fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Powstanie Warszawskie

Powstanie warszawskie (nie)widziane z Moskwy

Józef Stalin był prawdopodobnie jedyną osobą w ZSRS, która dysponowała pełną wiedzą o Powstaniu Warszawskim
Getty Images
Dziwne zachowanie Armii Czerwonej u bram polskiej stolicy wywołuje zdumienie każdego, kto próbuje bez politycznych uprzedzeń zbadać ten krótki okres zarówno polskiej, jak i rosyjskiej historii.

W dzisiejszej Rosji na temat największego heroicznego polskiego zrywu powstańczego II wojny światowej panuje bezwzględna niewiedza. O ile komunistyczne kłamstwo w sprawie tragedii Katynia zostało obalone (częściowo), o tyle stalinowskie kłamstwo o braku możliwości przyjścia Armii Czerwonej z pomocą powstańczej Warszawie nadal jest powtarzane i niestety obowiązuje w obiegu oficjalnym i półoficjalnym do dziś. Podstawowa teza historiografii sowieckiej, PRL-owskiej i dzisiejszej rosyjskiej brzmi następująco: nacierające w bardzo ciężkich warunkach na przedpolach Warszawy jednostki Armii Czerwonej spotkały się z mocnym kontruderzeniem niemieckim, które uniemożliwiło im wyzwolenie polskiej stolicy w sierpniu 1944 roku. Powstanie Warszawskie wybuchło za wcześnie, bez uzgodnienia ze stroną sowiecką, i całą odpowiedzialność za jego klęskę ponosi dowództwo Armii Krajowej i polski rząd na uchodźstwie.

Niewdzięczni Polacy?

W odróżnieniu od Polski, gdzie o powstaniu wie prawie każdy obywatel, wiedza o Powstaniu Warszawskim w byłym ZSRS i w dzisiejszej Rosji jest mizerna. Na tle powszechnej niewiedzy na ten temat w dzisiejszej Rosji jest zauważalne jeszcze jedno dość niepokojące zjawisko. Jest to oskarżenie Polski i Polaków o historyczną niewdzięczność. Wcale nie pojedynczy zwolennicy tej koncepcji twierdzą: gdyby nie Związek Sowiecki i jego zwycięska Armia Czerwona, niesamowita ofiarność sowieckiego żołnierza na ziemiach polskich (470-600 tys. żołnierzy sowieckich zginęło), Polska nigdy by się nie odrodziła. Są również głosy, że ujawnienie dokumentów katyńskich nie było konieczne, że Gorbaczow zrobił to w okresie chwilowej słabości Rosji. Dziś do podobnej pomyłki dotyczącej Powstania Warszawskiego już nikt nie dopuści. Tym bardziej że skala tragedii warszawskiej wielokrotnie przewyższa skalę tragedii katyńskiej.

Ocena powstania sierpniowego nawet z perspektywy lat nie należy do łatwych. Dziwne zachowanie Armii Czerwonej u bram polskiej stolicy wywołuje zdumienie u każdego, kto próbuje bez politycznych uprzedzeń zbadać ten krótki kawałek zarówno polskiej, jak i rosyjskiej historii. Potężna Armia Czerwona po błyskotliwych zwycięstwach na Białorusi i wschodniej Polsce, po złamaniu kręgosłupa armii niemieckiej niespodziewanie zatrzymuje się pod Warszawą prawie na pół roku. Z punktu widzenia racji strategicznej były to działania skrajnie nielogiczne. Wyglądało tak, jakby Stalin chciał, aby wojna się nieco przedłużyła, tak jakby w Moskwie zadecydowano, że zniszczenie polskiej stolicy przez Niemców ułatwi sowietyzację Polski, że wielka ofiara Warszawy pomoże przekonać Polaków o bezsensie oporu antykomunistycznego.

Na szczęście są w Rosji ludzie, którzy mimo panującej niewiedzy i powszechnej niechęci są zainteresowani prawdą o tym, co się stało na brzegach Wisły 75 lat temu. Jest to tzw. druga Rosja , która uważa, że nadszedł czas ujawnić prawdę o sowieckim traktowaniu powstania, pokajać się i przeprosić Polaków. Swoistym duchowym autorytetem tej drugiej Rosji jest niewątpliwie Włodzimierz Wysocki. Zmarły w 1980 roku wybitny poeta, bard, jeden z największych moralnych autorytetów narodu rosyjskiego w XX wieku. Jego wiersz o powstaniu, napisany prawie pół wieku temu, jest tego dowodem:

Żelazne obręcze

Ściśnięty mózg mój.

Powstanie warszawskie krwawi,

Zachłystując się własną krwią...

Naprzód, do ataku

Ruszamy wszyscy.

Lecz czołgiści płakali

Na pancerze czołgów.

Dlaczegoż marudziły nasze korpusy?

Dlaczego mieli przerwę obiadową?

A dlatego, że czołgami mokrymi od łez

Daliśmy nauczkę Brytyjczykom i Jankesom.

(Tłum. autora)

Tak jak przeważająca większość Rosjan Wysocki nic nie wiedział o powstaniu. Dowiedział się od Daniela Olbrychskiego, kiedy spotkali się w Warszawie. I ten skrawek prawdy o jednej z największych polskich tragedii narodowych poruszył go do głębi.

Jest prawdopodobnie jeszcze jedna przyczyna zamazywania prawdy o powstaniu. Dla Polaków była to największa bitwa ostatniej wojny przypominająca blokadę Leningradu, Stalingrad, bitwę na Łuku Kurskim z jedną zasadniczą różnicą: tu przeciwko uzbrojonym po zęby Niemcom i ich sojusznikom walczyli żołnierze podziemia, których najważniejszą bronią były siła ducha, niezwykłe poświęcenie i bohaterstwo. Prawda o powstaniu podważa mit propagandy sowieckiej o wyjątkowości niezwykłego bohaterstwa narodu sowieckiego w wojnie ojczyźnianej. Dlaczego w kraju, który tak szanuje własnych bohaterów, z pogardą odnoszą się do bohaterów innego narodu, walczących z tym samym znienawidzonym przez nas wszystkich wrogiem?

Decyzje Stalina

Jaka jest miara odpowiedzialności Stalina za tragedię Powstania Warszawskiego? Czy można oskarżać sowieckiego przywódcę za całość popełnionych zbrodni? Aby chociażby częściowo odpowiedzieć na to pytanie, zwróćmy uwagę na jeden istotny fakt. Większość ściśle tajnych dokumentów na temat Powstania Warszawskiego, które trafiały na biurko Stalina, sporządzano jedynie w trzech egzemplarzach. Jeden – dla władcy Kremla, drugi – dla Mołotowa i trzeci – kontrolny do ściśle tajnego archiwum. Stalin był prawdopodobnie jedynym człowiekiem w ZSRS posiadającym pełne informacje o powstaniu. Decyzje o losach powstania również podejmował on samodzielnie przy minimalnych konsultacjach ze swymi doradcami.

Latem 1944 roku przewaga Armii Czerwonej na froncie sowiecko-niemieckim była przetłaczająca. Pomimo chwilowych trudności z rozciągnięciem linii frontu i dużych strat w czasie przeprowadzenia operacji pod kryptonimem „Bagration", wyzwolenia Białorusi i wschodnich województw II RP, Armia Czerwona posiadała wszystkie niezbędne możliwości dla przyjścia z pomocą walczącej Warszawie.

Straty własne w okresie II wojny światowej nigdy nie były dla Stalina i wojskowego kierownictwa sowieckiego argumentem decydującym w określaniu ogólnej strategii działań wojennych i w wyznaczeniu doraźnych celów strategicznych. Znaczna liczba własnych zabitych żołnierzy w czasie przeprowadzenia operacji ofensywnych zawsze w czasie ostatniej wojny była ważnym kryterium dla wyróżniania i awansowania sowieckich generałów i oficerów. Podobna szczodrość dowódców sowieckich w czasie ostatniej wojny przekształciła się ostatecznie w główną metodę prowadzenia wojny przez Armię Czerwoną. Zasypać ciałami własnych żołnierzy pozycje nieprzyjaciela – oto, jaka przeważająca taktyka walki wyrysowała się pod koniec wojny w doktrynie strategicznej armii sowieckiej.

Główny sowiecki strateg i bohater ostatniej wojny marszałek Georgij Żukow, jedyny czterokrotnie odznaczony najwyższym orderem Bohatera Związku Sowieckiego, potocznie był nazywany przez żołnierzy na froncie „generał-śmierć". Jego przybycie na ten czy inny odcinek frontu od razu wywoływało popłoch wśród własnych żołnierzy, bowiem oznaczało nieuchronne natarcie czy przeciwnatarcie z ewentualnymi olbrzymimi stratami własnymi.

Dlatego usilne poszukiwanie przez polskich i zagranicznych historyków odpowiedzi na pytanie: czy była Armia Czerwona w sierpniu–wrześniu 1944 roku w stanie okazać realną pomoc dla powstania i jakie (czy w ogóle) były konkretne przyczyny zatrzymania się wojsk sowieckich przed Warszawą, jest jawnie nie na miejscu. Po krótkotrwałym załamaniu się sowieckiej ofensywy w rejonie Warszawy pod koniec lipca 1944 r. już w połowie sierpnia Armia Czerwona była w stanie okazać konkretną pomoc powstańcom w Warszawie. Już w połowie sierpnia usprawniono system zaopatrzenia wojsk nacierających na Warszawę. Badania archiwalne przeprowadzone w Archiwum Ministerstwa Obrony Rosji świadczą niezbicie o pełnej gotowości bojowej wojsk marszałka Rokossowskiego do opanowania Warszawy już w sierpniu. Czekano jedynie na rozkaz, który nigdy nie dotarł... Odpowiednie przegrupowanie sił i środków na centralnym odcinku frontu niemiecko-sowieckiego mogło bez wątpienia zapewnić Armii Czerwonej optymalną przewagę nad przeciwnikiem i przyjście z pomocą polskiej stolicy.

Świadczą o tym relacje wojskowego dowództwa niemieckiego, które nie bez podstaw liczyło, że każde dostatecznie mocne uderzenie Armii Czerwonej na wschód od polskiej stolicy może doprowadzić do wycofania się wojsk niemieckich z Warszawy. Dowódca przeciwstawiającej się I Frontowi Białoruskiemu 9. armii niemieckiej generał Nikolaus von Vormann 17 sierpnia wysłał do kwatery głównej Wehrmachtu dramatyczny apel o wsparcie, grożąc całkowitym załamaniem frontu w razie ponownego uderzenia Rosjan. W jego ocenie wojska sowieckie przewyższały siły jego armii w stosunku: 7 do 1 w piechocie, artylerii 4 do 1 i czołgach 7 do 1. Dane generała Vormanna można uznać za przesadzone, spowodowane dramatyzmem sytuacji jego armii, ale nawet zakadając wyolbrzymienie przewagi sowieckiej pod Warszawą, to nadal pozostaje ona na tyle miażdżąca, że sytuacji wojsk niemieckich pod Warszawą inaczej jak trudną nazwać nie sposób.

Im pomocy nie damy

Poszukiwanie dziś odpowiedzi na pytanie o przyczyny nieudzielenia pomocy powstańcom w Warszawie w 1944 r. przez Armię Czerwoną jest wielką naiwnością, jak również wielką naiwnością była próba premiera rządu emigracyjnego Stanisława Mikołajczyka uzyskania zgody Stalina na przyjście z pomocą powstaniu. Jak pisze we swych wspomnieniach Stanisław Mikołajczyk, Stalin podczas rozmowy z nim 3 sierpnia 1944 r. powiedział: „Gorąco pragniemy pomóc waszej armii w Warszawie... Mamy nadzieję, że 5 lub 6 sierpnia opanujemy waszą stolicę, lecz Niemcy bronią jej bardziej zaciekle, niż spodziewaliśmy się. Zdobycie miasta nastąpi więc z niewielkim opóźnieniem".

Naiwnością ze strony wojskowego kierownictwa powstania i osobiście ze strony generała Tadeusza Bora-Komorowskiego było również liczenie na rychłą pomoc powstaniu i zwlekanie z decyzją o kapitulacji. Liczne depesze generała do dowództwa I Frontu Białoruskiego marszałka Rokossowskiego i wysyłanie patroli łącznikowych na stronę sowiecką tylko potwierdzają tę naiwność. W celu zmylenia sojuszników zachodnich i powstańców Stalin zdecydował we wrześniu o udzieleniu ściśle dozowanej pomocy powstaniu. Cel – jedynie przedłużyć jego agonię. Desanty berlingowców w połowie września miały ograniczony charakter i ich celem było wywołanie u powstańców wrażenia, że pomoc wkrótce nadejdzie.

Pomimo gorących obietnic Stalina przyjścia z pomocą powstaniu, składanych na początku sierpnia w rozmowach ze Stanisławem Mikołajczykiem, i późniejszych zapewnień, żadnego wsparcia w całym pierwszym miesiącu powstania Warszawa nie dostała. Zamiast tego zaczęły się represje wobec Armii Krajowej, rozbrajanie jej jednostek idących z pomocą stolicy. Późniejsza pomoc we wrześniu została wymuszona na Stalinie przez zachodnich aliantów, głównie przez Churchilla. Brytyjski premier w swych wspomnieniach wojennych pisze, jak w połowie sierpnia zastanawiał się nad zatrzymaniem wszystkich morskich konwojów, płynących z uzbrojeniem i zaopatrzeniem dla Armii Czerwonej do portów rosyjskich. Był to realny skuteczny środek nacisku na Kreml, którego Stalin nie był w stanie zignorować.

Istniała również jeszcze jedna okoliczność, która w końcu zmusiła Stalina do udzielenia pozornej pomocy walczącej polskiej stolicy. Polska jako państwo sąsiadujące ze ZSRS, pomimo dominujących nastrojów antykomunistycznych w społeczeństwie, znajdowała się w sowieckiej strefie wpływów i praktycznie nic nie było w stanie przeszkodzić w jej nieuniknionej sowietyzacji.

Natomiast całkiem inna sytuacja panowała w innym regionie Europy – na Bałkanach. Tu jugosłowiańska armia komunistyczna pod dowództwem marszałka Tito była główną silą napędową walki antyfaszystowskiej i antyniemieckiej. Dla Stalina rysowała się kusząca perspektywa rozpowszechnienia komunizmu na całą południową Europę.

Pomoc dla komunistycznej armii marszałka Tito stała się w drugiej połowie 1944 roku wyraźnym priorytetem w sowieckich planach strategicznych. W zamian za udostępnienie Amerykanom trzech lotnisk na Ukrainie dla lądowania samolotów alianckich po wykonaniu zadań bojowych nad Europą Moskwa żądała dla siebie lotniska we Włoszech dla lądowania samolotów, dostarczających zaopatrzenie dla jugosłowiańskich komunistycznych partyzantów.

Latem 1944 podobne lotnisko zostało udostępnione i rozpoczęły się zrzuty, trwające jednak dość krótko w związku z nawiązaniem łączności lądowej między Armią Czerwoną i jugosłowiańskimi partyzantami.

Reakcyjni awanturnicy

Ani sam Stalin, ani kierownictwo partii komunistycznej nigdy nie ukrywali swego absolutnie negatywnego stosunku do powstania, napiętnowali jego inicjatorów i kierowników jako „zaciekłych" wrogów ZSRS, dążących jedynie do osiągnięcia wąskich egoistycznych korzyści politycznych, które są zupełnie rozbieżne z ogólnymi celami antyhitlerowskiej koalicji na czele z Wielką Brytanią, Stanami Zjednoczonymi i ZSRS. Pisał o tym otwarcie Stalin premierowi Mikołajczykowi w swym posłaniu z 16 sierpnia 1944 r.: „...akcja warszawska, która została podjęta bez wiedzy i łączności z dowództwem sowieckim, stanowi lekkomyślną awanturę, która spowodowała pozbawione sensu straty wśród ludności. Do tego należy dodać oszczerczą kampanię prasy polskiej, która sugeruje, że jakoby dowództwo sowieckie oszukało warszawiaków. Na skutek tego wszystkiego dowództwo sowieckie postanowiło otwarcie odciąć się od warszawskiej awantury, ponieważ nie powinno i nie może ono ponosić jakiejkolwiek odpowiedzialności za sprawę warszawską".

Czytamy o tym również w specjalnym oświadczeniu TASS z 12 sierpnia 1944 roku. „TASS jest poinformowany, że ze strony londyńskich kół polskich, ponoszących odpowiedzialność za wydarzenia w Warszawie, nie czyniono żadnych prób, aby zawczasu powiadomić i uzgodnić z sowieckim dowództwem wojskowym jakiekolwiek wystąpienia w Warszawie. Wobec powyższego odpowiedzialność za wydarzenia w Warszawie spada wyłącznie na polskie koła emigracyjne w Londynie".

Są to dokumenty oficjalne. Natomiast o wiele bardziej otwarcie stanowisko Stalina i władz sowieckich wobec powstania wyrażała posłuszna partii prasa sowiecka. „Prawda", „Izwiestia" i inne liczne centralne i regionalne pisma z tego okresu obfitują w oszczercze artykuły antypolskie. Rząd londyński w tych artykułach na temat powstania nazywano „kliką" grającą na korzyść faszystów niemieckich, a samo powstanie określano nie inaczej jak „zbrodniczą awanturą".

Badając dziś historię Powstania Warszawskiego, pomimo złożonej wielowątkowości jego tragedii, nie wolno również pomijać jednego z jego ważniejszych aspektów. Tak jak prawie beznadziejny opór Finów wobec agresji sowieckiej w 1939–1940 r. uratował niepodległość tego kraju, tak i Powstanie Warszawskie przekreśliło plany niektórych komunistów polskich utworzenia na ziemiach II Rzeczypospolitej 17. republiki ZSRS. Powstanie również sprzyjało temu, że w PRL nigdy nie wprowadzono prawdziwego systemu stalinowskiego. PRL-owski system komunistyczny można określić raczej mianem „liberalny".

Powstanie Warszawskie stało się dla Stalina unikalną okazją dla zniszczenia rękami Niemców elity niepodległościowej narodu polskiego, potencjalnych kandydatów do nowego Katynia. Był to dla Stalina prezent umożliwiający mu zaoszczędzenie sił i środków w procesie powojennej sowietyzacji Polski. Prezent ten był o tyle ważny, że gdyby powstania nie było, dla Stalina warto by było go wymyślić czy sprowokować i być może kontrolować. Wprawdzie nie mamy dowodów z archiwów sowieckich na to, że liczne wezwania Radia Moskiewskiego i Radiostacji im. Tadeusza Kościuszki, należącej do Związku Patriotów Polskich, do rozpoczęcia antyniemieckiego powstania w Warszawie stanowiły jedną wielką prowokacje, ale takie wnioski bezsprzecznie się nasuwają.

Powstanie Warszawskie dla Polaków znaczy mniej więcej to samo, co dla Rosjan bitwa pod Moskwą (1941 r.) czy pod Stalingradem (1942–1943). Napięcie walk w Warszawie nie ustępowało stalingradzkiemu, ofiarność i heroizm żołnierzy AK dorównywały bohaterstwu żołnierzy sowieckich. Tylko w odróżnieniu od zwycięskich bitew sowieckich Polacy swą główną bitwę II wojny światowej przegrali. Przegrali na polu walki w bezpośrednim starciu z wrogiem, ale wygrali bitwę moralną, bitwę o honor i przyszłość Polski. Mimo tak ogromnych strat (około 180 tys. zabitych żołnierzy i cywilów) ta ofiara krwi nie poszła na marne. Upór i bohaterstwo Polaków przekonały Stalina, że w Polsce nie da się wprowadzić sowieckiej odmiany systemu totalitarnego. Zdecydowano więc na stosunkowo łagodny wariant komunistycznego totalitaryzmu.

Prof. Mikołaj Iwanow jest historykiem związanym z Uniwersytetem Opolskim. Rosyjski dysydent, w czasach PRL był współpracownikiem Solidarności Walczącej

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA