Publicystyka

Baranowski: Wraca policjant świata?

Decyzja Donalda Trumpa praktycznie przekreśliła szanse na „deal” z Władimirem Putinem.
Bloomberg, Olivier Douliery
Ameryka zaangażowana wygrała z Ameryką samolubną – pisze po ataku na Syrię dyrektor warszawskiego biura think tanku GMF.

Atak USA na syryjską bazę wojskową w Al-Shayrat był najważniejszą decyzją młodej prezydentury Donalda Trumpa. Jak do tej pory ze strony Waszyngtonu widzieliśmy sporo retoryki, bardzo dużo tweetów, ale mało konkretnej polityki zagranicznej. Ta wykuje się właśnie z konsekwencji czwartkowej decyzji. Choć nadal możliwych jest wiele potencjalnych scenariuszy dalszej polityki zagranicznej Donalda Trumpa, po piątkowym ataku wiemy już, że nie może to już być polityka izolacjonizmu. Czy będzie to powrót do tradycyjnie republikańskiej polityki światowego policjanta – hegemona gotowego podtrzymywać na swoich barkach liberalny ład światowy?

Baszar Asad, dopuszczając się odrażającej zbrodni, atakując ponownie niewinnych cywilów bronią chemiczną, postawił społeczność międzynarodową, ale przede wszystkim nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych, przed dylematem – brak odpowiedniej reakcji potwierdziłby tezę tych, którzy mówią o końcu światowego przywództwa USA, ale odpowiedź militarna groziła eskalacją konfrontacji w Syrii z Asadem i jego sojusznikiem Władimirem Putinem. Donald Trump podczas kampanii prezydenckiej opowiadał się za łagodnym kursem wobec syryjskiego prezydenta. Jeszcze w zeszłym tygodniu sekretarz stanu Rex Tillerson mówił, że o przyszłości Asada zdecyduje naród syryjski, a nie światowe mocarstwa, dając jasno do zrozumienia, że Stany Zjednoczone nie mają zamiaru interweniować w Syrii. Późniejsze bombardowanie 59 rakietami typu Tomahawk syryjskiej bazy było poważną korektą nie tylko w polityce wobec Syrii, ale także w całej polityce zagranicznej Donalda Trumpa.

Sam atak, w którym Trump wybrał jedną z najmniej drastycznych opcji przedstawianych mu przez Pentagon, był skalibrowany tak, aby wysłać sygnał do Asada, że ponowne użycie broni chemicznej nie będzie tolerowane. Ograniczony charakter bombardowania miał natomiast pokazywać również, że nie jest to początek szerszej inwazji na rząd w Damaszku i próba zmiany reżimu. Bombardowanie miało pokazać, jak to określił Tillerson, że prezydent Trump potrafi podjąć „zdecydowaną decyzję", kiedy inni „przekroczą linię i nie dotrzymają swoich obietnic" – jest to bardzo jasny sygnał skierowany również do przywódców Korei Północnej oraz Iranu.

Operacje militarne mają natomiast to do siebie, że często wymykają się spod kontroli. Przeciwnik – w tym przypadku zarówno Asad, jak i Rosja – ma sporo do powiedzenia w sprawie tego, jak potoczy się konflikt. W tym momencie brak jest jeszcze długoplanowej strategii Waszyngtonu wobec wojny toczącej się tam już od ponad pięciu lat. Trump postawił jednak na szali swój prestiż i wobec eskalacji konfliktu ze strony Asada lub Rosji nie będzie mógł się łatwo wycofać bez utraty twarzy.

W kontekście wewnętrznym Donald Trump stał się właśnie kimś, kogo Amerykanie definiują jako „war president" – prezydent wojenny. W tej roli poparcia udzielili mu nawet najwięksi dotychczasowi krytycy, tacy jak senator McCain. To bardzo duża zmiana dla polityka, który do tej pory był krytykowany z każdej możliwej strony i którego poparcie w ostatnim badaniu opinii publicznej spadło do 36 proc. – jednego z najniższych poziomów w historii na tym etapie prezydentury. Natomiast prezydenci wojenni zwykle cieszą się szerszym poparciem społecznym, przynajmniej na początku konfliktu, co pewnie zobaczymy w następnych sondażach. Dynamika polityki wewnętrznej spowoduje, że bardzo trudno będzie prezydentowi zminimalizować zaangażowanie w Syrii w przypadku braku ustępstw ze strony Asada i jego sojuszników.

Starcie dwóch wizji

Dylematy w Syrii naświetlają również szerszy spór o kształt polityki zagranicznej Donalda Trumpa. Od początku kadencji można było zaobserwować w jego administracji co najmniej dwie ścierające się ze sobą wizje roli Stanów Zjednoczonych na świecie. Jedna to wizja „America first" – „Ameryka przede wszystkim", uosabiana przez Steve'a Bannona, byłego szefa ultraprawicowego portalu Breitbart. Jest to wizja, w której liczy się wyłącznie interes USA, często krótkoterminowy i oparty na kalkulacji ekonomicznej, a nie geostrategicznej. W której reguły międzynarodowe, wartości i wieloletnie sojusze są postrzegane jako coś przestarzałego, coś, co można łatwo sprzedać. W której instytucje międzynarodowe nie liczą się prawie wcale, a interesy załatwia się z innymi mocarstwami na zasadzie bilateralnej wymiany.

Może przede wszystkim jest to wizja polityki, która odrzuca argument, że obecny ład światowy – oparty na systemie sojuszy oraz otwartym handlu – jest czymś korzystnym dla Stanów Zjednoczonych. Wizja „America first" odrzuca ten ład jako coś, co jest nie w porządku wobec amerykańskiego podatnika i amerykańskiego żołnierza. Zakłada potrzebę stworzenia nowego porozumienia, w którym USA nie ponoszą już głównego kosztu utrzymania porządku międzynarodowego.

Dużo bardziej tradycyjna, republikańska polityka zagraniczna, zakładająca szczególną rolę Stanów Zjednoczonych w utrzymaniu ładu światowego, to druga z tych wizji. Jest ona oparta na systemie sojuszy budowanym przez USA przez ostatnie 70 lat, w którym ważniejsze są podstawowe wartości i reguły współpracy międzynarodowej oraz długofalowy interes strategiczny USA, a nie bieżące korzyści. Jest to polityka, którą w administracji Trumpa najlepiej reprezentuje sekretarz obrony gen. James Mattis.

Pierwsze miesiące prezydentury Trumpa były czasem współistnienia tych dwóch rzeczywistości – z jednej strony prezydent tweetował o przestarzałym NATO, podważał sens istnienia Unii Europejskiej i myślał o resecie z Rosją, z drugiej strony gen. Mattis wraz z kluczowymi senatorami, jak McCain, robili swoje, aby utrzymać system sojuszy zarówno w Europie, jak i w Azji.

Czwartkowa decyzja o ataku na Asada jest wygraną wizji Ameryki zaangażowanej nad wizją Ameryki samolubnej. Przypadkiem wydaje się być to, że zaledwie dzień wcześniej Steve Bannon został wykluczony ze stałego składu spotkań Rady Bezpieczeństwa Narodowego – ale decyzja ta pokazuje symboliczny zwrot ku bardziej tradycyjnej, republikańskiej polityce zagranicznej.

Nie po drodze z Putinem

Jednym z miejsc, w których te dwie odmienne wizje ścierały się najmocniej, jest polityka USA wobec Rosji. Przed objęciem urzędu prezydenta Trump okazywał chęć ocieplenia i poprawy relacji USA z Rosją, a może nawet zbudowania szerokiego porozumienia. W pierwszych tygodniach jego administracja przygotowała nawet projekt dokumentu znoszącego sankcje nałożone na Rosję przez Baracka Obamę. Atak na syryjską bazę praktycznie przekreślił szanse jakiegokolwiek szerszego „dealu" między Trumpem a Putinem.

Stabilność reżimu Asada jest jednym z kluczowych interesów Rosji na Bliskim Wschodzie, a bombardowania, pomimo ich ograniczonego zakresu, tę stabilność nadwyrężają. Poza tym dla Rosji nie do zaakceptowania jest interwencja USA bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ, szczególnie bezpośrednio wbrew rosyjskim interesom.

Już wcześniej Trump miał bardzo ograniczone pole manewru, jeżeli chodzi o szybkie porozumienie z Moskwą. Przyczyną były toczące się dochodzenie w sprawie wpływu Rosji na wybory prezydenckie w USA oraz śledztwo FBI w sprawie kontaktów współpracowników Trumpa w kampanii wyborczej ze stroną rosyjską. Polityczna cena jakiegokolwiek szerszego porozumienia USA–Rosja w tym klimacie byłaby za wysoka – spotkałoby się ono z ogromnym oporem w Kongresie oraz wśród waszyngtońskiego establishmentu.

W obecnej sytuacji Putin również nie będzie skory do szybkiego porozumienia i prawdopodobnie wróci do antyamerykańskiej retoryki, która zniknęła na kilka miesięcy z rosyjskiej telewizji ze względu na nadzieje związane z Trumpem. Dotychczasowa rosyjska reakcja na atak była ostra retorycznie, ale ograniczona w aspekcie wojskowym. Premier Dmitrij Miedwiediew mówił o „zrujnowanych relacjach" i o zbliżaniu się do „granicy konfliktu militarnego", a rosyjskie siły w Syrii wycofały się z umowy z USA o wzajemnym informowaniu się o inicjatywach wojskowych w celu uniknięcia wypadków.

Administracja Trumpa, chcąc uniknąć eskalacji z Moskwą, poinformowała rosyjskie dowództwo w Syrii o planowanym ataku, tak aby uniknąć ofiar wśród obecnych w bazie rosyjskich żołnierzy – co swoją drogą doprowadziło również do tego, że zniszczenia wśród syryjskiego sprzętu były bardzo ograniczone, bo ostrzeżeni przez Rosjan Syryjczycy usunęli większość stacjonujących tam samolotów wojskowych. Rosjanie ze swojej strony też chcieli uniknąć konfrontacji z USA i nie uruchomili nawet nowoczesnych baterii przeciwrakietowych S-400 i S-200, które mogłyby strącić choćby kilka nadlatujących tomahawków.

Nawet jednak ograniczone rosyjskie reakcje na atak sprawiają, że szybkie, strategiczne porozumienie z USA przestaje być prawdopodobne. Wizyta Tillersona w Rosji w tym tygodniu, która miała skupić się na znalezieniu obszarów, w których USA i Rosja mogłyby zbudować szersze porozumienie, będzie teraz zdominowana przez konflikt w Syrii.

Początek drogi

Po dwu i pół miesiąca prezydentury obserwujemy początek wykuwania się polityki zagranicznej Trumpa. Bardzo wiele będzie zależeć od tego, jakie następne kroki administracja podejmie zarówno wobec Damaszku, jak i Pjongjangu, Teheranu oraz do pewnego stopnia wobec Moskwy i Pekinu. Dużo zależeć będzie od tego, co wydarzy się w następnych dniach i tygodniach, a jak już wspomnieliśmy, brutalne konflikty rządzą się swoimi prawami. Trump będzie teraz musiał przekuć swoją wstępną reakcję na długofalową politykę. Bardzo ciężko będzie mu już wrócić do wizji polityki, w której Stany Zjednoczone stają na uboczu, nie mieszają się w konflikty w dalekich krajach, a skupiają się tylko zrównoważeniu swojego bilansu handlowego.

Nie oznacza to zarazem, że od tej pory powinniśmy spodziewać się już tylko pryncypialnej, zaangażowanej, muskularnej polityki tradycyjnie reprezentowanej przez Partię Republikańską. Na dziś w wewnętrznej debacie na temat Trumpa wygrały głosy sekretarza Mattisa, wiceprezydenta Mike'a Pence'a czy doradcy do spraw bezpieczeństwa H.R. McMastera – wszyscy oni wywodzą się z republikańskiego establishmentu i reprezentują bardzo tradycyjną wizją roli Stanów Zjednoczonych w świecie. To jest krok w kierunku wizji Ameryki zaangażowanej, ale i dopiero początek drogi.

Autor jest ekspertem w dziedzinie polityki zagranicznej USA oraz polityki bezpieczeństwa

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL