fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

USA: Jak wybrać prezydenta

W obecnym systemie elektorskim Donald Trump mógł zostać prezydentem, mimo że zdobył 3 mln głosów mniej niż Hillary Clinton
shutterstock
Już 16 stanów domaga się zmiany systemu elekcji gospodarza Białego Domu.

W ubiegłym tygodniu władze Nevady zadecydowały, że głosy ich sześciu elektorów zostaną przyznane w wyborach prezydenckich kandydatowi, który otrzyma większość głosów w skali krajowej, a nie w Nevadzie, jak przewiduje to obowiązujący w USA system elektorski.

Jeżeli gubernator podpisze ustawę, to Nevada stanie się 16. stanem, wliczając dystrykt Columbii, który planuje się wyłamać z obowiązującego systemu elektorskiego. Tylko w 2019 r. do grupy tej dołączyły Colorado, Nowy Meksyk i Delaware. W kolejce są Maine i Oregon, gdzie jeszcze w tym roku ustawodawcy mogą zatwierdzić projekty ustaw, na mocy których te stany będą mogły się wyłamać z systemu elektorskiego.

Te 16 stanów, łącznie z Nevadą, ma w sumie 195 głosów elektorskich. Grupa ta nabierze znaczenia i będzie miała namacalny wpływ na wyniki wyborów, gdy przyłączy się do niej jeszcze kilka stanów i razem będą w stanie zagwarantować zwycięzcy 270 głosów elektorskich, które dają wygraną w wyborach prezydenckich.

Więcej zwolenników

Zdaniem ekspertów prawnych wprowadzenie tego w życie może się okazać trudne. Zważywszy na to, że Kolegium Elektorskie wpisane jest do konstytucji zmiana systemu wymagałaby najprawdopodobniej zgody Kongresu.

Chociaż w obecnej chwili fakt, że poszczególne stany zatwierdzają ustawy przeciwko systemowi elektorskiemu, nie ma większego znaczenia, zdaniem ekspertów zjawisko to nabiera rozpędu.

Jak zauważa National Public Radio, jeszcze w lutym br. 11 stanów było w grupie bojkotującej system elektorski, a do dziś dołączyły do nich Colorado, Delaware, Nowy Meksyk i Nevada.

John Koza, współzałożyciel National Popular Vote, organizacji, która pracuje nad wyeliminowaniem wpływu, jaki ma Kolegium Elektorskie na wyniki wyborów, mówi w wywiadzie dla „New York Timesa", że członkowie jego organizacji od ponad 10 lat lobbują u stanowych ustawodawców w tej sprawie. „Nie mogłem patrzeć, jak w 2004 r. wybór między George'em W. Bushem a jego demokratycznym oponentem Johnem Kerrym rozegrał się tak naprawdę w kilku kluczowych stanach" – powiedział Koza.

Korzystają stany rolnicze

Na mocy konstytucji poszczególne stany mają przypisaną odpowiednią liczbę elektorów, odpowiadającą liczbie reprezentujących ich w Waszyngtonie senatorów i kongresmanów. W wyborach prezydenckich to właśnie ci elektorzy decydują, kogo wybrać na prezydenta. W skrócie: kandydat, który zdobędzie w danym stanie największą liczbę głosów od wyborców, uzyskuje wszystkie głosy elektorskie z tego stanu. Wyjątkiem są np. Maine i Nebraska, w których dystrybucja głosów elektorskich wygląda nieco inaczej. W rezultacie prezydentem zostaje kandydat, który uzyska największą liczbę głosów elektorskich, a nie jak np. w Polsce – kandydat, który uzyska największe poparcie indywidualnych wyborców.

Zdarza się, że wybory wygrywa kandydat, który uzyskał mniejszą liczbę głosów wyborców. W sumie miało to miejsce pięć razy w historii Stanów Zjednoczonych – ostatni raz w 2016 r., gdy była sekretarz stanu Hillary Clinton uzyskała trzy miliony głosów więcej niż Donald Trump, ale stany, w których wygrała, miały mniej głosów elektorskich niż stany, w których wygrał jej oponent. Podobnie było w przypadku George'a W. Busha.

Przeciwni obecnemu systemowi wyborczemu są przede wszystkim demokraci, bo to ich kandydaci kilkakrotnie przegrali wybory. Jak wynika z szacunków Pew Research Center – 75 proc. demokratów jest za tym, aby zatwierdzić poprawkę do konstytucji w tej kwestii. Argumentują, że system ten niesłusznie faworyzuje stany rolnicze, z mniejszą populacją, które często są mocno republikańskie. „Najwyższy czas, aby każdy głos miał znaczenie w wyborach prezydenckich. Teraz, gdy ktoś mieszka w stanie, który ma mniejsze znaczenie w systemie elektorskim, to jego głos tak naprawdę mało się liczy" – mówi senator stanowy z Colorado Mike Foote.

Inne czasy

Republikanom bojkot systemu elektorskiego bardzo się nie podoba. W Kolorado, gdzie ustawa o odejściu od systemu elektorskiego została zatwierdzona w marcu tego roku, konserwatywne kręgi zaczęły się buntować. Żaden republikański ustawodawca nie poparł tego projektu.

„Moim zdaniem zmiana ta osłabi siłę elektorską stanów o niewielkiej populacji, takich jak Wyoming i Utah, a da większą siłę decyzyjną Kalifornii i Nowemu Jorkowi" – stwierdził Jerry Sonnenberg, republikański senator stanowy z Kolorado, dodając, że Kolegium Elektorskie zostało wprowadzone po to, aby obywatele w stanach rolniczych, o mniejszej populacji, nie zostali zakrzyczeni przez masy.

„Łatwo namacalny problem systemu elektorskiego to ten, że kandydat, który uzyskuje mniej głosów w wyborach ostatecznych, zostaje prezydentem, ale ważniejszy problem to taki, że kampania prezydencka toczy się w niewielkiej grupie stanów" – argumentuje John Koza. „W momencie, gdy kraj nasz powstawał w 1787 r., system ten spełniał swoje zadanie. Teraz czasy się zmieniły" – twierdzi.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA