Wszystko już zostało powiedziane, odświętowane i opite tokajem (nie wspominając o pośledniejszych gatunkach). Teraz jedno jest pewne, że z budapesztańskiej wiosny zapamiętamy tyle, co po naszym Jagodnie: żal, zmęczenie i rozczarowanie pozostawiające po sobie zawsze i wszędzie to samo przekonanie, że „jesteśmy potrzebni tylko przy urnach”.

No i strach „żeby tamci nie wrócili”. Ten strach staje się – powoli, ale skutecznie – główną siłą ożywiającą partię wtedy entuzjastycznie witaną, ale dzisiaj już tylko „rządzącą”. Tak u nich, jak i u nas, tak dzisiaj, jak i zawsze; czy aby na pewno i nieuchronnie?

Jakie prawa powinny mieć sejmiki?

Są dwa różne spojrzenia na demokrację, z pozoru tylko do siebie przystające: jedno takie, że po prostu naród – ze wszystkimi zaletami i wadami – kreuje władzę. Taka władza popełnia więcej błędów, na pewno nie jest odpowiednio „postępowa” i „europejska”, zżyma się na nią czołówka intelektualna społeczeństwa, choć ogół popiera. Drugie zaś powiada, że naród zawsze jest zacofany i władza powinna go mądrze wychowywać, a jeśli trzeba, to nawet szturchnąć. Nie chodzi mi oczywiście o te wszystkie orbanowsko-putinowskie łamańce w rodzaju „demokracji suwerennej” albo „sterowanej”, bo służą one do makijażu dyktatur, o czym już od dawna wiemy tak nad Wisłą, jak nad Dunajem.

Czytaj więcej

Jerzy Surdykowski: Przeklęty los centrysty

Pierwszy z tych punktów widzenia nazywa się „zasadą pomocniczości” i polega na tym, że władza centralna niczego nie narzuca „dołom” tylko dlatego, że – pochodząc z wyboru całego narodu – „wie lepiej”, czego ludziom potrzeba i czego powinni pragnąć. Ta zasada wskazuje, że wszystko ma zaczynać się na dole, a „centrum” tylko udziela pomocy, gdy władza lokalna potrzebuje więcej sił i środków. Dlatego poparłem inicjatywę grupy naukowców i publicystów proponującą zwiększenie samodzielności sejmików (parlamentów lokalnych), by mogły stanowić lokalne prawo, podobnie jak w USA czy w Niemczech. W ten sposób małżeństwa jednopłciowe i aborcja mogłyby być nadal zakazane na konserwatywnym Podkarpaciu, a w pełni dozwolone na liberalnym Pomorzu; nikt nie narzekałby na „ciemnotę u władzy” albo na „przymusową indoktrynację”.

Dlaczego Węgrzy woleli Magyara od Orbana?

Zasada pomocniczości jest trudniejsza w codziennym stosowaniu, niż zasada „łagodnego przymusu”, lecz lepiej służy obu stronom. Dziś zachodzimy w głowę, jak to się stało, że konserwatywni Węgrzy nagle porzucili Orbana i masowo zagłosowali na rzekomo „postępowego” Magyara; widać potrafił ich przekonać nie tylko o swojej uczciwości, ale i o tym, że pozwoli im żyć, jak tego pragną. Partii rządzącej nie wolno wysforować się dalej od narodu niż o pół kroku, jeśli pójdzie szybciej: przegra.

Czytaj więcej

Zuzanna Dąbrowska: Czego nie nauczą nas Węgry