fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Roman Kuźniar: Potiomkinowskie wioski PiS

Katastrofa Ostrołęki, nowego bloku elektrowni, który został rozebrany, zanim jeszcze zdążył rozpocząć działalność, nie zniechęca bynajmniej rządzących do kontynuacji tego rodzaju projektów
Fotonova, Tomasz Paczos
Gigantyczne pieniądze z unijnego funduszu odbudowy, które trafiają się rzadziej niż raz na pokolenia, mogą zostać przez polski rząd przepuszczone na projekty ideologiczne, niepotrzebne Polsce, przy których budowie rządzący będą wykrzykiwać „mamy to!" – przekonuje ekspert ds. międzynarodowych.

Gdyby ktoś szukał przykładów na przypisywane niekiedy PiS inspirowanie się rosyjską tradycją polityczną, to znajdzie je obficie w zamiłowaniu obecnie rządzących do konstruowania potiomkinowskich wiosek.

Wiemy, na czym to w Rosji polegało: zdobna fasada miała udawać rzeczywistość. Przykładów takich fasad czy pozorów wznoszonych w Polsce od końca 2015 roku – za pieniądze podatnika lub Unii Europejskiej, ku uciesze lub pożytkowi władzy – jest moc.

Drony i androny

Początkiem były zmiany w Trybunale Konstytucyjnym, w rezultacie których po jego ustrojowej roli została tylko fasada przy Al. Szucha. Lecz ustrojowych fasad pojawiło się w ostatnich latach znacznie więcej. One przynajmniej, ktoś mógłby pomyśleć, są materialnie mało kosztowne. To jednak złudzenie. Zły ustrój niesie ze sobą koszt w postaci słabego rozwoju czy wręcz braku rozwoju. Albo ten rozwój ma właśnie potiomkinowski charakter. Znamy to z czasów PRL. To przecież wprowadzanie w Europie od XVII wieku dobrego i stabilnego prawa, strzegącego własności, pewności obrotu, a z czasem i obywatelskich wolności, przyniosło Europie potężny impuls rozwojowy. To dzięki temu Europa „odjechała" innym kontynentom i cywilizacjom.

Ale obóz władzy buduje także i takie wioski potiomkinowskie, które od razu są kosztowne, a dają nikły lub żaden pożytek, czyli generują poważne straty na koszt podatnika. A zatem na koszt Polski i jej rozwojowych szans. Należy do nich polski przemysł zbrojeniowy, który został tak skoncentrowany w jednej „grupie", że od tej pory nie jest w stanie wyprodukować niczego nowoczesnego, co wcześniej z dumą zapowiadali rządzący. Twierdzono na przykład, że będziemy mocarstwem w dziedzinie produkcji dronów. Opowieści o dronach okazały się andronami. W tym akurat rządzący są mocni.

Drony ostatecznie musieliśmy kupić w Turcji. Jak tak dalej pójdzie, po czołgi prezydent z ministrem obrony udadzą się do Zimbabwe. Do tej samej kategorii zakupów należy zaliczyć nabycie superdrogich (także w utrzymaniu) myśliwców F-35. Polscy nabywcy po zakupie uczynionym głównie dla sprawienia przyjemności Donaldowi Trumpowi zakrzyknęli „mamy to!". Poważni eksperci, których nawet przy tej okazji nie zapytano o sens tegoż zakupu, wskazują, że pożytek operacyjny z F-35 w naszej sytuacji może być bardziej niż nikły. No, ale będzie można pokazać, że je mamy.

„Uniwersytety" przypadkowe

Do tej samej potiomkinowskiej kategorii trafił Centralny Port Komunikacyjny. Kalkulacja nie była istotna, ważne było, aby takiego olbrzyma mieć, nawet jeśli tylko w permanentnej budowie. Ona jeszcze nie ruszyła, ale już zdążyła sporo kosztować polskiego podatnika.

Z kolei katastrofa potiomkinowskiej „Ostrołęki" (gigantyczny koszt) nie zniechęca bynajmniej rządzących do kontynuacji tego rodzaju projektów.

Najnowszym jest Collegium Intermarum, reklamowane jako Uniwersytet Międzymorza. Przypadkowy zestaw kierunków studiów świadczy o tym, że twórcy nie rozumieją pojęcia „uniwersytet". Nieprzypadkowy jest za to skład nauczający, dobrany według klucza ściśle światopoglądowo-ideologicznego. Świadczy to zresztą o tym, że polityczny projekt Międzymorza, tak silnie lansowany przez dyplomację PiS (i prezydenta), ma także charakter głównie ideologiczny, pozbawiony konkretnej, pożytecznej dla uczestników treści.

Ktoś jednak za to zapłaci. Wiadomo kto – polski podatnik, czyli także Polska. Bo coraz większe pieniądze idące na projekty, za którymi kryje się potiomkinowska logika, oznaczają coraz mniejsze pieniądze na to, co rzeczywiście służy Polsce i Polakom oraz ich rozwojowi w dłuższym okresie.

„Mieć" władzy kontra Polaków „być"

Wiele wskazuje na to, że Polski Ład jest konstruowany w ten sam sposób. Gigantyczne pieniądze, które trafiają się rzadziej niż raz na pokolenia, mogą zostać przepuszczone na projekty, przy których budowie rządzący będą wykrzykiwać „mamy to!". Ale znów – dla Polaków będzie to złudny lub krótkotrwały pożytek.

To się zaczyna już na poziomie świadczeń socjalnych i sposobu, w jaki władza zamierza zdobyć na nie pieniądze. Otóż przy tej okazji antynomię „mieć" czy „być", którą uważałem za raczej sztuczną, władza postanowiła w dość prymitywny sposób wyostrzyć, z intencją ponownego dzielenia Polaków, których będzie obdzielać lub im zabierać po uważaniu. Prawo i Sprawiedliwość po raz kolejny postanowiło strawestować klasyków minionego ustroju, tym razem Marksa, i głosi: „mieć określa świadomość". Część Polaków ma dzięki PiS wystarczająco „mieć", aby zagłosować na tę partię w najbliższych wyborach. Takie podejście już raz sprawdziło się przy okazji 500+ czy emerytur.

Beneficjenci dojnej zmiany

Warto przy okazji powiedzieć, że w obozie władzy są prawdziwi liderzy w kategorii „mieć". Należy do nich sam premier (ma latyfundium nabyte okazyjnie dzięki łaskawości kardynała), prezes Orlenu (dużo ma dzięki łaskawości innego prezesa), ks. dyrektor z Torunia, który ma dzięki łaskawości rządowej pompy kierującej strumień naszych pieniędzy na jego potiomkinowską działalność. Tych, którzy tak mają dzięki nieświadomej hojności podatnika, jest w obozie władzy znacznie więcej.

Tym, co łączy skromne „mieć" wyborcy i bogate „mieć" prawdziwych beneficjentów „dojnej zmiany", jest to, że nie powstaje ono dzięki tworzeniu wartości dodatkowej. Jest rezultatem przejadania dorobku poprzedzającego ćwierćwiecza, przejmowania od jednych i dzielenia pośród drugich. Obietnice tworzenia pozostają jedynie w kolejnych powerpointowych prezentacjach premiera, który pod tym względem nie ma sobie równych.

Mieć czy mieć?

Obóz władzy albo nie ma świadomości, albo go to programowo nie obchodzi (bo „po nas choćby potop"), że na dłuższą metę nie można „mieć" bez „być". To drugie wytwarza to pierwsze. Natomiast program PiS jest od początku skierowany przeciwko filozofii „być", to znaczy przeciwko ludziom wolnym. Bo przecież „być" oznacza bycie wolnym, czyli twórczym, energicznym, podejmującym ryzyko, przedsiębiorczym w różnych dziedzinach, w sztuce, w biznesie, w nauce, w samorządzie czy stowarzyszeniu. Oczywiście „być", jeśli przynosi rezultaty, także się opłaca. Tak jest na całym rozwijającym się świecie. Ale opłaca się nie tylko konkretnej jednostce, która ciężką pracą realizuje siebie, swój talent i pomysły. To się opłaca całemu społeczeństwu, krajowi, który idzie w ten sposób do przodu. A to dzięki tym, którzy chcą i potrafią być, ale nie pod dyktando czy z woli władzy. Taka wolność jest warunkiem rozwoju.

To nie jest jednak melodia PiS, to nie jest zgodne z jego ideologią „mieć". Dlatego w Polskim Ładzie nie ma niczego, co by wspierało polskie „być". A jeśli coś tam się śladowo pojawia, to w taki sam sposób jak w ostatnich latach – jak bańka mydlana, powerpoint premiera, którym mydli oczy Polaków.

„Mieć" w Polskim Ładzie godzi w polskie „być", w przedsiębiorców, twórców czy samorządy, które tak pięknie odmieniają oblicze polskiej ziemi od 1990 roku. Pieniądze w Polskim Ładzie znowu pójdą głównie dla swoich, aby mogli jeszcze więcej mieć, do swoich w spółkach Skarbu Państwa, swoich samorządów, aż po swoje „uniwersytety" czy fundacje słupy, z których żyją znajomi i rodziny ludzi obozu władzy.

Polskie być zamiast sarmatyzmu

Spadający poziom inwestycji oraz brak bodaj jednego prawdziwego sukcesu w sferze wytwarzania dóbr materialnych i duchowych są wizytówką „rozwojowych zdolności" rządów tak zwanej prawicy. Socjalno-równościowa retoryka rządowych propagandystów i ich naiwnych poputczików nie powinna przy tym nikogo mylić. Ponadpięcioletnie rządy tego obozu władzy nie pozostawiają żadnych złudzeń co do sposobu wykorzystania funduszy przeznaczonych na tak zwany Polski Ład. Pójdą na przedłużenie władzy tego obozu.

Demokratyczna opozycja, nieważne, liberalna czy konserwatywna, musi dzisiaj walczyć o uratowanie bodaj części tych pieniędzy na polskie „być", które służy polskiej przyszłości. O uratowanie ich dla tych Polaków, którzy indywidualnie czy zbiorowo chcą być, czyli ciężką pracą i talentem budować lepszą przyszłość dla całego kraju, a nie jedynie pławić się w sarmackim samozadowoleniu i przejadać dorobek pracy innych. Ale taki musi być również jej program na przyszłość, jeśli mamy uniknąć staczania się na peryferia Europy, na które prowadzi Polskę polityka obecnego obozu władzy.

Autor jest politologiem, profesorem nauk humanistycznych, w latach 2010–2015 był doradcą prezydenta RP Bronisława Komorowskiego ds. międzynarodowych

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA