Jacy jesteśmy, my, Polacy? Sami o sobie mówimy: dobrzy w szybkich akcjach i zrywach. Czy to źle?

Reklama
Reklama

Wygląda na to, że nie, bo przecież stąd wzięły się na granicy z Ukrainą 24 lutego 2022 r. dziecięce wózki – to polskie matki zostawiły je ukraińskim. Około pół miliona uchodźców (dane z 12 największych miast) znalazło po rosyjskiej agresji na Ukrainę schronienie w prywatnych mieszkaniach. Były ambasador RP w Stanach Zjednoczonych Marek Magierowski wspominał, że amerykańscy kongresmeni, którzy odwiedzili Polskę w pierwszych miesiącach wojny, chcieli zobaczyć obozy dla uchodźców i nie kryli zaskoczenia, kiedy w odpowiedzi słyszeli, że takich nie ma, bo Ukraińcy zostali zaproszeni przez Polaków do ich własnych domów. Wszystko, co się wtedy wydarzyło, dr Bartłomiej Gajos w rozmowie z „Rzeczpospolitą” nazwał polskim „powstaniem humanitarnym”.

Dlaczego Polacy nie ufają państwu i nie lubią podatków

Umiemy się adaptować i zorganizować. Inaczej niż nasi zachodni sąsiedzi. – Kiedy Niemcy nie mogą czegoś zaplanować – najlepiej na wiele lat do przodu, to nie potrafią szybko reagować. Spójrzmy, ile zajęło im podjęcie jakiejkolwiek decyzji, gdy rozpoczęła się pełnoskalowa agresja Rosji na Ukrainę. Kiedy Polska dostarczała Ukraińcom kluczową dla nich broń, Niemcy ważyli, czy Kijów się obroni i czy opłaca się pomóc – wyjasniał Łukasz Grajewski, wieloletni korespondent z Berlina. 

Jesteśmy narodem zaradnym, którego podstawowym celem na przestrzeni dziejów było przetrwać. Długo nie mieliśmy własnego państwa. Przez 123 lata musieliśmy stawiać opór obcemu – pruskiemu, austriackiemu i rosyjskiemu. Od 1939 r. przez kolejnych sześć lat znowu musieliśmy kombinować: „Teraz jest wojna, kto handluje, ten żyje”. Właśnie: kombinować, załatwić. 

Naszym największym polskim problemem jest to, że nie umiemy zagospodarować niepodległości.

Nie ja pierwsza szukam w historii podobnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego Polacy nie ufają państwu. Najprościej powiedzieć, że długo było czymś obcym i opresyjnym. Cofnąć można się jeszcze dalej – do Polski przedrozbiorowej, szlacheckiej.

Ale może, co jest prostszym wytłumaczenie, zwłaszcza, że zaborów już dawno na mapie nie widać, deficyt zaufania należy dostrzec w tych obszarach, gdzie wciąż administracja kraju nie działa najlepiej lub zawodzi obywateli i ich bliskich. Tam zaś, gdzie urzędowe mechanizmy są sprawne, nie potrafią wygrać z narracją o państwie z kartonu. Zwłaszcza, że nie lubimy się chwalić, duma wciąż parzy, choć jakby trochę mniej. Poza tym, to samo państwo albo jest, albo go nie ma, co wybrzmiewało, kiedy niektórzy Polacy po amerykańsko-izraelskim nalocie na Iran potrzebowali ewakuacji z lotnisk wokół Zatoki Perskiej.

Czytaj więcej

Artur Bartkiewicz: Łatwogang pokazał nam, jacy jesteśmy. Joanna Lichocka i Konrad Berkowicz – jacy nie powinniśmy być

Wspomniane przykłady nie wyjaśniają jednak, dlaczego Polaków łatwiej namówić na udział w zbiórkach niż przekonać do progresji podatkowej, dzięki której poprawiłaby się jakość i dostępność usług publicznych? 

Chęci uczestników zbiórki „Łatwoganga” należy docenić. Jak zagospodarować tę energię?

Przez dziewięć dni influencer Piotr „Łatwogang” Garkowski prowadził na platformie YouTube transmisję, podczas której zebrał ponad 250 mln zł dla Fundacji Cancer Fighters. Dołączali do niego sportowcy, artyści i celebryci. To prawda, niektórym z nich zrzutka się opłaciła – są w tej grupie milionerzy sięgający po rozwiązania (rodzaju fundacji rodzinnych), które umożliwiają im płacenie niższych podatków. Za każdym razem znajdują się również politycy, którzy legitymizują Rzeczpospolitą zbiórkową. 

Biorąc udział w podobnych wydarzeniach (przy czym nie da się zignorować ich integrującego wymiaru – politycy przyłączają się do obywateli), wysyłają sygnał: państwo nie działa, państwa nie ma. Ale zbiórki państwa nie zastąpią. 

Jak uwolnić Polskę od narracji o państwie-opresorze i podatkach-karze? Od załatwiania na własną rękę tego, co powinno być załatwione przez państwo? I przekonania, że inaczej się nie da?

W tym miejscu chcę przywołać książkę „Nierówności po polsku. Dlaczego trzeba się nimi zająć, jeśli chcemy dobrej przyszłości nad Wisłą”. Paweł Bukowski, Jakub Sawulski i Michał Brzeziński, opierając się na badaniach zauważyli m.in., że debata medialna na temat Polskiego Nowego Ładu „była silnie skoncentrowana na interesie tych, którzy na reformie mieli stracić, w tym zwłaszcza dobrze sytuowanych przedsiębiorców”. Ci, którzy zdominowali dyskurs, twierdzili m.in. że „wyższe podatki dla dobrze sytuowanych obywateli to kara za zaradność i demotywacja do rozwoju”. Wyrazili też obawę, że „firmy uciekną przed wyższymi podatkami do innych państw”.

Postawiłabym hipotezę, że niechętny progresji podatkowej mieszkaniec – dajmy na to – Polski niemetropolitalnej (czyli nowa klasa średnia), który na tym rozwiązaniu by skorzystał, prędzej pomyśli o sobie jako o przyszłym przedsiębiorcy, z którym się utożsamia, więc to jego interesów broni. Dlaczego? Może dlatego, że ma aspiracje i chce się rozwijać. A być może z tego powodu, że bycie przedsiębiorcą – by wspomnieć chociażby lekcje przedsiębiorczości – jest jedyną drogą rozwoju konsekwentnie wskazywaną od 1989 r. 

Czytaj więcej

Estera Flieger: Jaka Polska jest warta poświęceń?

Można więc przy okazji zbiórki Łatwoganga napisać o tym wszystkim, zwłaszcza, że podatki zostały przez rapera Bedoesa zaprezentowane podczas transmisji jako zabieranie przez państwo połowy (sic!) własnych pieniędzy. Ale śledząc doniesienia mediów, zatrzymało mnie coś innego.

Przecież transmisję oglądało nawet 800 tys. osób, a udział w tym wydarzeniu brali również młodzi i niezamożni Polacy, których chęci należy docenić. Jak wykorzystać tę energię? Jak wykorzystać polski arcytalent – do samoorganizacji, szybkich działań? I to, że Polacy lubią się rozwijać i są przedsiębiorczy? Jak sprawić, by aspirowali do sprawnego państwa finansowanego inaczej niż przez zrzutki? Jak uwolnić Polskę od narracji o państwie-opresorze i podatkach-karze? Od załatwiania na własną rękę tego, co powinno być załatwione przez państwo? I przekonania, że inaczej się nie da? Wreszcie, co to jest to „państwo”? 

Nie pierwszy raz myślę o tym, że naszym największym polskim problemem jest to, że nie umiemy zagospodarować niepodległości, choć byliśmy sprytni i dzielni, walcząc o nią tyle razy. Być może to również problem tego, jak opowiadamy historię: na swoje odkrycie czeka np. cywilna historia Powstania Warszawskiego – chodzi o projekt państwa (spółdzielczego, samorządnego), jaki w wydawanych w tym okresie dziennikach ustaw zapisali jego uczestnicy. Powinna nas też czekać nowa rozmowa o II RP, skoro więcej wiemy o poziomie jej rozwoju gospodarczego. 

Zbiórka Łatwoganga daje radość. Co zrobić, by państwo było tak fajne, jak zbiórka Łatwoganga? 

Lubię te nasze dziejowe paradoksy. Jesienią zeszłego roku prowadziłam debatę o wizerunku Polski i poprosiłam uczestników o to, by zastanowili się nad historią, którą chcieliby opowiedzieć innym – byli zgodni: Solidarność. Ta sama Solidarność, która w Polsce nas dzieli. A jednocześnie najlepiej opisuje. Pomoc niesiona Ukraińcom (z okazji święta 11 listopada postulowałam, by nigdy o niej nie zapomnieć i włączyć w opowieść o nas samych) i udział w zbiórce Łatwoganga to solidarność. Ale tu znów sprzeczność, choć tej już wcale nie lubię: w kontekście zbiórki Łatwoganga to solidarność przy wzroście popularności postaw skrajnie wolnorynkowych, bywa, że reprezentowanych właśnie przez influencerów i celebrytów.

– Zdaniem młodych Polaków państwo powinno działać lepiej, a ponieważ nie wierzą, że tak się stanie, ma więc nie przeszkadzać, a oni załatwią swoje sprawy sami. W tym kontekście zwróciłbym uwagę na nasilenie poglądów skrajnie wolnorynkowych wśród młodych osób w małych miejscowościach, bo dla nich państwo jest właśnie tym, co przeszkadza, a nie pomaga w rozwoju – diagnozował w rozmowie z „Rzeczpospolitą” dr Paweł Marczewski, socjolog. Jednocześnie dodawał: – Młodzi nie muszą być zatomizowani, skrajnie zindywidualizowani, szukają sposobu na współdziałanie.

To napięcie zresztą unaoczniły ostatnie wybory prezydenckie, podczas których najmłodsi Polacy wybierając pomiędzy Sławomirem Mentzenem i Adrianem Zandbergiem, opowiadali się za dwoma różnymi postawami.

I gdybyśmy tylko potrafili państwo urządzić tak, jak organizujemy podobne akcje, byłoby świetnie. A przy tym chcieli o państwie mówić jako o czymś równie ciekawym, atrakcyjnym. Co zrobić z tym, by energię pospolitego ruszenia, np. wobec problemu patoschronisk, skanalizować w postaci systemowej? Warto zastanowić się również nad tym, gdzie znajduje się źródło sukcesu akcji zorganizowanej przez Łatwoganga. Może to gratyfikacja? Świętego Graala zdobył użytkownik serwisu społecznościowego X, który posługuje się nickiem yriliberał. Napisał: „Mało dyskutowany aspekt tej zbiórki – ona zapewnia poczucie robienia czegoś razem, którego nie może dać ludziom bezosobowa biurokracja. Uczestnicy, widzowie osiągają korzyść psychologiczną z poczucia robienia czegoś dobrego, a przeciwnicy z rytuału wspólnego hejtowania”. Czyli chodzi o wspólnotę.

Jak więc sprawić, żeby to państwo było w stanie te emocje zagospodarować? Co zrobić, by państwo było tak fajne, jak zbiórka Łatwoganga? Skoro podczas akcji nawet pogodzili się dwaj najbardziej skłóceni raperzy – Tede i Peja, to chyba wszystko jest możliwe. 

To pewnie także „zbiórka swoich czasów” – postawiłabym hipotezę, że dla generacji Z to model (YouTube, zgromadzeni przed komputerem w jednym pokoju influencerzy, bez polityki, bo polityka to system i... państwo) bliższy niż wielkie wydarzenia w stylu lat 90. ubiegłego wieku. Dzieło nauki gospodarowania niepodległością i zarządzania polskimi cechami narodowymi musi być też międzypokoleniowe, a inaczej mówiąc włączające kolejne pokolenia.

Kto wie, być może okaże się, że ci, do których Łatwogang trafia, będą otwarci na pomysł sprawnego państwa. Ba, fajnego, by i to słowo spróbować odczarować.