fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Paweł Zalewski: Opcja zero w MSZ

PAP, Leszek Szymański
Zmiany jakie mają być przeprowadzone w MSZ zdestabilizują politykę zagraniczną Polski. Stanie się to w najgorszym z możliwych momentów – twierdzi polityk PO.

Od momentu przejęcia władzy rząd Prawa i Sprawiedliwości popełniło w polityce zagranicznej szereg fatalnych błędów. Ostatnim z nich jest kompromitacja przy wyborze Przewodniczącego Rady Europejskiej. Brak zdolności do przeczytania ze zrozumieniem unijnych zapisów traktatowych, wyraźnie rozróżniających procedurę wyboru nowego przewodniczącego RE od przedłużenia kadencji sprawującego już ten urząd. Do tego doszło niewłaściwe interpretowanie stanowiska Węgier i Wielkiej Brytanii wobec Polski, zakończone infantylnym obrażaniem się na najbliższych sojuszników, rzucanie inwektyw pod adresem Unii i jej instytucji i traktowanie przywódców poszczególnych państw członkowskich jako klientów Berlina.

Wcześniej na stanowisko wiceministra spraw zagranicznych, odpowiedzialnego za wyjątkowo wrażliwe kwestie, mianowano Roberta Greya - osobę z wieloma znakami zapytania w życiorysie. Również sprawa polskiego ambasadora w RFN jest dowodem braku kompetencji – o ideowej wpadce nie wspominając - nie tylko MSZ i jego szefa, ale także całego aparatu państwowego współdziałającego z dyplomacją. W Sejmie rzucano oskarżenia pod adresem poprzedniej ekipy rządzącej w sprawie bezpodstawnej likwidacji placówek dyplomatycznych. Wyraźnie liczono przy tym na krótką pamięć opinii publicznej, która bez trudu znajdzie informacje o otwieraniu wówczas kolejnych konsulatów (na Ukrainie, w Wielkiej Brytanii i Chinach) oraz Instytutów Polskich, a przede wszystkim o etatowym, finansowym i technicznym wzmacnianiu całej sieci placówek.

Postępujący i widoczny zanik elementarnych kompetencji aparatu państwowego, a zwłaszcza dyplomacji, budzi obawy, czy zniszczeniu nie ulega etos służby państwowej, który z trudem budujemy od 28 lat. W koncepcji państwa PiS nie znajduje się profesjonalna, kompetentna, kreatywna i bezpieczna służba zagraniczna. Chodzi tylko o kolejne „odzyskanie MSZ” i uczynienie z niego instytucji całkowicie wiernej rządzącej partii. To tu tkwi główna przyczyna niekompetencji polityki zagranicznej. Bo tylko profesjonalna, a nie partyjna służba może ostrzec rządzących przed zrobieniem kroku w przepaść. Widać to świetnie na przykładzie naszych zachodnioeuropejskich partnerów. Podczas gdy liderzy PiS otaczają się zazwyczaj politycznymi zausznikami, wokół niemieckiej kanclerz, francuskiego prezydenta czy brytyjskiej premier widzimy wysokich rangą i dysponujących kumulowanym od lat doświadczeniem urzędników. I nie jest przypadkiem, że na końcu to liderzy tych krajów wygrywają, a nasi stoją samotnie w kącie i obrażają się na resztę świata.

Sprawa jakości naszego aparatu państwowego i samej dyplomacji jest poważna. W ostatnich dniach rząd PiS przedłożył projekt zmian w ustawie o służbie zagranicznej, który pod pozorem dezubekizacji i dekomunizacji zmierza w istocie do likwidacji służby zagranicznej w kształcie, w jakim tworzona była ona w III RP i jaki zna większość krajów rozwiniętych na świecie. Inicjatywa ta początkowo zamknęła usta potencjalnym krytykom – nikt nie chce uchodzić za obrońcę PRL - u. Tymczasem trzeba głośno i wyraźnie ostrzegać, gdy niszczone ma być to, czego budowę zaczęto w latach 90-tych, a czego kamień węgielny położył rząd AWS doprowadzając w 2001 r. do uchwalenia ustawy o służbie zagranicznej.

Rzekoma dezubekizacja

Obecna reforma sprowadza się do kilku elementów. Dezubekizacja może być wśród nich najmniej istotnym, pełniącym jedynie rolę listka figowego elementem.

Samo usunięcie z mocy ustawy z pracy w MSZ ok. 100 byłych współpracowników służb specjalnych PRL (na kilka tysięcy wszystkich zatrudnionych), z których na stanowiskach mających realny związek z polityką zagraniczną pracuje bodaj kilkunastu, a mógłby żaden, gdyby tylko dyrektor generalny urzędu podjął taką decyzję, jest z punktu widzenia polityki zagranicznej pozbawione znaczenia. Sprawa ma również swoje aspekty z zakresu prawa pracy, praw nabytych, zaufania do państwa.

Najważniejsze jednak, że nowelizacja ma pozwolić na przeprowadzenie w MSZ opcji zerowej. 6-miesięczny przegląd kadr zezwala na zwolnienie praktycznie każdego pracownika, chociaż zakłada się, że z pracą pożegna się ok. 200 osób. W realiach państwa PiS oznacza to, że żaden z pracowników nie może być pewny swojej przyszłości, a wielu z nich powinno się wręcz poczuć zobligowanymi do wykazania szczególnej lojalności wobec rządzącej partii. W praktyce oznacza to mniej kontrowersyjnych notatek i odwagi cywilnej, więcej zaś lizusostwa i niewychylania się. W sumie – jeszcze mniej standardów dojrzałej służby państwowej, a więcej praktyk rodem z PRL, zgodnie z maksymą, że najlepszy pracownik jest „mierny, bierny, ale wierny”.

Autorzy ustawy zaprzeczają jakoby takie były ich zamiary, twierdzą, że chodzi wyłącznie o pozbycie się patentowanych leni oraz części (nie wiadomo której) absolwentów sowieckich uczelni. Ale jednocześnie w swoim projekcie nie dają żadnych systemowych gwarancji minimalnego choćby samoograniczenia obecnej władzy. Decyzje o zwolnieniach mogą być w świetle projektu arbitralne i politycznie motywowane.

Zwolnienia nie muszą się również ograniczyć do dwóch powyższych kategorii pracowników. Mogą one też dotknąć ludzi, którzy w MSZ zaczęli pracować po 1989 r., posiadających często ładną opozycyjną kartę, niebędących nigdy członkami PZPR czy nawet Stowarzyszeniu Ordynacka. To właśnie oni w ostatnich 25 latach przyczynili się do sukcesów naszej polityki zagranicznej, lojalnie współpracując z kolejnymi ekipami rządzącymi. Wielu najlepszych z nich już dziś błąka się bez szczególnych zadań po korytarzach centrali, ze stygmatem – najczęściej bezpodstawnym – „ludzi korporacji”, „tych z notesu Geremka” albo „przybocznych Sikorskiego”.

Szykaną wobec tych osób nie musi być zwolnienie, a tylko (sic!) upokorzenie: brak zadań godnych ich kompetencji, oferta obniżenia stopnia dyplomatycznego, jeszcze większa redukcja wynagrodzenia. Mogą oni zostać postawieni przed wyborem: albo przyjęcie stopnia o 2 szczeble niższego niż dotychczasowy i o połowę niższego wynagrodzenia, albo rezygnacja z pracy.

Upokorzeń może być jednak więcej. Otóż możliwe będzie mianowanie na stanowiska dyrektorów i wicedyrektorów departamentów osób nigdy wcześniej nie zatrudnionych w centrali MSZ i nie spełniających nawet podstawowych kryteriów aplikowania do służby zagranicznej. Wystarczy, że spełnią oni kryteria służby cywilnej, sformułowane przecież dla zupełnie innego segmentu administracji państwowej niż dyplomacja.

Po co w takim razie szumne ogłaszanie otwarcia Akademii Dyplomatycznej i licznego naboru aplikantów, jeśli każdy inteligentny młody człowiek będzie jasno widział, że do MSZ prowadzi znacznie krótsza droga niż mozolne zdobywanie kolejnych kompetencji. I to od razu na stanowiska dyrektorskie. Bartłomiej Misiewicz już przetarł ten szlak, jego następców nie powinno zabraknąć.

Jakie będą skutki tej pseudoreformy? Obserwując działania PiS w innych obszarach państwa można mieć wątpliwości, czy nie obejdzie się bez naruszeń prawa, które zmuszą w przyszłości resort do wypłaty odszkodowań czy przywracania do pracy niesłusznie zwolnionych. Arbitralne decyzje w kwestii zwolnień, stopni dyplomatycznych czy wysokości wynagrodzeń rozbiją niezbędną spójność służby zagranicznej i jej wciąż słaby, ale jednak wzmocniony w latach 2007-2015 etos. Przecież trudno założyć, że minister Waszczykowski obniży stopnie dyplomatyczne również tym osobom, którym nadał je on sam lub minister A. Fotyga z ewidentnym naruszeniem elementarnych standardów. Natychmiast w MSZ powstanie podział na równych i równiejszych, a profesjonalistów może zalać fala partyjnych nominatów.

Logika dalszych zmian jest łatwa do przewidzenia. Rząd, który przyjdzie po PiS będzie musiał zarządzić ponowny przegląd kadrowy i podziękować tym, którzy w swoim działaniu sprzeniewierzyli się zasadom etycznym. Odbudowa wiarygodności i etosu służby zagranicznej będzie jednak znacznie trudniejsza, niż sanacja kadrowa.

Potrzeba ciągłości

Nikt nie twierdzi, że polska dyplomacja nie wymaga żadnych zmian. Kontrowersje towarzyszyły jej przecież od samego początku istnienia III RP. Na przełomie lat 80-tych i 90-tych dezubekizacja MSZ i mądra selekcja odziedziczonych po poprzedniej władzy kadr, również tych wykształconych na radzieckich i wschodnioeuropejskich uczelniach, była wskazana i potrzebna. Przez długie lata MSZ nie miał nawet minimum środków materialnych i technicznych dla prowadzenia dojrzałej pracy dyplomatycznej, co zmieniło się dopiero ok. 2009-2010 r. Nota bene, z dużym wsparciem ówczesnego prezydenta, Lecha Kaczyńskiego. Wymiana kadr w sposób „naturalnie przyspieszony”, ale jednak trzymający się odpowiednich standardów, poprzez przyjmowanie większej grupy aplikantów dyplomatycznych, ewentualnie najlepszych absolwentów Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, powinna być bardziej dynamiczna. Lepiej też trzeba było wykorzystać połączenie MSZ z Urzędem Komitetu Integracji Europejskiej. Taki kierunek działania mógłby być kontynuowany również i teraz. Zresztą na samym początku PiS zdawał się iść w takim właśnie kierunku. Na ambasadora przy UE mianowano dyplomatę przyjętego do pracy jeszcze w PRL, potem najbliższego współpracownika w sprawach unijnych minister Anny Fotygi, a później współpracownika Radka Sikorskiego. Dyrektorem politycznym został dyplomata, który również pełnił to stanowisko u Sikorskiego, a potem był szefem placówek w Nowym Jorku i Londynie. Zamiast destabilizować ustawową zmianą MSZ, jego minister mógłby w cywilizowany sposób rozstać się z byłymi współpracownikami służb, albo nie powierzać im po prostu żadnych odpowiedzialnych stanowisk. W atmosferze zaufania i współpracy w ramach MSZ można byłoby efektywniej wyłuskać nieprzydatnych pracowników, część z nich skłonić do bardziej efektywnej pracy, innych do odejścia, jeszcze innych do objęcia stanowisk o znaczeniu czysto technicznym. Dyrektor generalny MSZ ma przecież władzę w pewnych wymiarach większą niż dowódca armii czy szef BOR – może wysłać każdego dyplomatę bez pytania o jego zgodę do pracy wizowej w dowolnym konsulacie na Wschodzie, a nie są to miejsca, gdzie realnie wpływa się na politykę czy bezpieczeństwo Polski.

W całej tej operacji można byłoby utrzymać pełne, prawne gwarancje zachowania statusu i wynagrodzenia tym wszystkim, którzy po 1989 r. pracowali kompetentnie i uczciwie, nawet, gdy osobiście nie lubi ich obecny minister lub inni członkowie kierownictwa resortu. Można byłoby raz na zawsze zerwać z PRL - owską tradycją, że urzędnik lojalnie pracujący dla kolejnego rządu jest traktowany jako „człowiek czyjejś ekipy”. 

W takim działaniu pomogłoby również, gdyby Polska, tak jak 90 proc. innych państw należących do OECD, zaczęła traktować posady szefów placówek jako zasadniczo urzędnicze, a nie polityczne. Na polityczne nominacje mogą sobie pozwolić jedynie Amerykanie i to w odniesieniu do ok. 30 procent stanowisk ambasadorskich, bo resztę obsadzają zawodowi dyplomaci. A wówczas w USA nie reprezentowałby nas, skądinąd sympatyczny, specjalista w dziedzinie literatury renesansu i baroku, a w Budapeszcie literaturoznawca i tłumacz bajek dla dzieci. Minister Sikorski mianował ambasadorami czy konsulami generalnymi nie tylko bliskich współpracowników Anny Fotygi, ale nawet paru wiceministrów w pierwszym rządzie PiS, korzystając z ich kompetencji.

Tak naprawdę jedna kwestia wymagałaby istotniejszej zmiany ustawowej. I jest to sprawa kluczowa, bo dotyczy autentycznego bezpieczeństwa polskiej służby zagranicznej. Nie o imputowaną obecnym polskim dyplomatom przez inicjatorów ustawy niedostateczną więź z rządem PiS, ale o realne zagrożenie kontrwywiadowcze, które dotyczy każdej dyplomacji, a polskiej – z racji naszego położenia i sąsiedztwa – w stopniu szczególnym.

Nie miejmy żadnych złudzeń. Tak jak obiektem działania wywiadów wielu państw był MSZ w II Rzeczpospolitej, tak samo jest i dzisiaj. Tymczasem ustawowe zabezpieczenia polskiego MSZ przed infiltracją ze strony współczesnych działań wywiadowczych, ze wschodu (również dalekiego) i zachodu jest dalece niewystarczające.

Służba zagraniczna, tak jak służby specjalne, wojsko i policja, nie jest zwykłą służbą państwową. I dlatego powinna cieszyć się zupełnie szczególnymi zabezpieczeniami; z jednej strony motywującymi do angażowania tylko najlepszych, najbardziej zaangażowanych pracowników, z drugiej wynagradzającymi ten szczególny rodzaj służby, który wymaga poświęcenia całego zawodowego życia, nie tylko samego dyplomaty, ale także jego rodziny. W zamian za to służba ta powinna oferować przewidywalność kariery, statusu, dochodu i wyjątkowe zabezpieczenia przed polityczną wendettą, z którejkolwiek strony nie miałaby ona nastąpić. Bo dyplomaci – w odróżnieniu od funkcjonariuszy np. służb specjalnych – swoje przemyślenia i wnioski firmują własnym nazwiskiem, a najczęściej również twarzą. I robią to dla dobra Polski, a nie konkretnego ministra czy premiera.

Jednak wszyscy ci, którzy wzbudzają (nie tylko z racji odbytych w Moskwie studiów) jakiekolwiek wątpliwości z zakresu bezpieczeństwa powinni podlegać podobnym kryteriom jak oficerowie wywiadu i kontrwywiadu. W praktyce oznacza to, że powinna być przyjęta zasada, że członkiem Służby Zagranicznej nie może się stać osoba, której nie powinno dopuszczać się do tajemnicy państwowej. Takim samym procedurom powinni być poddani kandydaci na ministrów i wiceministrów w MSZ, tak jak dzieje się to choćby w USA, gdzie procedura prześwietlania i przesłuchiwania wszystkich kandydatów na ministrów jest wyjątkowo długa i zaczyna się dopiero w momencie powołania nowego prezydenta. U nas takie zwyczaje powinny być wprowadzone przynajmniej w odniesieniu do szefów MSZ, MSW i MON. Nie są to bowiem zwykłe stanowiska rządowe, zwłaszcza jeśli – jak wynika z projektu ustawy – minister spraw zagranicznych ma znać wszystkich funkcjonariuszy wywiadu pracujących pod przykryciem w jego resorcie.

Tylko nie teraz

Obecny projekt nowelizacji ustawy o Służbie Zagranicznej jest wbrew interesom Polski. Zamiast prawdziwej kompetencji i międzynarodowych kontaktów wypracowywanych latami , będzie premiował karierę na skróty. Zamiast urzędniczej pomysłowości i odwagi w wyrażaniu poglądów – koniunkturalizm i serwilizm wobec aktualnie rządzących. Zamiast spokojnego budowania przez lata kadry urzędników mających realne szanse reprezentowania nas potem w różnych organizacjach i inicjatywach międzynarodowych - pozbawienie Polski takiej możliwości na dziesięciolecia. Zamiast dyplomacji bezpiecznej – służbę zagraniczną może i pozbawioną szyfrantów i portierów zatrudnionych kiedyś w komunistycznym MSW oraz większości absolwentów sowieckich uczelni, ale nie tylko bezbronną wobec obcych wywiadów, ale wręcz zachęcającą swych – również najmłodszych – przedstawicieli do szukania ochrony nie we własnym, ale obcym państwie.

Gdyby jeszcze wszystkie te zmiany następowały w okresie dla naszego kraju spokojnym i bezproblemowym. Ale planuje się je w czasie największej europejskiej i światowej zawieruchy, gdy Rosja kontynuuje agresję wobec Ukrainy, Unia decyduje o swojej przyszłości, ważą się losy Polaków w Wielkiej Brytanii, a polityka Ameryki pod rządami Donalda Trumpa jest nieprzewidywalna. Czy naprawdę warto w takich czasach destabilizować MSZ?

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

 

Paweł Zalewski jest działaczem PO i historykiem, zasiada w radzie programowej Instytutu Obywatelskiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA