fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Szara zima, dużo ciepła

Reporter
Przepis na przebicie się z alternatywy do muzyki popularnej głównego nurtu to wokalistka o wysokim głosie, nieudolne zabawy polszczyzną, a wszystko to okraszone mdłą elektroniką. Taki schemat niestety dominuje, dlatego warto wyjrzeć poza niego i wtedy dostrzeżemy Anię Rusowicz, która nie proponuje delikatnych melodii tła, ale chce swoją muzyką zaczepić słuchacza i rozbudzić emocje.

Jej styl zdaje się być dziś niemodny wśród młodych słuchaczy elektroniki i hip-hopu. Do gustu przypadnie im raczej drugi zespół Rusowicz – niXes, z którym wystąpiła na ostatnim Open'erze. Płyty, które wydaje pod nazwiskiem, pewnie bardziej niż do publiczności alternatywnych festiwali przemówią do bywalca Festiwalu Pol'and'Rock (dawniej Przystanek Woodstock) tęskniącego za wolnością w hippisowskim duchu.




Stylizacja na jej debiutanckiej płycie była tak bardzo udana, że niektórzy ponoć mylili interpretacje Rusowicz z wykonaniami jej mamy, gwiazdy epoki bigbitu, wokalistki Niebiesko-Czarnych. Nowy album „Przebudzenie" rozwija pomysły z płyt „Mój BigBit" i „Genesis", ale to już nie tylko nawiązanie do polskiego popu lat 60. Młoda wokalistka śpiewa mocniej, ostrzejsza jest też muzyka.

Całość to dynamiczna mieszanka rocka, funku, jazzu i bluesa. Widać na niej też wyraźny ślad podróży do Nowego Orleanu, która była spełnieniem wielkiego marzenia Rusowicz. By sięgnąć do korzeni i zanurzyć się w staromodnym klimacie jeszcze bardziej, jej zespół nagrał płytę na tzw. setkę – w studiu jednocześnie grali wszyscy.

Singiel „Świecie, stój" jest najbardziej radiowym utworem na płycie, z wyraźnie zaznaczonym, wpadającym w ucho refrenem i saksofonem, który dominuje nad kompozycją. Ale innym też nie brakuje przebojowości. Gitarom elektrycznym w „Tajemnicy" towarzyszą organy Hammonda. Sekcję rytmiczną budują wyrazisty bas, perkusja i bębny, rytm jest wyklaskany w rockowych „Nerwach" i „Voodoo". Stylistycznie najbardziej wyróżnia się brawurowe „Małżeństwo", w którym swingujący styl przenosi nas w czasie do międzywojennego kabaretu. W pamięć zapada też lokomotywa tej płyty – energetyczny „W dali dom", utwór jakby żywcem wyjęty z przełomu lat 60. i 70. albo ze ścieżki dźwiękowej do ostatniego filmu Tarantino.

Te poetyckie opisy sprawdzają się na płycie lepiej niż rady z „Do lasu", gdzie wokalistka każe docenić realne życie zamiast wirtualnego. W tekstach wybija się wszechobecne dziś życzenie, by świat na chwilę zwolnił. Opisane są też słodko-gorzkie problemy dorosłości. Wokalistka w wywiadach mówiła, że właśnie tę prozę życia po trzydziestce chciała oddać.

Warto więc posłuchać tego albumu, mimo że nie zawojował list sprzedaży. Rytm i energia wnoszą w szarą zimę dużo ciepła. To nie są wymarzone czasy dla eksplorowanych przez Anię Rusowicz gatunków muzycznych, ale ich miłośnicy na pewno z czystym sumieniem mogą poświęcić tej muzyce czas. I za nią zaśpiewać: „Ty świecie, stój, na rozkaz mój".

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA