fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Niezła frekwencja przy urnach we Francji

Liczenie głosów w Strasburgu w reżimie podwyższonej higieny
AFP
Organizując wybory, prezydent Macron popełnił fatalny błąd z punktu widzenia zdrowia publicznego i polityki

Skoro władza uznała, że 45 milionów pełnoletnich Francuzów może bezpiecznie pójść w niedzielę do urn, to epidemią przejmować się nie warto. Taki wniosek wyciągnęła najwyraźniej ogromna część obywateli republiki. Media społecznościowe obiegły w weekend filmiki pokazujące tłumy w parkach Paryża (dzień później zostały zamknięte), tłok na uliczkach historycznego centrum Strasburga, ścisk na Promenadzie Anglików w Nicei.

– Niczego nie zrozumieli – miał zdaniem francuskich mediów powiedzieć Emmanuel Macron swoim najbliższym współpracownikom. Tyle że nawet jego żona Brigitte nie zrezygnowała w weekend ze skorzystania z pięknego, wiosennego słońca, aby przejść się po centrum stolicy.

We Francji od niedzieli obowiązują daleko posunięte restrykcje w funkcjonowaniu wielu instytucji. Nie działają szkoły, zamknięte są kafejki, nie ma wstępu do muzeów i urzędów. Odwołano 90 proc. lotów i połowę połączeń kolejowych.

Mimo to, widząc, z jaką dezynwolturą jego rodacy traktują epidemię, prezydent w poniedziałek wieczorem miał wystąpić przed narodem i ogłosić jeszcze dalej idące restrykcje. Mówiono, że w Pałacu Elizejskim rozważane jest wprowadzenie godziny policyjnej od 18.00 i wyprowadzenie na ulice armii, która miałaby ten zakaz egzekwować.

W niedzielę zakażonych było prawie 5,5 tys. osób, co oznacza, że co 72 godziny ich liczba podwaja się. – Jesteśmy na granicy naszych możliwości, a dopiero nadchodzi fala osób, które będą potrzebowały pomocy – ostrzegł Philippe Javin, dyrektor paryskiego szpitala Georges Pompidou.

Porażka makronistów

Także z punktu widzenia politycznego organizacja wyborów nie zdała się na wiele. Z udziału w nich zrezygnowało 56 proc. uprawnionych, co jest nad Sekwaną absolutnym rekordem. Trudno więc mówić o utrzymaniu „demokratycznej ciągłości", jaką kierował się prezydent. Tym bardziej że organizacja drugiej tury w najbliższą niedzielę staje pod jeszcze większym znakiem zapytania.

Ci, którzy poszli oddać głos, masowo poparli dotychczasowych merów i radnych. W sytuacji zagrożenia zwyciężył instynkt legitymizmu. Straciła na tym w szczególności partia prezydenta La Republique En Marche (LREM), której w czasie ostatnich wyborów w 2014 r. jeszcze nie było. Przykładem jest Paryż, gdzie dotychczasowa burmistrz, socjalistka Anne Hidalgo, otrzymała 30 proc., zostawiając daleko w tyle gaullistkę Rachidę Dati (22 proc.) i makronistkę Agnes Buzyn (18 proc.). Ta ostatnia zapowiedziała, że rezygnuje z kampanii.

Nie spełniły się też nadzieje Zjednoczenia Narodowego na podbicie francuskiej prowincji na fali niezadowolenia z polityki prezydenta. Sama Marine Le Pen, po spotkaniu z zarażonym koronawirusem liderem Republikanów Christianem Jacobem, poddała się kwarantannie.

Macron w tej sytuacji ogłosił, że odkłada do września kontrowersyjną reformę systemu emerytalnego. Ale i to, z uwagi na szybko pogarszającą się kondycję gospodarczą kraju, może być optymistycznym terminem.

Upiorna druga tura

Burmistrzów wybierano w niedzielę także w największym niemieckim landzie, Bawarii. W tym w stolicy Monachium, gdzie głosy oddało aż 49,3 proc. uprawnionych. Gdy ten tłum wybierał burmistrzów, liczba zarażonych koronawirusem w samym Monachium doszła do 187 (w całym landzie było w poniedziałek po południu czworo zmarłych).

Jeszcze w sobotę tysiące ludzi tłoczyły się na monachijskim targu wiktuałów, a w poniedziałek rano premier Bawarii Markus Söder ogłaszał radykalne ograniczenia, z zamykaniem szkół i lokali gastronomicznych włącznie. Druga tura wyborów, wymagana w Monachium i kilkunastu innych miastach, gdzie żaden z kandydatów nie zdobył poparcia większości, odbędzie się, jak planowano, 29 marca, ale za to – niezgodnie z planami – tylko drogą pocztową. Lokale wyborcze będą bowiem zamknięte.

W niedzielę głosowano także w Thurgau (Turgowii), jednym z kantonów w Szwajcarii, też wyjątkowo dotkniętej epidemią (2,3 tys. zarażonych, 18 zmarło). Wybory do lokalnego parlamentu i przedstawicieli lokalnego rządu się odbyły, choć odwołano sesję wiosenną szwajcarskiego parlamentu i wszystkich rad kantonalnych. A w leżącym przy granicy z Włochami kantonie Ticino (Tessyn) obowiązuje stan wyjątkowy.

W Thurgau zanotowano nawet wyższą frekwencję (o dwa punkty procentowe) niż cztery lata temu, czyli w czasach przed zarazą. Media liberalne odnotowały przede wszystkim, że o sześć miejsc więcej zdobyli Zieloni (mają ich teraz w radzie kantonu 15). Raczej nie wybijały w nagłówkach, że wielką przewagę zachowała nacjonalistyczna Szwajcarska Partia Ludowa (ma 46 ze 130 mandatów, przybyły jej dwa).

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA