fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Tunezja: Faworyt wyborów prezydenckich kandyduje zza krat

AFP
W chwalonej za demokratyczne przemiany Tunezji w niedzielę odbywają się wybory prezydenckie. Prowadzący w sondażach Nabil Karui siedzi w areszcie. Co nie oznacza, że nie ma szans objąć urzędu.

Tunezja to wyjątkowy kraj arabski. Od obalenia w styczniu 2011 roku dyktatora Zina al-Abidina Ben Alego odbywają się tam normalne wybory, zmieniają się rządy, uczestniczy w nich nawet partia Nahda, krewna islamistycznego Bractwa Muzułmańskiego, które w wielu państwach arabskich jest izolowane i prześladowane. Jednocześnie Tunezja boryka się z problemami ekonomicznymi i społecznymi, na dodatek od rewolucji sprzed przeszło siedmiu lat dotknęło ją wiele zamachów dokonywanych przez fundamentalistów islamskich. To z Tunezji pochodziło najwięcej zagranicznych bojowników dżihadystów w tzw. Państwie Islamskim w Iraku i Syrii oraz Libii.

POPULISTA

- Poparciem najbiedniejszego elektoratu, bezrobotnych, wykluczonych cieszy się właśnie przetrzymywany za kratami Nabil Karui - mówi „Rzeczpospolitej” Abd ar-Rauf Unajes, emerytowany dyplomata, który po rewolucji był krótko szefem MSZ.

- Karui to populista, nie ma programu politycznego. Już w czasach Ben Alego był właścicielem prywatnej telewizji Nesma, która w czasie rewolucji otworzyła się na nowych demokratów. Wsłuchiwał się w atmosferę kraju. I do dziś korzysta z wielkiego przywileju, tego narzędzia komunikacji, jakim jest jego telewizja. Politycy i klasa średnia go nie lubią - dodaje Unajes.

W swojej telewizji Karui zachwalał swoją działalność charytatywną na rzecz biednych. I to sprowadziło na niego kłopoty. Parlament chciał wykluczyć z walki politycznej kandydatów, którzy w ten sposób starają się o poparcie. Ustawy jednak nie zdążył podpisać prezydent Bażi Kaid Essebsi, który zmarł w wieku 93 lat parę miesięcy przed upływem kadencji. Przyśpieszone wybory prezydenckie ogłoszono na 15 września. Miesiąc przed tym terminem Nabil Karui trafił do aresztu z zarzutami prania brudnych pieniędzy i unikania płacenia podatków. Nie wykreślono go jednak z listy kandydatów, wszystko wskazuje na to, że jeżeli wygra, to jednak będzie mógł zostać zaprzysiężony na prezydenta.

Unajes jest krytyczny wobec Karuiego, ale uważa, że uwięzienie go „nie jest zgodne z zasadami wolnych wyborów”. I takiego zdania jest spora część opinii publicznej.

W wyborach prezydenckich, drugich od obalenia Ben Alego. startuje aż 26 kandydatów. Zapewne będzie potrzebna druga tura (nie wiadomo jeszcze, kiedy by się odbyła, ale nie później niż 3 listopada). Sondaże wskazują, że powinien do niej trafić Karui.

Karui ma trzech poważnych rywali, w tym dwóch prominentnych członków rządu, którzy jednak walczą o podobny elektorat, obniżając sobie wzajemnie szanse na przejście do drugiej tury. To premier i szef nowej liberalnej świeckiej partii Niech żyje Tunezja Jusef Szahed i bezpartyjny szef resortu obrony Abd al-Karim Zbidi.

NIETYPOWI ISLAMIŚCI

Wśród faworytów wyborów jest jeszcze przedstawiciel umiarkowanego skrzydła islamistycznej Nahdy Abd al-Fatah Muru. Nigdy jeszcze na najwyższe stanowisko w kraju nie kandydował polityk Nahdy, pierwszej w świecie arabskim islamistycznej partii, która opowiedziała się za rozdzieleniem państwa od meczetu (w tę deklarację nie wszyscy jednak wierzą).

Trzy lata temu ogłosił to charyzmatyczny przywódca Nahdy Raszid Ghanuszi. – To przełom. Po raz pierwszy lider islamistyczny na coś takiego się zdobył. On nie chce instrumentalizacji islamu w polityce, chce demokracji obywatelskiej, a nie religijnej. To postawa, która będzie miała znaczenie historyczne. Nie jest przypadkiem, że to się dzieje w Tunezji. To jedyny kraj arabski z konstytucją, która przestrzega na równi praw kobiet i mężczyzn. I wolności wyznania – mówił mi w 2016 roku Tahar Ben Jelloun, wybitny pisarz arabski piszący po francusku, urodzony w Maroku.

CO ZOSTAŁO Z KOMPROMISU

To nie jedyne wybory, które czekają w najbliższym czasie Tunezyjczyków. 6 października Tunezja wybierze parlament, po raz trzeci od rewolucji, która obaliła dyktatora (w pierwszych, w 2011 roku, wybierano członków Zgromadzenia Konstytucyjnego). W wyniku wyborów ukształtuje się nowa scena polityczna na kilka lat w państwie dotychczas skutecznie eksperymentującym z demokracją.

W 2011 roku zniknęli z tej sceny wszyscy politycy związani z Ben Alim i jego partią Zgromadzenie Demokratyczno-Konstytucyjne (została po rewolucji rozwiązana). Ale działacze, którzy w czasach dyktatora nie zajmowali najwyższych stanowisk, po trzech latach, przy wsparciu związków zawodowych i polityków centrolewicowych niesplamionych współpracą z Ben Alim wygrali wybory pod nowym szyldem partii Wezwanie Tunezji. Jej lider, zmarły w lipcu Essebsi, został zaś wybrany na prezydenta. W Wezwaniu Tunezji był do niedawna obecny premier, kandydujący w wyborach prezydenckich, Jusef Szahed, który teraz ma jednak własną partię - wspomnianą Niech żyje Tunezja.

Ben Ali przebywa na wygnaniu w Arabii Saudyjskiej, wrócić nie może, bo w ojczyźnie wydano na niego in absentia dwa wyroki dożywocia za krwawe tłumienie protestów i dodatkowo wyrok 35 lat więzienia za kradzież gotówki i kosztowności.

Tunezyjczycy dowiedli w ostatnich latach, że są zdolni do kompromisu, powstawały tam koalicyjne rządy, w których uczestniczyła nawet islamistyczna Nahda. Organizacje, które doprowadziły do zawarcia politycznego kompromisu, zwane Kwartetem Dialogu Narodowego, dostały w 2015 roku pokojową Nagrodę Nobla. Po serii wyborów dowiemy się, ile z tego dialogu pozostało.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA