fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Indie: Hinduski nacjonalizm premiera wywołał rozruchy

Demonstranci w Chennai (dawniej Madrasie) w starciu z policją.
afp
Trwające od tygodnia rozruchy to odpowiedź na politykę Narendry Modiego wpuszczającego do kraju imigrantów - pod warunkiem że nie są muzułmanami

W starciach z policją zginęło już w Indiach w ostatnim czasie ponad 20 osób, a tysiące aresztowano. W wielu miastach wprowadzono stan wyjątkowy, zakaz zgromadzeń, odcięty został dostęp do mediów społecznościowych – np. w niektórych dzielnicach Delhi, metropolii liczącej ponad 18 mln mieszkańców.

Takie są następstwa niedawnej ustawy dającej prawo do indyjskiego obywatelstwa nielegalnym imigrantom z religijnych mniejszości z Pakistanu, Bangladeszu i Afganistanu. – Uchwaliliśmy to prawo, aby pomóc prześladowanym – zapewnia premier Indii Narendra Modi.

Rzecz jednak w tym, że większość z emigrantów przybywających do Indii to muzułmanie, a tych amnestia i prawo do obywatelstwa nie dotyczy. Podlegają za to deportacji.

Potomkowie Czyngis-chana

Nowe regulacje określone zostały natychmiast mianem antyislamskich.

To jednak nie przedstawiciele niemal 200-milionowej społeczności muzułmańskiej Indii wylegli na ulice, protestując przeciwko nim. Większość protestujących to ci wszyscy, dla których nowe prawo jest nie do pogodzenia z zasadą laickości państwa, gdyż zakłada różne traktowanie mieszkańców w zależności od wyznania.

Ale od pięciu lat rządzi Indiami hinduistyczna i nacjonalistyczna Bharatiya Janata Party (Indyjska Partia Ludowa), na której czele stoi Narendra Modi. Nacjonalistyczna ideologia BJP zdobyła spore poparcie wśród hinduskiej większości społeczeństwa.

Ogromna liczebnie mniejszość muzułmańska postrzega jednak BJP jako wrogą organizację tolerującą działania ortodoksyjnych radykałów, w tym ataki na meczety i samą społeczność muzułmańską. Nie mówiąc już o zmianie tradycyjnych nazw muzułmańskich na hinduskie, jak np. miasta Allahabad na Prajagradź czy marginalizowaniu w narracji historycznej panowania muzułmańskiej dynastii Wielkich Mogołów, potomków Czyngis-chana i Tamerlana.

Pacyfikowanie Kaszmiru

W zakończonych w maju tego roku wyborach parlamentarnych BJP z łatwością pokonał Indyjski Kongres Narodowy, partię dynastii Gandhich. Odbyło się to na fali patriotycznego uniesienia po kolejnym konflikcie pakistańsko-indyjskim w rozdzielonym tymczasową linią graniczną Kaszmirze. Oba kraje uznają jednak prowincję w całości za integralną część własnych terytoriów.

Rozpoczęło się w lutym od samobójczego zamachu terrorystycznego na indyjski konwój wojskowy. Zginęło w nim 49 żołnierzy. Do ataku przyznała się działająca w Pakistanie muzułmańska organizacja Armia Mohameda (JeM). W odpowiedzi indyjskie lotnictwo wtargnęło w przestrzeń powietrzną sąsiedniego kraju, bombardując domniemany obóz JeM. W czasie jednego z nalotów został zestrzelony indyjski myśliwiec. Pilot się uratował, ale wpadł w ręce Pakistańczyków. Wydany następnie Indiom stał się tam bohaterem narodowym.

Zdania są podzielone co do tego, w jakim stopniu sprawa Kaszmiru pomogła BJP w rozpoczętej już wtedy kampanii wyborczej do parlamentu, zakończonej w maju zwycięstwem – drugim pod rząd. – O ile konflikt o Kaszmir można wykorzystywać do celów polityki wewnętrznej w rządzonym przez wojsko Pakistanie, o tyle w Indiach nie jest to tak oczywiste. W końcu Modi po zwycięskich wyborach parlamentarnych nie zdołał powtórzyć tego sukcesu w elekcjach lokalnych – przekonuje „Rzeczpospolitą” gen. Deepak Sinha z delhijskiego think tanku Observer Research Foundation.

Z kolei nie zwiększyło także popularności premiera i jego partii unieważnienie w sierpniu tego roku art. 370 konstytucji. Gwarantował on znaczną autonomię indyjskiej części Kaszmiru. Jego częścią był również zapis o zakazie nabywania nieruchomości przez ludność napływową, czyli w praktyce Indusów wyznających hinduizm.

Jedyny indyjski stan zamieszkały w większości przez muzułmanów jest więc obecnie rządzony bezpośrednio z Delhi.

Meczet czy świątynia Ramy

Na poprawę notowań hinduistycznego rządu BJP nie wpłynęło nawet niedawne orzeczenie Sądu Najwyższego w sprawie o ogromnej wadze, zarówno dla hinduskich nacjonalistów, jak i indyjskich muzułmanów. Sprawa dotyczy własności gruntu w miejscowości Ayodhya w Uttar Pradesz, gdzie hinduscy religijni ekstremiści doszczętnie zrujnowali jeszcze w 1992 roku meczet zbudowany na przełomie XV i XVI wieku, w czasach Babura – pierwszego władcy z dynastii Wielkich Mogołów.

Nacjonaliści argumentowali, że powstał on na gruzach hinduistycznej świątyni zbudowanej podobno w miejscu urodzin boga Ramy, wcielenia Wisznu. Wywołało to wtedy falę zamieszek religijnych nie tylko w Ayodhyi, ale i wielu innych miejscach w Indiach. Zginęło co najmniej 2 tysiące osób, nie licząc ofiar pogromów, które miały miejsce nawet w wiele lat po zburzeniu meczetu.

Opierając się po części na ekspertyzach archeologicznych, Sąd Najwyższy uznał w listopadzie tego roku, że meczet rzeczywiście zbudowano w miejscu dawnej świątyni, a więc działka ziemi należy do wspólnoty hinduskiej. Muzułmanie mają w zamian otrzymać teren w innym miejscu miasta.

Na ogłoszenie wyroku do Ayodhyi ściągnięto liczne oddziały policji i wojska, licząc się z gwałtownymi protestami muzułmanów. Nic się jednak nie wydarzyło. Muzułmanie przyjęli decyzję spokojnie.

– To nie ustawa o obywatelstwie mniejszości religijnych szukających w Indiach schronienia czy nawet decyzje dotyczące społeczności muzułmańskiej zadecydują o przyszłości BJP i premiera Nerendry Modiego, lecz sprawy gospodarcze – mówi „Rzeczpospolitej” Rezaul Hasan Laskar z „Hindustan Times”. Po latach wspaniałego rozwoju Indiom grozi teraz zapaść gospodarcza, co może przekształcić się w poważne niepokoje społeczne.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA