fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Ajatollah: zagranica straszyła epidemią

AFP
Ultrakonserwatyści tryumfują po wyborach do irańskiego parlamentu. Najwyższy przywódca za najważniejsze uznał, że naród zdał test, bo nie uległ naciskom wrogów.

Z nieoficjalnych danych w mediach rządowych wynikało, że w piątkowym głosowaniu twardogłowi zdobyli co najmniej sześć razy więcej mandatów niż obóz reformatorów. Takich rezultatów do 290-miejscowego parlamentu można się było spodziewać, bo Rada Strażników Rewolucji, która dokonuje selekcji kandydatów, nie dopuściła do startu kilka tysięcy chętnych, w tym znaczną część reformatorów, nawet kilkudziesięciu dotychczasowych posłów. Ultrakonserwatyści mieli odnieść wielki sukces także w stolicy, Teheranie.

W niedzielę nie było nadal jasne, jaka była frekwencja, choć zapewne niższa niż cztery lata wcześniej (wtedy oficjalnie 62 proc.). Władze izolowanego przez Amerykę i pogrążającego się w kryzysie gospodarczym kraju uważały ją za najważniejszy test. Przed piątkowym głosowaniem najwyższy przywódca Ali Chamenei (dożywotni) oraz prezydent Hasan Rouhani (jest pod koniec drugiej i ostatniej czteroletniej kadencji) nawoływali do udziału, sugerując, że kto nie głosuje, ten działa na rzecz wrogów Islamskiej Republiki. – Chamenei powiedział, że rozumie, że ktoś może nie akceptować jego, ale głosuje się dla Iranu. To śmieszne, bo nie był dotąd postrzegany jako przywódca myślący o Iranie, lecz o reżimie, na którego czele stoi – słyszę opinię emigracyjnych dysydentów.

W niedzielę Chamenei uznał, że naród nie posłuchał wrogów, którzy chcieli zaniżyć frekwencję. Swój powyborczy przekaz poświęcił „negatywnej propagandzie" zagranicznych mediów. Miały one zacząć zniechęcać do udziału w głosowaniu kilka miesięcy temu (zapewne chodzi o protesty wywołane listopadową znaczną podwyżką cen benzyny), a parę dni temu zwiększyć wysiłki „pod pretekstem jakiejś choroby, jakiegoś wirusa".

Tuż przez wyborami faktycznie pojawiły się informacje, także w oficjalnych mediach, o śmiertelnych przypadkach koronawirusa w Iranie. Zaatakował on w świętym mieście szyitów Kom, w centrum kraju, 150 km na południe od Teheranu. Kom to miejsce szczególnie ważne dla reżimu i ajatollahów, tu mieszkał przed kilkoma dekadami i nauczał wielki ajatollah Ruhollah Chomeini, tu dojrzewała zwycięska rewolucja islamska z 1979 roku, której był przywódcą.

W dniu głosowania władze podały, że są cztery ofiary śmiertelne, co oznaczało, że Iran znalazł się na drugim miejscu w statystyce koronawirusa po Chinach. W niedzielę Ministerstwo Zdrowia mówiło już o 8 zmarłych i 43 zarażonych.

– Nigdy nie mieliśmy prawdziwych wyborów, ale tak źle jak teraz nie było nigdy za mojego życia – mówiła mi w piątek Mariam Mirza, 38-letnia feministka i dziennikarka irańska mieszkająca na emigracji.

Przez lata na irańskiej scenie politycznej toczyła się słabo czytelna za granicą walka między twardogłowymi i reformatorami. Teraz po odrzuceniu przez Radę Strażników reformatorów już prawie nie ma. – Choć szczerze mówiąc, nie wiadomo, czy bycie reformatorem jeszcze cokolwiek w Iranie znaczy – opowiadała Mirza, która mieszka w Niemczech. Opuściła Iran po protestach antyrządowych w 2009 roku, wywołanych fałszerstwami w wyborach prezydenckich, których twardogłowi dopuścili się kosztem obozu reformatorskiego. Zdaniem Mirzy w tamtych czasach jeszcze był jakiś wybór, ale po tamtej „zdradzie" i po krwawym zdławieniu protestów opozycji zwanej zielonym ruchem kraj staje się coraz bardziej totalitarny. – Teraz nie próbują nawet udawać, że jest jakiś realny wybór – dodaje.

Parę tygodni przed głosowaniem Iran stanął na progu wojny z USA, gdy Amerykanie zastrzelili w Iraku czołową postać reżimu, dowódcę irańskich jednostek ekspedycyjnych gen. Kasema Sulejmaniego. Po zerwaniu w 2018 roku przez Donalda Trumpa porozumienia atomowego, które miało Iranowi umożliwić otwarcie gospodarcze, sytuacja obywateli się pogarsza.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA