fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Moskwa nie chce Cichanouskiej

Wikimedia Commons, Attribution-ShareAlike 4.0 International (CC BY-SA 4.0), Diego Delso
Kreml irytuje sukces dyplomatyczny na Zachodzie Swiatłany Cichanouskiej, liderki białoruskiej opozycji. Moskwa nie chce, by taka gospodyni pojawiła się kiedyś w Rosji.

Sprawa Białorusi dla Moskwy jest na tyle ważna, że temat powierzono mistrzom kremlowskiej propagandy. Dmitrij Kisielow prowadzi cotygodniowy program „Wiesti niedieli" w głównej rządowej stacji Rossija 1. To nie jest zwykły program informacyjny, niezwykły też jest prowadzący. Należy do wąskiego grona ludzi, którzy wyznaczają kierunki polityki informacyjnej Rosji i zarazem ją realizują. Jest prezesem rządowej agencji informacyjnej Rossija Siegodnia (zarządza m.in. Ria Nowosti, Sputnik) i zastępcą szefa WGTRK, głównego publicznego nadawcy radiowo-telewizyjnego w kraju.

– Na Białorusi opozycja próbuje zaostrzyć konfrontację. Swiatłana Cichanouska, która ponad dwa miesiące temu opuściła kraj, za namową zachodnich konsultantów wysunęła tak zwane ultimatum ludowe – relacjonował w niedzielę w swoim ponaddwugodzinnym programie.

Mówił, że Cichanouska „szykuje prowokację", domagając się odejścia Łukaszenki do 25 października. Tydzień temu w swoim cotygodniowym programie omawiał, w co była ubrana i jak się zachowywała podczas niedawnych spotkań z zachodnimi przywódcami. I robił to w sposób brutalny, nawet jak na standardy propagandy Kremla.

Najpierw porównał ją do krowy, omawiając jej spotkanie z premierem Słowacji Igorem Matovičem, który dał Cichanouskiej dzwoneczek (by zadzwoniła po zwycięstwie wolności na Białorusi). Mówił też o „dziwnej czarnej sukience za kolano" liderki białoruskiej opozycji i wspominał przy okazji o kobietach, które „budzą się w cudzych domach" i z rana pojawiają się na ulicach „w wieczorowym ubraniu". Mówił o jej fryzurze, pokazując zdjęcia z początku kampanii wyborczej na Białorusi. Omawiał ręce, których jakoby „nie wie gdzie podziać" i demonstrował w tle zdjęcia Cichanouskiej z Macronem i Merkel.

Skrytykował nawet jej „skąpy angielski" i podważył wykształcenie. – Ta rola ją obciąża, nie pasuje do niej. Mimo to Europejczycy lepią z niej lidera narodu. To jak rzeźbić dąb, zbyt nieodpowiedni materiał – doszedł do wniosku czołowy rosyjski propagandysta. Zarzucał też „brak kultury", bo powiedziała „Mr. Macron", a nie „Mr. President" podczas spotkania z francuskim przywódcą.

Wygląda na to, że wobec trwającej już trzeci miesiąc rewolucji na Białorusi rosyjskiej propagandzie zaczyna brakować argumentów. Na myśl przychodzi praca Artura Schopenhauera „Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów". Pisze w niej o „argumentum ad personam", gdy jeden z dyskutantów, tracąc argumenty, zaczyna mówić o cechach swojego przeciwnika, próbuje wyprowadzić go z równowagi i utrudnić mu prowadzenie sporu.

Schopenhauer wymienia to jako ostatni i nieuczciwy sposób argumentacji, gdy wszystkie inne zawodzą.

Moskwa nawet nie próbowała rozmawiać z Cichanouską. Kremla nie przekonuje jej pozytywne nastawienie do Rosji i brak prounijnych i tym bardziej pronatowskich aspiracji. Nie jest ich kandydatką na następcę Łukaszenki, bo nie kończyła MGIMO, nie wywodzi się ze służb i nie namawia Białorusinów do „głębszej integracji z Rosją". Jeszcze niedawno była kucharką, matką dwójki dzieci i żoną aresztowanego męża. W ciągu nieco ponad dwóch miesięcy poznała najważniejszych przywódców Europy i stała się symbolem białoruskiej walki o wolność. A przecież nie da się wykluczyć, że taka gospodyni domowa kiedyś pojawi się np. w rosyjskim Chabarowsku, porwie Rosjan i wywróci system do góry nogami.

We wtorek Swiatłana Cichanouska jest po raz kolejny w Polsce.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA