajmują się sprawami ustawodawstwa ogólnounijnego i z małymi wyjątkami nie mają wpływu na to, co Bruksela zrobi w ich okręgu wyborczym.

Oczywiście, w czasie kampanii wyborczej każdy z kandydatów obiecuje budowę mostów, dróg, szkół i sadzenie gruszek na wierzbie, ale każdy, kto choć liznął politykę unijną, wie, że to udawanie i robienie ludziom wody z mózgu. Tego typu działania są poza zasięgiem europosłów, a to, że muszą takie rzeczy mówić w kampanii, by nie być gorszym od konkurentów, jedynie psuje politykę i demoralizuje polityków oraz wyborców.

Dlatego najlepszym rozwiązaniem byłoby zniesienie 13 okręgów i wprowadzenie listy ogólnokrajowej. Po prostu – każda z partii wystawiałaby listę swoich 51 kandydatów i ludzie głosowaliby na nią. Albo wybierając między zaproponowanymi przez partię kandydatami (tzw. lista otwarta), albo głosując tylko na listę, bowiem kolejność wzięcia mandatu byłaby ustalona przez partyjną centralę (tzw. lista zamknięta). Zwłaszcza ten drugi wariant gwarantuje, że w Brukseli i Strasburgu reprezentowaliby nasz kraj poważni ludzie, fachowcy znający się na rzeczy i profesjonaliści umiejętnie poruszający się po tamtejszych salonach i gabinetach.

Zmiany przegłosowane w nowej ordynacji idą jednak dokładnie wbrew temu, co jest dobre dla Polski – po pierwsze podnoszą realne progi, zmniejszając tym samym reprezentatywność naszych eurodeputowanych wobec rzeczywistych mniemań Polaków oraz zakotwiczając europosłów w ich okręgach wyborczych, co odciągać ich będzie od rzeczywistej i skomplikowanej pracy w PE na rzecz starań o reelekcję ze swojego macierzystego regionu. Gdyby zapytano mnie przed miesiącem, jak najbardziej zepsuć dotychczasową, i tak niedobrą, ordynację do europarlamentu, zaproponowałbym właśnie te dwie zmiany, które przegłosowano w Sejmie i Senacie, a teraz czekają jedynie na podpis prezydenta. ©?

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL