fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Piotr Buras: Unia obronna i tak powstanie

Fotorzepa, Bosiacki Roman
„Odklejenie się” Polski od Europy Zachodniej w kwestii kształtowania wspólnej polityki obronnej UE zagraża polskim interesom – pisze dyrektor warszawskiego biura think tanku European Council on Foreign Relations.

Polska nie wycofa się jednak całkiem z Eurokorpusu – to dobra wiadomość, nawet jeśli nasze ambicje do odgrywania wiodącej roli w kształtowaniu tej międzynarodowej formacji wojskowej zostaną silnie zredukowane. Ale niedawne zamieszanie wokół stanowiska polskiego rządu zdradza poważniejszy problem. Jest nim brak jakiejkolwiek strategii w kwestii współpracy obronnej z głównymi naszymi partnerami w UE, przede wszystkim Francją i Niemcami, czyli państwami, które zainicjowały Eurokorpus w 1992 r. Tymczasem sprawy obronności to sfera,  która w najbliższych miesiącach będzie jednym z kół zamachowych głośnej dyskusji o przyszłości Unii Europejskiej jako Unii wielu prędkości. Unia obronna (w gronie części państw członkowskich, a nie całej UE) ma dzisiaj większe szanse realizacji niż kiedykolwiek wcześniej, ale z polskiego punktu widzenia kryje w sobie także różnego rodzaju ryzyka. Tym bardziej wymaga ona od polskiej dyplomacji zręczności i namysłu, a nie nieprzemyślanych działań.

Europeizacja armii

To nie przypadek, że dyskusja o tym, w jaki sposób zwiększyć zdolności obronne Unii, choć nienowa, nabiera wigoru właśnie teraz. Po pierwsze, minął czas pokojowej dywidendy ćwierćwiecza po 1989 r., a agresja Rosji oraz destabilizacja południowego sąsiedztwa UE pokazują, że wojsko i obronę należy znowu zacząć traktować serio. Tymczasem tylko w dekadzie 2005-2015 wydatki na obronę krajów UE spadły o 10 proc., zaś na badania i rozwój nawet z tych uszczuplonych budżetów wydają one 10 razy mniej niż Stany Zjednoczone. Po drugie, choć Amerykanie od lat domagają się od Europejczyków większych nakładów i wsparcia w ramach NATO, to dopiero groźby Donalda Trumpa i jego dystans do Europy spowodowały, że kraje UE spostrzegły konieczność wzięcia własnej obrony w swoje ręce. Po trzecie, Brexit z jednej strony zmusza UE do rewizji wspólnej polityki obronnej, z drugiej zaś ułatwia kreowanie tej polityki na szczeblu UE, jako że to właśnie Brytyjczycy byli jak dotąd hamulcowymi wspólnych przedsięwzięć w tym zakresie.
Pomysły wspólnej polityki obronnej UE często niesłusznie utożsamia się z utopią wspólnej armii europejskiej lub próbami zastępowania Sojuszu Atlantyckiego konkurencyjnym wobec niego przymierzem państw europejskich. Wspólna armia rozumiana dosłownie wymagałaby jednolitego dowództwa, a tym samym ścisłej unii politycznej w UE, co jest pieśnią odległej przyszłości. Nikt poważnie nie myśli też o tym, by tylko siłami europejskimi zastąpić NATO. Nawet gdyby stało się to koniecznością, nie byłoby to możliwe – ani potencjał nuklearny, ani konwencjonalny krajów UE nie byłby w stanie w krótkim czasie wypełnić luki po Amerykanach. Chociaż niektórzy eksperci przebąkują o konieczności europejskich sił nuklearnych, tzn. „europeizacji” arsenału atomowego Francji, to ani jego potencjał, ani warunki techniczne nie sprostałyby temu zadaniu.

Ambicje unii obronnej  są mniejsze, co nie znaczy wcale, że implikacje polityczne tego projektu należy lekceważyć. W ubiegłym roku kraje Unii uchwaliły „strategię globalną”, a instytucje UE przygotowały szereg innych dokumentów wyznaczających kierunek i tempo prac nad zacieśnieniem współpracy w gronie chętnych do tego państw. Chodzi m.in. o usprawnienie operacji zbrojnych poprzez finansowanie ich ze środków wspólnych i dowodzenie nimi ze wspólnej kwatery. Jak na razie państwa wykonujące w imieniu UE misje wojskowe muszą płacić za nie z własnej kieszeni (tylko 10-15 proc. kosztów pokrywają środki wspólne UE w ramach mechanizmu „Athena”), a z braku unijnego ośrodka dowodzenia funkcje te przejmują kwatery główne wojsk francuskich, włoskich lub niemieckich. To słaba zachęta do podejmowania się takich działań oraz mało efektywny system.

Polskie obawy

Ale uzasadnieniem wspólnej obrony jest także to, by w bardziej sensowny sposób wydawać pieniądze na cele wojskowe krajów UE, m.in. wspólnie planując zakupy, nie dublując wyposażenia, dzieląc się sprzętem militarnym, a także integrując przemysły zbrojeniowe. Brzmi to mało spektakularnie, ale kryje się z tym zarówno głęboki sens i potencjalnie duże oszczędności, jak i źródło politycznych dylematów, zwłaszcza dla kraju takiego jak Polska. Sens i oszczędności polegają na tym, że choć wszyscy narzekają dziś na niedostateczne wydatki wojskowe w UE (przeciętnie 1,4 proc. PKB kraju rocznie, podczas gdy cel NATO to 2 proc. PKB), to państwa UE wydają w istocie masę pieniędzy: łącznie dobrze ponad dwa razy więcej niż wynosi budżet wojskowy Rosji. Jednocześnie armie krajów europejskich są ze sobą niekompatybilne: mamy 17 różnego rodzajów czołgów, 20 różnych typów samolotów bojowych, a brakuje kluczowych zdolności (np. transportu lotniczego) – wszystko dlatego, że każdy kraj planuje wydatki wojskowe wyłącznie na swoje własne potrzeby bez uwzględniania zakupów sąsiadów i możliwości wzajemnego uzupełniania. Łączenie  zasobów wojskowych  i dzielenie się nimi pomiędzy krajami UE uważane są za najważniejsze metody wzmacniania potencjału obronnego Unii.

Na czym więc polegają polskie dylematy i co ma do nich Eurokorpus? Choć kilka lat temu Polska, chcąc wzmacniać polityczny wymiar integracji i naszą obecność w jej głównym nurcie, należała do zwolenników zacieśniania współpracy obronnej, to ma do niej istotne zastrzeżenia – bez względu na to, kto sprawuje u nas akurat władzę. Widzi w niej przede wszystkim projekt francuski, mający na celu wykorzystanie zasobów UE głównie w Afryce. Wspólne kupowanie sprzętu wojskowego z partnerami europejskimi może prowadzić do dylematów dotyczących priorytetowej dla Polski współpracy z USA w zakresie bezpieczeństwa – kontrakty zbrojeniowe są wszak jej ważnym filarem. Z podobnego powodu sceptycznie patrzymy na pomysły budowania struktur wojskowych: NATO zachowuje absolutne pierwszeństwo. Zaś zbyt szybka - z polskiego punktu widzenia - integracja przemysłów zbrojeniowych może nie być w polskim interesie, gdyż nasze firmy są jeszcze za słabe, by jak równy z równym łączyć się z potentatami francuskimi czy niemieckimi.

Nad zasadnością tych wątpliwości i obaw można dyskutować, ale większość z nich nie jest wzięta z kosmosu.  To, czy i w jakim kształcie wspólna polityka obronna UE może służyć polskim interesom, jest sprawą otwartą – i niezwykle istotną. Także dlatego, że jej rozwój może wynikać z dodatkowego jeszcze powodu.  Zwiększenie przez kraje UE nakładów na zbrojenia i obronę nie jest zachcianką, lecz zapewne warunkiem utrzymania zaangażowania USA na Starym Kontynencie na dotychczasową skalę. Ale wydawanie jeszcze większych niż dotychczas pieniędzy zgodnie z zasadą „każdy sobie rzepkę skrobie”, nie ma sensu i oznaczać mogłoby marnotrawstwo.  To być może najsilniejsza zachęta do tego, by dodatkowe wydatki planować odtąd z głową – w skali całej Unii lub przynajmniej tych krajów, które są do tego gotowe.  Tym samym twarda postawa Trumpa może okazać się katalizatorem rozwoju wspólnej polityki obronnej UE: koordynacji zakupów, integracji poszczególnych elementów sił zbrojnych niektórych krajów, budowy wspólnych mechanizmów finansowania pomiędzy nimi, ściślejszej współpracy w zakresie logistyki etc. Innymi słowy, ten proces będzie zapewne postępował niezależnie od tego, czy Polsce się to podoba czy nie, a główną rolę odgrywać będą w nim Niemcy i Francuzi.

Dobitne sygnały z Warszawy

Dla Polski jest rzeczą niezwykle ważną, by projekt wspólnej polityki obronnej UE kształtował się w sposób zgodny z polskimi priorytetami i wyobrażeniami. Powinniśmy starać się jak najbliżej współpracować z Paryżem i Berlinem, nie przesądzając jeszcze, na jaką skalę jesteśmy w stanie uczestniczyć we wszystkich zarysowujących się projektach. Sytuacja, w której nasi najważniejsi partnerzy ustalają parametry współpracy w zakresie bezpieczeństwa bez naszego udziału, jest wysoce niepożądana, zaś „odklejenie się” Polski od Europy Zachodniej w tym wymiarze zagraża polskim interesom. Tymczasem wiele wskazuje na to, że w tym kierunku zmierzamy – na własne życzenie. Obniżenie zaangażowania w Eurokorpusie, motywowane koniecznością przerzucenia pracujących na jego rzecz oficerów na wschodnią flankę NATO, jest więcej niż symbolicznym wyrazem polskiego braku zainteresowania poważną rozmową z Niemcami i Francuzami o wspólnej obronie europejskiej. Sposób, w jaki Polska odrzuciła francuska ofertę sprzedaży nam helikopterów Caracal kilka miesięcy temu, był na to jeszcze bardziej dobitnym sygnałem. Niedawno polski rząd gromkim głosem sprzeciwiał się Unii wielu prędkości jako recepcie na podział UE. Ale ze sprawą nieumiejętności budowania zaufania u partnerów i uprawiania dyplomacji, sami najbardziej ograniczamy własne możliwości oddziaływania na zmiany w Unii.

Wspólna obrona UE nie będzie budowana za sprawą spektakularnych projektów w rodzaju armii europejskiej lub unijnej bomby nuklearnej, o której niedawno wspominał Jarosław Kaczyński. Zaczyna się na dobre tworzyć właśnie teraz – oddolnie i małymi krokami. Zamiast pochopnych decyzji podważających naszą wiarygodność Polska potrzebuje dzisiaj dyskusji w kraju i z głównymi partnerami w UE o tym, jak najlepiej skorzystać na tej pogłębiającej się współpracy, i co sami mamy do zaoferowania. Zwłaszcza w relacjach z Niemcami wiele już dotąd zrobiono. Niestety, jesteśmy na prostej drodze, by ten potencjał zaprzepaścić.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA