Późnym wieczorem w środę policja oraz delegatury NIK otrzymały z anonimowego konta list, którego autor podawał się za Jakuba Banasia, syna prezesa NIK. Jak podał Onet, autor listu twierdził, że ma zamiar popełnić samobójstwo.
"Nikt mnie nie zamordował. To ja postanowiłem pożegnać się ze światem" - brzmiał fragment wiadomości.
"Moje życie, moja świetnie zapowiadająca się kariera, zostały zrujnowane przez służby PiS. Szantażowano mojego ojca, aby zrezygnował ze stanowiska, miałem odegrać rolę karty przetargowej. Koniec tego, skończyło się. Każdy człowiek ma swoje granice wytrzymałości. Moje zostały już przekroczone" - pisał autor.
Czytaj także:
Prezes NIK: Państwo policyjne. Rządzą służby, nie premier
W rozmowie z Polsat News Łukasz Pawelski z wydziału prasowego NIK potwierdził, że list został wysłany na adres Najwyższej Izby Kontroli oraz jej delegatur na terenie kraju.
Według Onetu, w czwartek rano policjanci rozmawiali w Krakowie z żoną Mariana Banasia, odwiedzili też podwarszawski dom Jakuba Banasia i rozmawiali z synem prezesa NIK.
W oświadczeniu przesłanym Onetowi Jakub Banaś zaprzeczył, by to on był nadawcą maila. Syn prezesa NIK dodał, że nie uważa wizyty policji w mieszkaniu swoich rodziców za przypadkową, "zwłaszcza w kontekście planowanej na dziś konferencji prasowej prezesa NIK Mariana Banasia".
Dziś o godz. 10 Marian Banaś ma zaprezentować raport NIK dotyczący tzw. wyborów kopertowych, czyli wyborów prezydenckich, które w formie korespondencyjnej miały odbyć się 10 maja (ostatecznie do tego nie doszło). Według mediów, które podawały, że zapoznały się z pełną wersją raportu, dokument jest "druzgocący dla rządzących i nie pozostawia suchej nitki na organizacji wyborów kopertowych".