Kto głosuje na AfD? Zanim przeczytałam Twoją książkę – „Alternatywa dla Niemiec czy zagrożenie dla świata? Kulisy marszu AfD po władzę” (Szczeliny, 2026 r.) – myślałam, że na partię głosują przede wszystkim sfrustrowani niezamożni wyborcy na wschodzie kraju. Tymczasem piszesz, że gniew i frustracja trawią wykształcone profesorskie umysły.

Emocją, która decyduje o poparciu dla AfD pozostaje przede wszystkim frustracja, której więcej jest wśród mieszkańców wschodnich landów. Zaś fakt, że historia AfD zaczyna się w zupełnie innym miejscu, dowodzi tego, jak bardzo zmieniła się partia. 

Natomiast w ostatnich latach poparcie AfD przesuwa się ze wschodu na zachód. W Niemczech istnieje tradycja partii regionalnych – przykładem jest CSU, która występuje tylko w Bawarii. AfD nigdy nie była takim ugrupowaniem, ale dominowała na wschodzie. Jednak w związku z pogarszającą się sytuacją w kraju i malejącym poczuciem bezpieczeństwa, zdobywa wyborców również w jego zachodniej części. Bardzo zależało mi na tym, żeby to pokazać, ponieważ do tej pory uważano, że AfD nie będzie miała tam większych szans. 

Dlaczego Niemcy chcą głosować na AfD?

W profesorskich domach, gdzie narodził się pomysł na AfD, źródłem niepokoju był kryzys euro. Ale prawdziwą popularność partii przyniósł kryzys migracyjny w 2015 r. O ile mieszkańcy zachodnich Niemiec częściej spotykali się z migrantami, to na wschodzie kraju nie było to powszechne doświadczenie. A frustracja, która pojawiła się w momencie, kiedy migracja wymknęła się spod kontroli, nałożyła się na inną – jej źródłem była do pewnego stopnia nieudana transformacja byłego NRD. Źródłem traumy było bezrobocie w latach 90. i rozstanie z rodziną, która wyjechała na zachód. Część mieszkańców wschodnich Niemiec nie odnalazła się w nowej rzeczywistości i czuła się niewysłuchana, jednocześnie obserwowała troskę, jaką ich zachodni sąsiedzi otoczyli migrantów. Odruch antyimigrancki był mocny na wschodzie i te wielkie emocje zagospodarowała AfD. 

Niemcy więc – zwłaszcza po katastrofie w Fukushimie, kiedy pod presją społeczną zamykane były elektrownie atomowe – miały być krajem pokoju, zielonym, co odpowiadało klasie średniej. Ale Angela Merkel nie opowiedziała Niemcom, że to się może udać tylko wtedy, kiedy Energiewende będzie dekadami bypasować surowcami z Rosji, co może się z dnia na dzień skończyć wraz ze zmianą sytuacji międzynarodowej. 

Łukasz Grajewski

Dziesięć lat po kryzysie migracyjnym pojawił inny – gospodarczy. Niemcy się nie rozwijają, a raczej zwijają. Obecny jest strach, że będzie tylko gorzej. Brakuje napawającej optymizmem wizji – zarówno rząd Olafa Scholza, jak i Friedrich Merz nie zaproponowali obywatelom pozytywnej wizji rozwoju Niemiec. A skoro tego zabrakło, część wyborców popiera obietnicę AfD, którą można opisać hasłem „Make Germany great again”, pomimo tego, że nie ma pokrycia. 

Historia zjednoczenia Niemiec okazuje się nie być jednoznacznym sukcesem, choć zajmuje istotne miejsce w niemieckiej polityce pamięci. Czy antagonizmy pomiędzy wschodnimi a zachodnimi Niemcami są wciąż żywe?

To przykład na to, jak odgórnie narzucona czarno-biała narracja nie musi się przyjąć. Oczywiście, że zjednoczenie kraju było bardzo ważnym wydarzeniem, ale przemilczano to, że obietnice złożone mieszkańcom wschodnich Niemiec przez rząd Helmuta Kohla nie zostały spełnione: już po kilku latach na wschodzie miało być jak na zachodzie. Mogę powtórzyć to, co zauważył niemiecki historyk Ilko-Sascha Kowalczuk: poziom obietnic należało urealnić. 

Nasze doświadczenie transformacji jest w tym sensie inne. W latach 90. chodziłem do szkoły podstawowej i miałem poczucie, że wraz z kolegami i koleżankami w klasie, wychodząc z biedy w Polsce startujemy z tego samego poziomu – nasi rodzice byli w bardzo podobnej sytuacji. Podczas gdy Niemcy ze wschodu mieli poczucie, że zachód ich kolonizuje. Z czasem pojawiło się wśród nich przekonanie, że zostali wykorzystani. Koncerny z Niemiec zachodnich przejmowały zakłady na wschodzie za symboliczną markę. Ważne stanowiska – na uczelniach, w dużych instytucjach – zajmowały osoby z zachodu itd. Stawiam więc tezę, że podział Niemiec na wschód i zachód jest głębszy niż jakikolwiek, z którym mamy do czynienia w Polsce.

Napisałeś: „Kryzys migracyjny to także kryzys niemieckiego dziennikarstwa”. A w kontekście odcięcia od rosyjskiego gazu i wzrostu cen energii – „Tylko AfD wydaje się na to przygotowana”. Sukces AfD odsłania słabości Niemiec?

Inaczej: obnaża system, który przestaje działać. Był oparty na politycznej poprawności. Jednocześnie ma ona swoje plusy – w tak wielokulturowym społeczeństwie jak niemieckie, debacie publicznej służy refleksja na temat tego, jak należy się komunikować. Ale proporcje okazały się być zachwiane. Media mówiły to, co rząd kanclerz Angeli Merkel. Przed AfD nawet ze strony opozycji jego krytyka była uładzona. W pierwszych miesiącach kryzysu migracyjnego zblatowanie mediów – a przecież niemieckie potrafią dobrze analizować – z rządem dało o sobie znać, kiedy nie podjęto tematu problemów, jakie mogą wynikać z masowej migracji. 

W narodowym charakterze niemieckim leży to, że długo dochodzi się do wniosków. Media wyciągnęły lekcję z tego, w jaki sposób była opisywana np. sytuacja po sylwestrze w Kolonii w 2015 r. Sposób, w jaki ujmowany jest temat migracji, przez dziesięć lat się zmienił, ale wtedy AfD była jedynym odrębnym głosem – w polityce i serwisach społecznościowych, gdzie znalazła niszę.  

Czy to, że kolejni kanclerze Niemiec nie zaproponowali pozytywnej wizji rozwoju kraju oznacza, że ma ją AfD?

Za czasów Angeli Merkel była wizja, ale nieprawdziwa: Niemcy miały być bardzo ważnym państwem w Unii Europejskiej, a resztą zajmą się Stany Zjednoczone. 

Niemcy więc – zwłaszcza po katastrofie w Fukushimie, kiedy pod presją społeczną zamykane były elektrownie atomowe  – miały być krajem pokoju, zielonym, co odpowiadało klasie średniej. Ale Angela Merkel nie opowiedziała Niemcom, że to się może udać tylko wtedy, kiedy Energiewende będzie dekadami bypasować surowcami z Rosji, co może się z dnia na dzień skończyć wraz ze zmianą sytuacji międzynarodowej. 

Czytaj więcej

Rok ważnych wyborów w pięciu landach. Test niemieckich nastrojów – na początek Badenia-Wirtembergia

Kolejni liderzy niemieccy wydają się sparaliżowani kryzysami. Kiedy Niemcy nie mogą czegoś zaplanować – najlepiej na wiele lat do przodu, to nie potrafią szybko reagować. Spójrzmy, ile zajęło im podjęcie jakiejkolwiek decyzji, gdy rozpoczęła się pełnoskalowa agresja Rosji na Ukrainę. Kiedy Polska dostarczała Ukraińcom kluczową dla nich broń, Niemcy ważyli, czy Kijów się obroni i czy opłaca się pomóc. W dzisiejszym świecie nie da się planować, a współczesna klasa polityczna w Niemczech nie potrafi uspokoić społeczeństwa, które jest naprawdę przestraszone. Mam wrażenie – pomimo tego, że dobrobyt w Niemczech jest większy – że jest tu o wiele więcej lęków niż w Polsce.

Ale nie jest tak, że AfD ma kompleksową wizję. Po prostu bazuje na rozczarowaniu elitą polityczną. Ma wygodną sytuację, wytykając każdy błąd rządu koalicyjnego Merza. To wystarczy na utrzymanie stabilnego poparcia jednej czwartej niemieckiego społeczeństwa

A może – oprócz podziału na wschód i zachód – o popularności AfD decydują konflikty pokoleniowe i klasowe?

Im starszy wyborca – przede wszystkim w Niemczech zachodnich – tym mniej prawdopodobne, że odda głos na AfD. Ponieważ jest przyzwyczajony do świata, w którym władzą wymieniają się CDU i SPD, czyli partie ludowe – z ogromną liczbą członków. 

Zaś im mniejszy dochód, tym większe prawdopodobieństwo głosowania na AfD. Widać to nawet w dużych miastach takich jak Berlin – na blokowiskach, gdzie dochody są mniejsze albo wyższa stopa bezrobocia. 

Ale nie jest tak, że tylko biedni Niemcy i mieszkańcy prowincji głosują na AfD. W książce opisuję spotkanie w Poczdamie, którego tematem była reemigracja – opłacili je przedsiębiorcy, m.in. szef sieci piekarni BackWerk. Spotkanie było tajne, ujawniły je media, skąd wiemy, że tak duży przedsiębiorca wspiera AfD. O ilu podobnych związkach nie wiemy? Kilka miesięcy temu nastąpił rozłam w bardzo ważnym stowarzyszeniu zrzeszającym firmy rodzinne, kiedy w tym kręgu pojawił się postulat rozmów z AfD

Partia zaczyna punktować wśród pracowników wielkich zakładów przemysłowych, które wcześniej przez związki zawodowe były bastionem SPD. Ale kiedy pojawia się widmo zamknięcia przedsiębiorstwa i poczucie, że SPD nie pomaga, lęk obsługuje AfD.

Piszesz: „Radykałowie najpierw przejęli kontrolę nad partią, a teraz zmieniają taktykę. Do władzy nigdy nie prowadzi tylko jedna droga”. Jak zmieniała się na przestrzeni lat AfD?

Początki AfD to niezadowolenie z przesuwania się CDU na lewo, a więc krytyka Angeli Merkel za realizowanie socjaldemokratycznych postulatów koalicjanta, czyli SPD. 

Twórcy partii nie chcieli posługiwać się hasłami ksenofobicznymi. Ale na kilka miesięcy przed wybuchem kryzysu migracyjnego, w partii dochodzi do pierwszego podziału. Radykałowie przegłosowali „profesorów”. Takich starć w – krótkiej, biorąc pod uwagę niemieckie standardy – historii partii było więcej. Zresztą dochodzi do nich regularnie. 

Czytaj więcej

AfD mocno podzielona w sprawie Donalda Trumpa i Iranu. Doszło do rękoczynów

Sami radykałowie również się zmieniają, co wcale nie oznacza, że łagodzą przekaz, tylko lepiej planują. Właściwie nie wiemy, co przygotują na rok wyborczy – do 2029 r. mają sporo czasu. Odnotowałabym jednak próby kontaktu z CDU. W AfD zaczęto zdawać sobie sprawę z tego, że samodzielna władza będzie zadaniem, jeżeli nie niewykonalnym, to ekstremalnie trudnym. Wiemy z niemieckich mediów, że posłowie CDU i CSU w Brukseli komunikują się z ludźmi z AfD, jeżeli chcą na poziomie Parlamentu Europejskiego przegłosować bardziej restrykcyjną politykę migracyjną. 

Fenomen AfD to lekcja do odrobienia dla Polski?

AfD krytykowała Polskę np. za to, że nie wydała Niemcom Ukraińca oskarżonego o wysadzenie Nord Stream, a nawet prezentowała pogląd, że Polska powinna za to zapłacić. Przyzwyczailiśmy się do Niemców – chociaż na poziomie deklaratywnym – myślących szerzej, o Unii Europejskiej. 

AfD tworzą potomkowie wypędzonych, ponadto partia odbiła takie osoby od CDU – pojawia się więc niebezpieczeństwo wywołania konfliktu z sąsiadem na tym tle.

Ponadto zagrożeniem jest stosunek AfD do Rosji. To, co łączy Konfederację Korony Polskiej i część Konfederacji z AfD to poczucie, że są partiami antyestablishmentowymi, przeciwnymi zgniłemu – z powodu gender, woke itd. – Zachodowi. Ale oficjalnie prorosyjska polityka AfD jest sprzeczna z naszymi interesami. Jaki polski polityk mógłby pomyśleć, że warto z AfD współpracować? Gdzie miałaby być płaszczyzna do współpracy?

Autor książki „Alternatywa dla Niemiec czy zagrożenie dla świata?", były wieloletni korespondent pol

Łukasz Grajewski

Autor książki „Alternatywa dla Niemiec czy zagrożenie dla świata?", były wieloletni korespondent polskich mediów w Niemczech

Foto: Jacek Taran