fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Jan M. Piskorski: Sondaże i racja stanu

AFP
Strach Polaków przed uchodźcami można zrozumieć i nie należy go lekceważyć. Ale nie wolno wykorzystywać tych nastrojów, jak robi to obecny rząd, jako narzędzia politycznej walki – pisze profesor europejskich studiów porównawczych.

Rządem Beaty Szydło, podobnie jak jeszcze niedawno rządem Donalda Tuska, sterują sondaże" – napisał przed miesiącem Bogusław Chrabota. W tle znajduje się sprawa odrzucenia przez rząd papieskiej inicjatywy korytarzy humanitarnych dla ofiar wojny syryjskiej, a także słaba reakcja Kościoła na ten krok rządzących. Autor uznał to za żerowanie na narodowej ksenofobii. Prawdą jest, że większość Polaków jest przeciwna przyjmowaniu uchodźców. Czy jednak redaktor naczelny „Rzeczypospolitej" nie upraszcza całej sprawy i nie usprawiedliwia, wbrew swoim intencjom, rządu i w ogóle polskiej klasy politycznej?

Zarzucić politykowi w demokratycznym państwie, że kieruje się opiniami obywateli, jest stwierdzeniem nad wyraz ryzykownym. Który polityk nie bierze pod uwagę sondaży? I czy, co ważniejsze, rzetelne badania opinii publicznej nie stanowią jednej z istotnych form współczesnej demokracji, zastępując do pewnego stopnia głosowania bezpośrednie? Dobrym przykładem są Niemcy, gdzie po doświadczeniach z Trzecią Rzeszą nie przewiduje się referendów na poziomie centralnym, niemniej „Barometr polityczny" drugiego programu publicznej telewizji od 40 lat dostarcza co miesiąc danych na temat aktualnych i długofalowych trendów niemieckiego postrzegania świata. Każdy polityk, nawet niespieszna pod tym względem Angela Merkel, liczy się z tymi opiniami.

Czy w Polsce, gdzie obie partie dominujące w życiu politycznym boją się referendów jak diabeł święconej wody, sondaże nie powinny odgrywać do pewnego stopnia podobnej roli? Czy jeszcze większe lekceważenie opinii publicznej byłoby właściwszą odpowiedzią? Czy nie na tym polega kryzys współczesnej demokracji, zdominowanej przez technokratów, a nierzadko udzielających się żywo w mediach besserwisserów? Badania pokazują, że w dziedzinie polityki i ekonomii ignorowanie opinii dużych grup ludzkich, a więc i narodów, kończy się zazwyczaj źle, ponieważ na dłuższą metę działają one bardziej racjonalnie niż eksperci, których prognozy są niewiele więcej warte niż innych ludzi zainteresowanych światem. Zaczęto mówić w tym kontekście o zbiorowej „mądrości tłumu", co stanowi pewną nowość w epoce powszechnego strachu przed masami.

Biskupi i ich owczarnia

Kościół nie musi wsłuchiwać się w sądy wiernych z taką intensywnością jak demokratycznie wybierani politycy. Zawsze w zanadrzu pozostają mu ewangelie z wezwaniem do miłości, pomocy i pojednania. Jeśli jednak pragnie zachować skuteczność, nie może uciekać przed opinią wiernych. Za przykład może posłużyć berlińskie kazanie bp. Juliusa Döpfnera z 1960 r. na temat niemieckich win wobec Polaków i konieczności zrzeczenia się w ramach pokuty ziem utraconych na wschodzie. Robert Żurek nazwał je „kazaniem, które przyszło za wcześnie". Zaskoczony oburzeniem wiernych metropolita wycofał się z inicjatywy, przedkładając nad nią mozolną pracę nad postawami Niemców wobec Polaków. Do wszystkiego trzeba dojrzeć, pisał Döpfner w poufnym liście do kard. Wyszyńskiego, a biskupi muszą uważać, aby nie oddalić się zbytnio od owczarni.

Inny przykład odważnej inicjatywy pojednania, która padła na nieprzygotowany grunt, stanowi orędzie Wołyńskiej Rady Kościołów w 70. rocznicę rzezi na Wołyniu. Stosunki między Polakami a Ukraińcami są dzisiaj gorsze niż przed czterema laty, wręcz niebezpiecznie złe, głównie dlatego, że po obu stronach zabrakło pracy organicznej, której jeden list nie jest w stanie zastąpić. Orędzie może być zatem tylko punktem wyjścia, jak list biskupów polskich do niemieckich z 1965 r., w którym padło słynne zdanie „przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Z perspektywy dziesięcioleci wszyscy podkreślają jego sukces.

Początkowo Episkopat Polski raczej przestraszył się reakcji władz i społeczeństwa, błagając niemieckich kolegów o odpowiedź. Nadeszła po kilku latach i z zupełnie innej strony, od socjaldemokraty Willy'ego Brandta.

Strach przed uchodźcami

Patrząc na to, co się dzieje we współczesnym świecie, trudno się dziwić Polakom, że boją się uchodźców z kręgu arabsko-islamskiego. Nawet jeśli terrorystów wśród nich jest ułamek promila, wciąż stanowią realne zagrożenie. Obawy Polaków podzielają inni. Także ich opór przeciw uchodźcom nie jest wyjątkowy. Japonia nie przyjmuje imigrantów, preferując unifikację kulturową. Korea Południowa chlubi się jednorodnością, którą traktuje jako klucz do sukcesów. Przyjmuje głównie uciekinierów z Północy. W związku z wojną w Syrii rząd ogłosił program pomocowy, w ramach którego miano przyjąć licznych Syryjczyków na okres trwania konfliktu. Zamach w Paryżu przestraszył Koreańczyków i ambitny plan upadł.

Polska jest bliska Korei. Podobna historia, w tym okupacja i kolonizacja japońska. Podobne położenie geopolityczne – między Chinami a Japonią. Dyktatura powojenna – wojskowa na południu i wciąż trwająca komunistyczna na północy. Postępująca pod naciskiem społeczeństwa demokratyzacja od końca lat 80. XX w. Wspomniana już jednorodność etniczna. Są też różnice. Polacy nie wchodzili w lata 90. z poczuciem dumy ze swojej homogeniczności, traktując ją raczej jako spadek po dramatach najnowszej historii. W stosunku do imigrantów cechowała ich znaczna otwartość. Zaraz po 1989 r. przyjęliśmy sporą grupę Wietnamczyków z NRD, którzy dobrze wtopili się w zamieszkującą nasz kraj 40-tysięczną diasporę wietnamską. Potem z empatią podjęliśmy 100 tysięcy muzułmańskich Czeczenów, z których pozostało u nas kilka–kilkanaście tysięcy.

Polska niechęć do imigrantów zaczęła się niedawno. U jej podstaw legło poczucie zagrożenia rozwojem sytuacji w Europie. Mówi się ponadto o strachu przed nieznanym, gdyż przeciętny Polak z prowincji wciąż nie widział uchodźcy. Wskazuje się również na obawy przed utratą dopiero co osiągniętej stabilizacji, ponieważ imigranci zarobkowi, najczęściej Ukraińcy, powstrzymują wzrost płac. Rzadziej wspomina się o zmianie pokoleniowej, odchodzeniu generacji pamiętającej drugą wojnę światową, z czym o dziwo wiąże się wzrost poczucia dumy narodowej, niestety, często próżnej, powiązanej z arogancją i nacjonalizmem. Jest to wprawdzie zjawisko ogólnoeuropejskie, ale w krajach Europy Środkowo-Wschodniej bardziej rzuca się w oczy w sferze publicznej. Brutalizuje się język polityki, który nawet w głównym jej nurcie potrafi być najzwyczajniej brunatny. Nikogo to już nie dziwi, ani na salonach, ani nawet w kościołach. Media kreują czarno-biały obraz świata albo siejąc panikę, albo lukrując trudne zjawiska, zamiast dostarczać rzetelnych informacji i pogłębionych, zróżnicowanych komentarzy.

Wschodnie standardy

Ludzie mają prawo się bać, a ich obawom trudno w obecnej sytuacji zarzucić brak racjonalnych podstaw. Rzecz w tym, że politycy eskalują ich strach, zamiast go racjonalizować. Na emocjach grać łatwiej, tylko że w ten sposób nie rozwiąże się problemów tak poważnych, jak przyszłość rodziny, narodu, wspólnot wyższego rzędu. Tu nie trzeba wiecznego plebiscytu za lub przeciw uchodźcom. Istnieje natomiast potrzeba dobrze wyważonych, alternatywnych propozycji, wokół których potoczyłaby się debata nad polską racją stanu. Gdyby uwzględniała ona wszystkie elementy: nasze możliwości, nieprzygotowanie mentalne, ryzyka związane z bezpieczeństwem wewnętrznym, ale też uwarunkowania zewnętrzne i nasze zobowiązania, okazałoby się, że przyjęcie kilku tysięcy uchodźców z Grecji i Włoch mieści się w dobrze pojętym interesie Polski. Podjęcie innych ofiar wojny na Bliskim Wschodzie, jak choćby sierot z Syrii, jest mieszaniem spraw z zupełnie różnych obszarów. Nie jest to już kwestia racji stanu, lecz test moralności naszej wspólnoty.

Formalnie zgodziliśmy się już pomóc krajom południowoeuropejskim, które od interwencji w Afganistanie, Iraku i Libii stały się celem wielkiej wędrówki ludów. Jeżeli chcemy, aby polskie państwo traktowano poważnie, musimy wypełnić to zobowiązanie, nawet gdyby ten krok był obarczony pewnym ryzykiem. Garstka uchodźców nie zmieni etnicznego i religijnego charakteru Polski.

Gdzie jest więc racjonalny sens oporu tylu naszych rodaków? Zwłaszcza że nie możemy zabronić swobodnego napływu imigrantów muzułmańskich naturalizowanych w innych krajach Unii.

Cywilizację zachodnią zbudowano w oparciu o prawo. Wycofując się z umowy bez zasadniczych powodów, nasz kraj przypomina „alimenciarzy", z którymi PiS zapowiada teraz walkę, zachowując się w stosunkach międzynarodowych podobnie do nich. Wybiórcza pamięć, dotrzymywanie tylko tych umów, które są dla nas wygodne, to niestety coraz powszechniejsze zjawisko we współczesnej Polsce. Tylko że to standardy rodem ze Wschodu, z którego wyprowadzili nas, w sensie ideowym, Mieszko I oraz, na gruncie prawa i ekonomii, Kazimierz Wielki.

Oczywiście można zmienić ich decyzje, tylko czy istnieje na to przyzwolenie obywateli? Kraj o naszym potencjale może osiągnąć bezpieczeństwo wyłącznie w ramach dobrze działających wspólnot i dzięki wypracowaniu z nimi kompatybilności działań i standardów. Mieszko zrozumiał prostą zasadę, że aby przetrwać w trudnym świecie, nie można być przeciw niemu. Albo idziemy wraz z nim, albo przestajemy się w nim liczyć.

Wiatr potrzeb i zefir ubóstwa

Polacy są nieufni wobec nowinek, ale pozostają racjonalni, gdy stoi przed nimi jasno sformułowany wybór. W sprawie uchodźców nie proponuje go żadna partia. PiS i PO zaplątały się we wzajemnej niechęci i prowadzą Polskę w ślepą uliczkę. Najbardziej charakterystyczną cechą proponowanej przez nich wersji demokracji jest brak dialogu. Obie partie wiedzą wszystko lepiej i nie liczą się ze zdaniem obywateli, jedni „moherowych beretów", drudzy – „genetycznych zdrajców". Daliśmy się wciągnąć w pozbawioną treści kłótnię wewnętrzną, a teraz skłócimy się też z całym światem, w którym co niektórzy chcą grać rolę jedynego sprawiedliwego. Byłoby to śmieszne, gdyby nie było cyniczne. Robimy wrażenie istot pozbawionych rozumu i, co gorsza, instynktu przeżycia. Unia Europejska jest bardziej potrzebna nam niż my jej, tymczasem odgrywamy w niej, nie po raz pierwszy (by przypomnieć tylko drugą wojnę iracką), rolę konia trojańskiego.

Zwykło się u nas narzekać, że demokracja zaciera hierarchię. Tymczasem ujawnia ona po prostu wiele hierarchii o odmiennej wadze dla różnych grup i narodów. Jej największą zaletą jest to, że potrafi je godzić bez wojny, dochodząc przez trudne spory do kompromisów. Albo nauczymy się ich dotrzymywać, albo pożegnamy się z demokracją. Tylko jak do tego przekonać formację, która odrzuca kompromis dla samej zasady, preferując samobójczą postawę „wszystko albo nic"?

Uchodźców przynosi „wiatr potrzeb i zefir ubóstwa", jak pisał przed tysiącem lat, w czasach Mieszka I, Al-Hamadani, arabski poeta, dodając, że czasy kryzysu to okres sprawdzianu dla ludzi szlachetnych. Bogusław Chrabota ma rację, że rząd łamie podstawowe zasady religii, do której przy innych okazjach chętnie się odwołuje. Jednocześnie myli się, zarzucając mu kierowanie się sondażami. Politycy z prawdziwego zdarzenia potrafiliby pogodzić rację stanu ze wsłuchiwaniem się w opinię społeczeństwa.

Autor jest profesorem europejskich studiów porównawczych na Uniwersytecie Szczecińskim. Do księgarń trafia właśnie jego książka „Polska–Niemcy. Blaski i cienie tysiącletniego sąsiedztwa", Bellona 2017.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA