fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Łukasz Pawłowski: Mit demokracji nieliberalnej

YouTube
Wzrost znaczenia populistycznych ruchów prawicowych nie jest jedynie korektą demokracji, ale śmiertelnym dla niej zagrożeniem. Jeśli wyłącznie populista ma prawo reprezentować lud, po co potrzebne są nam inne partie czy wolna prasa? – pisze publicysta „Kultury Liberalnej"

Wśród wielu paradoksów, rządzących współczesnym życiem politycznym, jednym z najbardziej charakterystycznych jest ten, że to – zwykle otwarci na zmiany – liberałowie ostrzegają dziś przed rewolucją, a konserwatyści z radością wyczekują obalenia dotychczasowego porządku.

Przykładem drugiego z tych zjawisk jest tekst Michała Kuzia opublikowany w magazynie „Plus Minus" 22 kwietnia 2017 roku. Autor wyśmiewa w nim wszystkich twierdzących, że „w globalnej polityce dzieje się coś przerażającego [...] coś, co bez mała zagraża całej zachodniej cywilizacji lub ludzkości w ogóle". To nieprawda, mówi i stwierdza, że oszałamiająca kariera Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych, Marine Le Pen we Francji, czy zwolenników Brexitu na Wyspach nie tylko nie jest zagrożeniem, ale wręcz sygnalizuje powrót do normalności. Nienormalne było bowiem to, „co nas spotkało w niepełnym dwudziestoleciu pomiędzy upadkiem komunizmu a kryzysem finansowym" z 2008 roku. W ciągu tych dwóch dekad „wyczerpały się dawne paradygmaty i polityczny spór działał niejako na jałowym biegu". Obecnie prawdziwa polityka powraca w wielkim stylu, co też Michał Kuź ogłasza nawet w tytule swojego artykułu („Wielki powrót polityki"). Trudno jednoznacznie powiedzieć, czy autor wita tę zmianę z entuzjazmem, ale z pewnością jest jej ciekawy i jej się nie obawia. Swój pogląd opiera jednak na mylnej ocenie sytuacji oraz związanych z nią zagrożeń.

Z Michałem Kuziem można się zgodzić w jednym – nie każdy populista wyrastający na tej czy innej scenie politycznej jest zagrożeniem na miarę Hitlera, Stalina czy Mussoliniego. A nazbyt częste porównania bieżących wydarzeń do lat 30. XX wieku i upadku Republiki Weimarskiej raczej szkodzą niż pomagają. Jeśli niemal codziennie ludzie są ostrzegani przed powrotem faszyzmu i nazizmu, gdy tymczasem słońce nadal wschodzi na wschodzie i zachodzi na zachodzie, a w ich życiu niewiele się zmienia, w końcu zaczynają owe ostrzeżenia ignorować. Ale to nie znaczy, że na dokonujące się dziś zmiany powinniśmy patrzeć z pogodnym wyczekiwaniem, jak zdaje się sugerować autor tekstu. Oto dlaczego.

Politycy nowej epoki

Michał Kuź uspokaja, że populiści pokroju Marine Le Pen czy Donalda Trumpa nie są wcale tak radykalni, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. To po prostu reprezentanci nowego typu polityki, która nie dzieli już partii na lewicowe i prawicowe, ale na globalistyczne i lokalistyczne. Te pierwsze opowiadają się z grubsza za otwarciem granic, swobodnym przepływem ludzi, towarów i kapitału oraz zacieśnianiem współpracy na poziomie ponadnarodowym. Te drugie chcą wzmocnienia tradycyjnych państw narodowych, protekcjonizmu w gospodarce i ograniczenia współpracy w ramach podmiotów ponadnarodowych. Zamiast więc panikować, musimy po prostu uznać, że Le Pen czy Trump to nowy rodzaj polityków. I tak jak kiedyś postulaty uznawane na przykład za radykalnie lewicowe – choćby powszechna służba zdrowia – nie wywróciły świata do góry nogami, tak i dziś „lokaliści" nie doprowadzą do globalnej apokalipsy.

Problem w tym, że w odróżnieniu od choćby dawnej lewicy dzisiejsi „lokaliści" nie mają pozytywnego programu. To przede wszystkim ruchy protestu, co zresztą Kuź sam przyznaje, pisząc, że „to właśnie na walce z globalistyczną wizją rzeczywistości zbił kapitał polityczny Donald Trump". Nawet podczas kampanii nie zaproponował on swoim wyborcom nic w zamian, poza mglistymi obietnicami powrotu do czasów, gdy Ameryka „była wielka", nie określając nawet, kiedy tak było i w czym się ta wielkość przejawiała. Kampania Trumpa opierała się na krytyce bieżącego stanu rzeczy, zapowiedzi powrotu do przeszłości, obraźliwych wypowiedziach bezmyślnie powtarzanych przez media i całym szeregu radykalnych obietnic, których dziś spełnić albo nie może – zakaz wjazdu dla muzułmanów, wycofanie się z NAFTA, wojna handlowa z Chinami – albo nie chce – walka z oszustwami finansowymi i uproszczenie systemu podatkowego. Podobnie nierealistycznie wyglądały też obietnice składane przez Marine Le Pen – jak wycofanie Francji ze strefy euro oraz opuszczenie Unii Europejskiej. Różnica między Le Pen a Trumpem polega w zasadzie na tym, że ona już dziś zdaje sobie sprawę z kosztów składanych obietnic, zaś Trump potrzebował aż 100 dni, by się przekonać, że praca prezydenta jest, tu cytat, „trudniejsza, niż myślał".

Ale czy polityka demokratyczna nie wygląda tak od zawsze – najpierw pojawiają się rozdęte do granic absurdu obietnice, które są następnie porzucane? Kłamstwo wyborcze to przecież nic nowego pod słońcem. Tak właśnie uważa Kuź, przy okazji obśmiewając pojęcie, którego symbolem stał się Trump – pojęcie postprawdy – i uznając je za wymysł spanikowanych liberalnych elit. Czy ma rację? Zacznijmy od definicji zamieszczonej na stronie wydawcy słowników oksfordzkich, które ogłosiły „postprawdę" słowem minionego roku:

„Postprawdziwy – przymiotnik definiowany jako odnoszący się do sytuacji lub oznaczający sytuację, w której obiektywne fakty mają mniejszy wpływ na kształtowanie opinii publicznej niż odwoływanie się do emocji czy osobistych przekonań".

Z kolei angielska wersja Wikipedii definiuje „politykę postprawdy" w sposób następujący: „Polityka postprawdy to kultura polityczna, w której debata toczy się w znacznym stopniu poprzez odwołanie do emocji, bez związku ze szczegółami rozwiązań politycznych, oraz poprzez powtarzanie »przekazów dnia« (talking points). Podważanie tychże przekazów na podstawie faktów jest ignorowane. Postprawda różni się od dotychczasowych form kontestowania czy fałszowania prawdy, ponieważ prawdę uznaje się za sprawę »drugorzędną«".

Fakty są nieistotne

Nie jest to więc, wbrew temu, co twierdzi Kuź, zwykłe kłamstwo, które zarówno w polityce, jak i w życiu ma bardzo długą tradycję. Wyznacznikiem postprawdy jest stosunek do faktów, który przejawia się ich całkowitym ignorowaniem. Przykład? 4 marca prezydent Trump wysłał w świat następujący tweet: „Jak nisko upadł prezydent Obama, że zamontował podsłuchy na moich telefonach w czasie uświęconego procesu wyborów. To jak Nixon/Watergate. Zły (lub chory) facet!".

Na poparcie swoich tez Trump nie przytoczył absolutnie żadnych dowodów, Departament Sprawiedliwości oraz FBI również nie znalazły nic, co uzasadniłoby prezydenckie oskarżenia. Mimo to Trump w niedawnym wywiadzie dla stacji CBS z okazji 100 dni prezydentury twierdził, że jego argument „został dowiedziony bardzo mocno". Pytany jednak, czy nadal utrzymuje, że Obama podsłuchiwał jego telefon, odpowiedział, że „niczego nie utrzymuje", a pytający go dziennikarz może to sobie „rozumieć jak chce". Dopytywany dalej po prostu przerwał wywiad.

I na tym właśnie zasadza się istota postprawdy w polityce – nie chodzi o to, że polityk kłamie, ale że złapany na kłamstwie i z nim skonfrontowany po prostu kłamie dalej. W Polsce prekursorem i entuzjastą takiego sposobu działania jest Antoni Macierewicz, który jednego dnia potrafi powiedzieć, że właśnie zwrócił się do NATO z prośbą o pomoc w wyjaśnieniu przyczyn katastrofy smoleńskiej, a następnego twierdzić, że nigdy nic takiego nie powiedział. Może też regularnie prezentować nową teorię „zamachu", jednocześnie nie odcinając się od poprzednich. O ile kiedyś politycy, kłamiąc, przynajmniej starali się uniknąć przyłapania, o tyle teraz kłamią, nie oglądając się na konsekwencje.

Dla rozwoju takiego „stylu" uprawiania polityki ogromne znaczenie ma rozwój mediów alternatywnych – głównie internetowych z serwisami społecznościowymi na czele. To dzięki nim dla każdego kłamstwa wypowiedzianego przez polityka natychmiast znajduje się cały szereg „dowodów" błyskawicznie replikowanych w sieci. Ważnym elementem tak rozumianej polityki jest także to, że jej aktorom nie zależy na udowodnieniu żadnej prawdy. Trump nie będzie przecież starał się ostatecznie dowieść, że był podsłuchiwany przez poprzednią administrację, że meksykańscy imigranci do USA to przede wszystkim gwałciciele, a Barack Obama naprawdę nie urodził się w Stanach Zjednoczonych i sprawował urząd nielegalnie. Celem wszystkich tych kłamstw jest zasianie wątpliwości, podkopanie autorytetów, pokazanie, że „druga strona" również jest skażona i nikomu nie wolno ufać. To zarządzanie przez chaos bez pozytywnego celu.

Żywiołowa demokracja

Kiedy więc Michał Kuź twierdzi, że „trumpizm" czy „lepenizm" jest relatywnie spójną propozycją polityczną, z którą można na poważnie dyskutować, trudno się z tym zgodzić. I nie chcę przez to powiedzieć, że wszystkie motywacje skłaniające Amerykanów i Francuzów do poparcia Trumpa i Le Pen są nieuzasadnione, a dotychczasowy świat był najlepszy z możliwych. Chcę jedynie podkreślić, że żadna z ikon „lokalizmu" nie ma tak naprawdę nic pozytywnego do zaproponowania.

Równie niedorzeczne są próby powiedzenia, że Trump, Le Pen, a na Węgrzech Viktor Orbán opowiadają się za innym rodzajem demokracji. Tymczasem Michał Kuź stwierdza, że stawiają oni na demokrację „żywiołową", zaś liberalizm i globalizację „schładzają". W rzeczywistości demokracja bez liberalizmu rozumianego jako ochrona praw jednostki przed władzą zamienia się w zwykłą tyranię większości. Jakie bowiem mamy wówczas gwarancje, że nowo wybrana władza uszanuje prawo przegranych do niezgody na realizowaną politykę? Co powstrzyma ją przed wyłączeniem politycznych oponentów ze wspólnoty obywateli? To idee liberalne nakładają na wybrane demokratycznie władze niezbędne hamulce. I wbrew zapewnieniom Viktora Orbána „demokracja nieliberalna" nie jest po prostu innym, równie dobrym rodzajem demokracji, ale systemem, który prowadzi demokrację do upadku. Nie można więc, jak twierdzi Kuź, opowiadać się za „żywiołową demokracją", jednocześnie „schładzając liberalizm". Pod tymi z pozoru niegroźnymi tendencjami kryją się realne zagrożenia.

Zagrożenia tym większe, że Trump, Le Pen, Orbán, a w Polsce Jarosław Kaczyński stoją na czele ruchów populistycznych, które z demokracją również niespecjalnie można pogodzić. Co to znaczy „populistyczne"? „Populizm" stał się ostatnimi czasy chyba najpopularniejszym określeniem służącym do okładania politycznych przeciwników, przez co niemal stracił jakiekolwiek znaczenie. Dlatego za niemieckim politologiem z Uniwersytetu w Princeton, Janem-Wernerem Müllerem, proponuję bardzo konkretną definicję. Müller twierdzi, że populistów charakteryzuje nie tylko antyelityzm, ale także antypluralizm. Każdy niemal polityk zapewnia, że reprezentuje „zwykłych ludzi" i chce stawić czoło dotychczasowym elitom. Ale tylko populiści twierdzą, że „oni i tylko oni reprezentują lud", a żadna inna partia nie ma racji bytu. To dlatego Viktor Orbán odmawia udziału w przedwyborczych debatach z opozycją, Jarosław Kaczyński twierdzi, że wobec słabości opozycji on sam musi być opozycją, zaś Donald Trump uznaje krytykujące go media za „wrogów ludu".

Ten populistyczny antypluralizm także nie jest jedynie nowym, kolorowym elementem demokracji. To cecha dla demokracji zabójcza. Jeśli wyłącznie populista ma prawo reprezentować lud i tylko on wie, czego ów lud naprawdę chce, po co potrzebne są nam inne partie polityczne, wolna prasa czy inne ośrodki kontroli władzy?

Z tych wszystkich powodów – i wielu innych, jak choćby niewyobrażalnej niekompetencji Trumpa – wzrost znaczenia populistycznych ruchów prawicowych nie jest jedynie korektą demokracji, ale śmiertelnym dla niej zagrożeniem. Kuź próbuje uspokoić czytelników, że sukces prawicowych populistów będzie jedynie „powrotem do normalności". W odróżnieniu od niego ja wolałbym nadal żyć w czasach „wyjątkowych". Czego i Michałowi Kuziowi życzę.

Łukasz Pawłowski jest doktorem socjologii i sekretarzem redakcji oraz publicystą tygodnika internetowego „Kultura Liberalna".

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA