Czy polityka historyczna to zawsze propaganda? W książce „Historia, która zabija. Polityka historyczna Rosji” prezentuje ją pan w jej najgorszym wydaniu. Ale jeśli wyobrażamy sobie, że Rosja miałaby w przyszłości być inna, to żadnych przemian bez właściwej polityki historycznej też nie będzie.
Mamy w Polsce problem z pojęciem polityki historycznej, ponieważ narodziło się w politycznych kręgach i trafiło na sztandar PiS. Ale jeśli byśmy go nie używali, nie oznaczałoby to, że zjawisko, które pod nim się kryje, nie istnieje. Założenie, że historia jest wyłącznie dyscypliną akademicką i nie potrzebujemy jej w żadnej innej formie w życiu społecznym, to utopia. Jest wręcz przeciwnie: to bieżący spór o to, kim jesteśmy, skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy. Dlatego na banknotach dziesięciozłotowych jest wizerunek Mieszka I. Zgadzam się z Michałem Łuczewskim, że opowieści mają wartość moralną.
Polityka historyczna jest więc fenomenem, który obiektywnie istnieje – może być pozytywny, kiedy np. stajemy po stronie ofiar II wojny światowej, lub negatywny, jak to dzieje się w Rosji. Utarło się, że brak polityki historycznej również jest polityką historyczną, bo rezygnacja z niej to świadomy wybór polityków. I błąd. Ponieważ dziś historia jest jeszcze ważniejsza – czujemy się zagubieni i szukamy zakorzenienia w opowieściach. Dlatego nie uważam, że polityka historyczna jest synonimem propagandy.
Pisząc książkę, rozmawiał pan m.in. z dyplomatami, którzy dzielili się własnymi doświadczeniami. Dlaczego Siergiej Ławrow zapytał ambasadora Wielkiej Brytanii w Rosji w latach 2016-2020 – sir Laurie’ego Bristowa, o przyczyny, dla których część akt Rudolfa Hessa, jednego z najbliższych współpracowników Adolfa Hitlera, pozostaje tajna? Pytam o to, dlaczego i w jaki sposób Władimir Putin używa historii jako narzędzia, np. podczas rozmów dyplomatycznych.
Wszystko wskazuje na to, że Putin bardzo lubi historię. Ale to więcej niż jego hobby. Zresztą większość polityków – nie tylko dyktatorów – traktuje przeszłość jako zbiór lekcji strategicznych. Na pewno Putin zauważył też, że historia – zwłaszcza po aneksji Krymu – rezonuje wśród Rosjan. To, jak często mówił o przeszłości przed i po 2014 r. jest mierzalne – w mojej ocenie wzrost był wykładniczy. Jedni lubią chodzić do kina na filmy Marvela, a Rosjanie słuchać opowieści Putina, bo mają poczucie straty. Uważam też, że taka a nie inna opowieść o historii sprawia, że rosyjscy żołnierze nie mają oporów, by popełniać zbrodnie wojenne. Nie towarzyszą im wątpliwości albo dysonans poznawczy. Słyszą przecież, że są jak ich ojcowie lub dziadkowie, którzy w latach 1941-1945 walczyli z nazistowskimi Niemcami.
Czytaj więcej
Większość Rosjan nie ma problemu z aprobatą dla rozbiorów Polski i nie uważa 17 września 1939 roku za agresję na państwo ościenne. Oceny tego, co i...
A wracając do pytania o Rudolfa Hessa: to prawda, brzmi to dziwnie; rozmawiając z dyplomatami dowiedziałem się, że dla nich często niezrozumiałe było, dlaczego Rosjanie sięgają do historii, ale z drugiej strony sir Laurie Bristow zwrócił mi uwagę na to, że to technika retoryczna, a właściwie trolling – detal, ale może mieć znaczenie dla przebiegu rozmowy i celowego wywołania dyskomfortu u adwersarza. Ławrow wyciągnął sprawę akt Hessa po to, aby Brytyjczycy zaczęli się tłumaczyć.