fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

USA: Tłum demokratycznych kandydatów na prezydenta

W górnym rzędzie od lewej: Michael Bennet, Joe Bide, Pete Buttigieg, Kirsten Gillibrand, Kamala Harris. W dolnym rzędzie: John Hickenlooper, Bernie Sanders, Eric Swalwell, Marianne Williamson, Andrew Yang.
AFP
O nominację Partii Demokratycznej w przyszłorocznych wyborach stara się aż 23 polityków. Będą mogli się zaprezentować w pierwszych publicznych debatach, ale nie wszyscy.

Po stronie demokratów w wyborach prezydenckich 2020 roku startuje rekordowa liczba kandydatów. Ze względu na ich ilość Krajowy Komitet Partii Demokratycznej (DNC) wprowadził pewne zasady. W rezultacie do pierwszych czerwcowych debat zakwalifikowali się kandydaci, którzy mają co najmniej 1 procent poparcia w sondażach opinii publicznej i/lub otrzymali datki od co najmniej 65 000 donorów.

Gubernator Montany Steve Bullock, kongresman z Massachusetts Seth Moulton i burmistrz z Florydy Wayne Messam nie dostali się na pierwsze debaty zaplanowane na 26 i 27 czerwca, czyli 222 dni przed pierwszym głosowaniem w prawyborach, które odbędzie się w Iowa.

– Wiedziałem, że późno rozpoczynając kampanię, ryzykowałem, iż nie załapię się na pierwszą debatę, ale nie będę się przejmował. Kampania wyborcza to maraton, a nie sprint – powiedział kongresman Moulton.

Eliminacja trójki kandydatów to niejedyna decyzja, którą musiało podjąć DNC. Druga to podział kandydatów na obie debaty, który przez kolejne kilkanaście dni będzie przedmiotem analiz i prognoz. „Były wiceprezydent z autorem książek o samopomocy. Trzy kandydatki jednego wieczoru i trzy kolejnego. 37-letni kandydat na scenie z dwoma 70-latkami" – brzmiały pierwsze analizy.

To, z kim poszczególnym kandydatom przyjdzie się zmierzyć, rzutować będzie na to, jak wypadną. – Pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Każdemu będzie zależało na tym, żeby wykorzystać tę szansę – mówi Mary Ann Walsh, strateg demokratyczny.

W pierwszej turze senator Elizabeth Warren będzie miała duże pole do popisu, bo zmierzy się z dziewięcioma mniej znanymi kandydatami albo plasującymi się w sondażach daleko za nią. Warren ma dużą przewagę, bo jej kampania opiera się na dobrze przemyślanych kwestiach politycznych. Wiele natomiast do wygrania albo stracenia będą mieli tacy kandydaci jak senator Amy Klobuchar z Minnesoty, senator Cory Booker z New Jersey czy były kongresman Beto O'Rourke z Teksasu, którzy rozpoczęli swoje kampanie wyborcze od ogromnych obietnic politycznych, ale słabo im idzie zdobywanie poparcia wyborców.

Drugiego wieczoru Amerykanie będą świadkami potencjalnie bardziej zaciętej debaty, bo wystąpią w niej politycy tej rangi co były wiceprezydent Joseph Biden, Bernie Sanders, Pete Buttigieg i Kamala Harris – do tej pory cztery najważniejsze nazwiska w tej kampanii.

Biden uznawany jest obecnie za lidera w skali kraju. Prowadzi w sondażach i cieszy się zainteresowaniem mediów, co z pewnością przypisać można jego doświadczeniu w polityce, którym przewyższa większość innych kandydatów. Tuż po oficjalnym rozpoczęciu kampanii udało mu się zebrać pokaźną sumę ponad 6 milionów dolarów. Ale wcale nie jest ulubieńcem członków Partii Demokratycznej, wielu kandydatów z powodzeniem podbiera mu sympatyków.

Według najnowszych sondaży w czerwcu mocno do przodu wysunęli się Elizabeth Warren i Pete Buttigieg. W niektórych plebiscytach plasują się prawie na tym samym poziomie co senator Bernie Sanders, który w 2016 r. walczył z Hillary Clinton o nominację Partii Demokratycznej i od tej pory rzesza jego zwolenników rośnie. Zdaniem komentatorów Warren (z jej kampanią mocno skupioną na konkretnych kwestiach politycznych) oraz Buttigieg (który pojawił się właściwie znikąd, ale dobrze wypada w badaniach opinii publicznej dzięki hasłom „zmiany generacyjnej") mają o wiele większe pole manewru i szansę na zdobycie jeszcze lepszych notowań w sondażach niż Sanders.

Na niekorzyść Joe Bidena, ale też Berniego Sandersa działa ich wiek. W momencie rozstrzygnięcia wyborów Biden będzie miał 78 lat, a Sanders 79. W chwili wygranej zostaliby najstarszymi prezydentami obejmującymi urząd, starszymi o osiem lat od Donalda Trumpa, gdy rozpoczynał swoją kadencję.

Wśród innych kandydatów, którzy cieszą się dużym zainteresowaniem w skali krajowej, jest senator Kamala Harris. Rozpoczynając kampanię wyborczą, mówiła, że chce być pierwszą czarnoskórą prezydent USA. Jako odnosząca sukcesy prokurator, a potem nieustraszona rzeczniczka praw obywatelskich w Kalifornii walczyła o prawdę i sprawiedliwość. W późniejszym etapie swojej kampanii zaczęła atakować Donalda Trumpa, oskarżając go o „dawanie przyzwolenia na bigoterię oraz wprowadzanie podziałów i nienazywanie terroryzmu po imieniu". W debacie 27 czerwca zmierzy się na scenie z liderami sondaży – trzema białymi mężczyznami.

Po debatach czerwcowych kandydaci prezentować będą swoje poglądy jeszcze w podobnych starciach w telewizji pod koniec lipca, a potem od września co miesiąc. Wtedy poprzeczka będzie o wiele wyżej. Aby zakwalifikować się do następnej rundy, kandydaci będą musieli mieć 2 proc. poparcia oraz datki od 130 tys. donorów.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA