fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Czarnobyl pełen mitów

materiały prasowe
Nowy serial HBO ukazujący katastrofę na Ukrainie jest wyżej oceniany przez krytyków niż „Gra o tron". Oba filmy łączy jeszcze jedna cecha, to fantasy lub jak kto woli science fiction – twierdzi publicysta.

Chmura radioaktywnego pyłu padająca jak śnieg na bawiące się dzieci i matki, które nieświadome niczego pchają wózki z noworodkami. Poparzone twarze pracowników elektrowni atomowej, wymiotujących i konających w męczarniach. Spadające z nieba martwe ptaki. Wariujące Liczniki Geigera po otwarciu okna w odległym o kilkaset kilometrów Mińsku. Tyrady profesorów o wybuchu kilkadziesiąt razy mocniejszym od bomby zrzuconej na Hiroszimę oraz o pewnej zagładzie ludzkości Europy i skażeniu wody, powietrza i gleby na co najmniej sto lat.

Miniserial produkcji HBO i BBC rzeczywiście wbija widza w fotel. Dialogi między Walerijem Legasowem, zastępcą dyrektora Instytutu Energii Atomowej im. Kurczatowa (granym przez Jareda Harrisa) a Borysem Szczerbiną (w tę rolę wcielił się Stellan Skarsgard), wiceprzewodniczącym Rady Ministrów ZSRR, pełne są napięcia i dramatyzmu. Obraz przytłacza swoim ponurym klimatem – na plecach czuje się ciężar totalitarnego, bezdusznego państwa, w którym prawdę się neguje, choćby była oczywista, gdzie jednostka jest nikim, a urzędniczy aparat może jednym podpisem zmieniać los tysięcy ludzi.

Wzrusza, gdy niczego nieświadomi strażacy jadą gasić pożar, idąc na pewną śmierć. Wcale nie śmieszy, gdy przebudzeni w nocy ludzie pędzą przez osiedle na most, by z oddali patrzeć na feerie świateł płonącej elektrowni, pewnie z braku innych rozrywek. Nie śmieszy szczególnie tych, którzy pamiętają jeszcze uroki betonowego socrealizmu albo widzieli go – jak w skansenie – lata później, gdzieś na Ukrainie czy Białorusi. Tak było – chce się powiedzieć, i dobrze, że się skończyło.

Fantazje o mutantach

Od czarnobylskiej katastrofy minęły już 33 lata. Była to druga, obok tragedii w Fukushimie (na skutek tsunami), największa awaria bloku jądrowego w historii. W jej wyniku podwyższonemu promieniowaniu zostało poddane sto kilkadziesiąt kilometrów kwadratowych Rosji, Ukrainy i Białorusi. Ewakuowanych zostało 350 tys. osób. Jej rzeczywiste skutki badane są do dziś i są przedmiotem sporów. Jednym z najważniejszych dokumentów podsumowujących katastrofę jest raport Forum Czarnobyla, w którego skład wchodziły obok rządów Ukrainy, Rosji i Białorusi, rozmaite agendy ONZ, Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej, Światowa Organizacja Zdrowia czy Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP).

Jako główną przyczynę awarii podano błędy konstrukcyjne i proceduralne. Sowieci chcieli znaleźć winnych wśród ludzi. Pożar trwał dziewięć dni, a do atmosfery zaczęły przedostawać się izotopy promieniotwórcze. Faktycznie jednak wiatr utrzymywał radioaktywną chmurę z dala od ludzkich skupisk.

Ludność cywilna była bezpieczna w odróżnieniu od tego, co pokazuje serial. Pracowników służb publicznych, którzy jako pierwsi dotarli na miejsce katastrofy, posyłano na zatracenie. Wpierw strażaków, którzy myśleli, że jadą gasić zwykły pożar, a zetknęli się z promieniowaniem, potem górników sprowadzonych z Tuły, którzy pracowali nad neutralizacją terenu. 170 z 450 z nich zmarło w ciągu kolejnych lat. Wśród pracowników elektrowni 28 zmarło wskutek promieniowania, a dwóch w wyniku poparzeń. 19 innych umarło w kolejnych latach. Ewakuowano pracowników 20 kołchozów i liczącą 50 tys. ludność pobliskiego miasta Prypeć. Zanotowano 4000 przypadków nowotworów, głównie tarczycy, które mogły mieć związek z katastrofą. Znacznie dotkliwsze były konsekwencje przymusowego wysiedlenia okolicznych mieszkańców. Wiele z nich dotknęły choroby psychiczne, depresja, zespół stresu pourazowego czy alkoholizm. Nie było mowy o pokazywanych w filmie masowych poparzeniach, czerwonych twarzach napromieniowanych ludzi czy fantastycznych opowieściach o rodzących się noworodkach z dwoma głowami, krążących po krajach ówczesnego ZSRR. To dane oficjalne. Natomiast organizacje przeciwne technologiom nuklearnym czy liczne stowarzyszenia obywatelskie sugerują, że ofiar jest znacznie więcej – nawet 60 tys., a ogólna liczba poszkodowanych przekracza 200 tys. osób.

Płyn Lugola był przesadą

Działaniami prewencyjnymi w Polsce kierował prof. Zbigniew Jaworowski. W swoich wspomnieniach przyznaje, że o zdarzeniu dowiedział się dwa dni później z brytyjskiej BBC. Wcześniej, gdy czujniki pokazywały pierwsze niepokojące dane, początkową myślą, która przyszła mu do głowy, była ta, że wybuchła wojna jądrowa. Po latach na chłodno oceniał to, co się stało. Akcja w Polsce była jedną ze wzorcowych w skali światowej. Przygotowana do zderzenia militarnego obrona cywilna PRL działała bez zarzutu. W ciągu trzech dni 18,5 mln obywateli wypiło płyn Lugola z jodem, który miał zneutralizować niebezpieczne promieniowanie. – Mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć: niczyje zdrowie w naszym kraju nie było zagrożone z powodu Czarnobyla. Co więcej, gdybym miał wówczas obecną wiedzę na temat skali skażeń i tego, co dokładnie wydarzyło się w czarnobylskiej elektrowni, nie rekomendowałbym nawet podawania ludności płynu Lugola – mówił Jaworowski w wywiadzie dla tygodnika „Polityka". Dodawał, ze obecnie w ewakuowanym mieście Prypeć (umiejscowionym 3 km od zdarzenia), poziom promieniowania jest taki jak w Warszawie.

Podobnego zdania jest prof. Andrzej Strupczewski z Narodowego Centrum Badań Jądrowych. Zwraca on uwagę na ogromną dezinformację towarzyszącą katastrofie. Prym w podawaniu fake newsów wiodły liberalne dzienniki amerykańskie, takie jak „The New York Times", który sugerował m.in. że kilkunastotysięczne ofiary Czarnobyla spychane są buldożerami do masowych grobów. Z histerią medialną szczególnie nie walczyły rządy Ukrainy i Białorusi. Na neutralizację terenów elektrowni, pomoc humanitarną, rekultywację terenu i rozmaite programy pomocowe, organizacje międzynarodowe wyłożyły miliardy dolarów. Jak nietrudno się domyśleć, głównymi beneficjantami zostali partyjni biurokraci a nie rodziny ofiar czy przesiedleńców.

Antyatomowy manifest

Odgrzewanie kolejnych rocznic katastrofy jest wodą na młyn przeciwników energetyki jądrowej oraz organizacji ekologicznych reprezentujących radykalne poglądy na ochronę środowiska. Ów skrajny pogląd, że energetyka jądrowa jest wyłącznie zagrożeniem, nieobliczalnym i groźnym, z którego należy całkowicie zrezygnować, stał się dogmatem, który zadomowił się w głównym nurcie myślenia elit intelektualnych Zachodu.

W omawiany nurt dokładnie wpisuje się amerykańsko-brytyjski serial. Epatuje on strachem, wyolbrzymia ekologiczne i ludzkie straty w wyniku awarii reaktora atomowego, które faktycznie nie miały miejsca. Jednak siła ekranu jest na tyle duża, że słabo wyedukowany odbiorca może uznać argumenty przedstawione w obrazie za uzasadnione. Można więc stwierdzić, że film jest antyatomowym ekologicznym manifestem. W przypadku Polski, gdzie planowane są inwestycje związane z siłowniami jądrowymi, przydałaby się jednak debata publiczna oparta na faktach, a nie na artystycznej fikcji.

Autor jest doktorem filozofii, założycielem Instytutu Globalizacji (www.globalizacja.org)

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA