fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Kapitalizm: dzika żądza zysku

Plus Minus/Mirosław Owczarek
Kapitalizm przez dekady cywilizował się, jednocześnie pokonując komunizm. Co dzieje się z nim, gdy brakuje mu przeciwnika i hamulców?

Ciągnący się na świecie już od blisko ośmiu lat kryzys ekonomiczny coraz częściej staje się przyczyną pełnych niepokoju refleksji nad aktualną kondycją społeczeństwa i kiepskich perspektyw królującego dziś neoliberalnego systemu gospodarczego. Jak powiadał nieżyjący już lewicowy historyk Tony Judt, być może trzeba się będzie przyzwyczaić do faktu, że lepiej już było i w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie.

To spostrzeżenie uznane byłoby przez naszych dalekich przodków za banalne. Wszak kiedyś nikt nie stawiał przed przyszłością tak wielkich wymagań, jakie stawiamy dziś, oczekując nieustannego postępu i poprawy warunków życia. Nauczyło nas tego Oświecenie, stawiając na piedestale ludzki rozum i racjonalizm. Czy jednak to samo Oświecenie, które zrodziło również liberalny kapitalizm, nie upada właśnie pod ciężarem błędu, jakim było założenie, że ludzkie ideały mogą zostać urzeczywistnione?

Oczywiście zdaniem wielu ekonomistów zapatrzonych wyłącznie w cykle koniunkturalne tak daleko idące wnioski są nieuzasadnione. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że kapitalizm, który z początku stał się głównym źródłem potęgi Zachodu, zlikwidował wiele obszarów nędzy i uruchomił niespotykany nigdy wcześniej postęp technologiczny, coraz częściej dostaje zadyszki. Że powoduje więcej problemów niż ich rozwiązuje, że ponownie staje się źródłem ubóstwa i traci zdolność do generowania społecznie wymiernych innowacji na taką skalę, jak było to kiedyś.

Jednym ze źródeł tej słabości współczesnego kapitalizmu jest brak konkurencji. Nie konkurencji w znaczeniu handlowym – choć monopolizacja jest kolejnym objawem patologii – lecz w znaczeniu ideowym czy politycznym. Otóż liberalny kapitalizm po triumfie nad socjalizmem – po tym fukuyamowskim końcu historii, odrzucił ów liberalny przydomek, z którego wcześniej czerpał dużą część swojej mocy. Stał się kapitalizmem monopolistycznym, agresywnym, odrzucającym wszelkie wątpliwości. Kapitalizmem dalekim od wzorca, który szkicowali anglosascy ojcowie liberalizmu, tacy jak Adam Smith czy John Stuart Mill.

Zysk ponad wszystko zdominował dzisiejszy kapitalizm. Taka strategia doprowadziła do obecnego kryzysu i nadając mu permanentny charakter, może stać się nawet przyczyną upadku liberalnej ekonomii.

Kalwin i kapitał

Czy żądza zysku jest niemoralna? Otóż zysk jako pojęcie jest indyferentny etycznie. Zabarwienia nadaje mu dopiero cel, któremu zysk służy. Jeśli zysk służy pomnażaniu kapitału – a co za tym idzie – rozwojowi, na którym mogą korzystać też inni, wówczas staje się formą dzielenia się bogactwem, a zatem jest moralnie uzasadniony. Jeżeli jednak celem zysku jest wyłącznie gromadzenie bogactwa, to wtedy – z punktu widzenia moralności – nie da się go zaakceptować.

Takie były warunki brzegowe liberalnego kapitalizmu nakreślone m.in. przez Smitha i jak łatwo dostrzec, miały one etyczny, religijny charakter. Kapitalizm z zasady był wprzęgnięty w chrześcijańskie wartości.

Max Weber, studiując amerykański kapitalizm, połączył – jak wiemy – sukces kapitalizmu z etyką protestancką. Nie do końca ta teoria sprawdzała się w świetle faktów, bo kapitalizm odniósł też sukcesy w wielu katolickich społeczeństwach, jak choćby w zachodniej części Niemiec, w katolickiej części Niderlandów czy w północnych Włoszech. Trudno jednak zaprzeczyć, że etyka protestancka – a w szczególności kalwinizm z jego naciskiem na teorię predestynacji – stały się szczególnie mocnym bodźcem do rozwoju kapitalizmu.

Pytanie tylko, co było pierwsze: kapitalizm czy protestantyzm? Niewykluczone bowiem, że protestantyzm, uświęcając sukces materialny jako nagrodę od Boga, sprzyjał konwersji wczesnych kapitalistów, tworząc im lepsze warunki do działania. Choć nie bez znaczenia był tu też fakt, że w państwach protestanckich rozparcelowano majątki kościelne i zakonne, co dawało możliwość zakupu taniej ziemi pod przyszłe inwestycje. Jednocześnie jednak tenże sam protestantyzm stał się prawdopodobnie praźródłem późniejszych kłopotów kapitalizmu.

Niektórzy są zdania, że schizma w Kościele zachodnim, której rezultatem było wyłonienie się protestantyzmu, to kara Boska za ówczesne grzechy instytucjonalnego Kościoła, w tym przede wszystkim niedochowanie skromności i powściągliwości tak w sprawach obyczajowych, jak i majątkowych.

W istocie protestantyzm nie tylko pozbawił Kościół katolicki dużej części majątku, ale przede wszystkim podważył jego autorytet moralny w znacznej części Europy. Co to ma wspólnego z kapitalizmem? Ano to, że zanim Kościół zrozumiał konsekwencje swoich błędów, stracił wpływ na kształtowanie powstającego właśnie nowego porządku ekonomicznego i politycznego. Było to brzemienne w skutki, zrodziło bowiem nieufność Kościoła katolickiego wobec kapitalizmu, jak również pozbawiło kapitalizm silnego autorytetu mogącego skutecznie korygować w przyszłości jego niedoskonałości. Kapitalizm, mimo religijnego podłoża etycznego, stał się więc doczesny wraz ze wszystkimi konsekwencjami tego stanu rzeczy. Jego doczesność zaczęła ujawniać się zwłaszcza w Europie, gdzie wraz z postępem sekularyzacji stopniowo wypalało się etyczne, religijne podłoże kapitalizmu.

Katolików raził towarzyszący kapitalizmowi liberalny duch indywidualizmu, egoizm oraz utylitaryzm. Były one zaprzeczeniem organicznej wspólnoty, którą Kościół stawiał za wzór etyczny, również w kwestiach ekonomicznych. W istocie obawy Kościoła katolickiego nie były bezpodstawne, kapitalizm wyzbyty swojej moralnej podstawy zbyt łatwo ulegał pragmatycznemu cynizmowi, zamieniając się w egoistyczną żądzę zysku, a więc w swoje własne przeciwieństwo. Żądza zysku była bowiem jedną z cech społeczeństwa feudalnego, w którym bogactwo służyło wyłącznie właścicielom dóbr, podczas gdy pomnażanie kapitału było korzystne dla wszystkich.

Zabezpieczeniem przed nadużyciami kapitalizmu coraz rzadziej była oparta na religii moralność, a coraz częściej świeckie i zmienne w czasie prawo. Jeżeli prawo było spójne z wymogami etycznymi i chroniło ich przestrzegania, wówczas mogło skutecznie przeciwdziałać patologiom. Jeśli jednak było inaczej i prawo odstępowało od religijnych nakazów moralnych, trudno było powstrzymać ewolucję systemu gospodarczego w stronę barbarzyńskiego wyzysku.

Czarnowidzenie biskupa Kettelera

Zanim papież Leon XIII po raz pierwszy pochylił się w encyklice „Rerum novarum" nad społecznymi konsekwencjami zmian gospodarczych, doskonałą wizję skutków niczym nieskrępowanego kapitalizmu nakreślił w drugiej połowie XIX stulecia biskup Moguncji Wilhelm von Ketteler. Pisze on mianowicie, że „zbrodnią przeciw ludzkości" jest „pozostawienie człowieka, z wszystkimi jego indywidualnymi osobliwościami i pośród zróżnicowanych okoliczności, na pastwę codziennego i otwartego współzawodnictwa z resztą ludzkości. Jeżeli cały rodzaj ludzki ma być zorganizowany wedle zasad nieograniczonej i wolnej przedsiębiorczości, nieskrępowanej swobody poruszania się, jak również całkowitej wolności zakładania i rozwiązywania rodziny zgodnie z własnym widzimisię, jeśli ponadto temu liberalno-racjonalistycznemu, zautomatyzowanemu społeczeństwu pozwoli się na niepowstrzymany rozwój według nieuchronnych prawidłowości matematycznych, wówczas nieunikniony rezultat będzie taki, iż wszystko to, co nie dorasta do pewnego ujednoliconego poziomu wydajności, zostanie siłą rzeczy wyselekcjonowane i wyeliminowane w powszechnej i nieokiełznanej niczym konkurencji".

„Taka zasada, będąc podstawą społeczeństwa, nie jest w stanie zaoferować lekarstwa przeciw niedolom" – pisze von Ketteler i podsumowuje: „Można być raczej pewnym, że pogorszy [ta zasada] i tak już nieznośną sytuację, zapraszając do udziału w najokrutniejszym rodzaju konkurencyjnej walki".

Warto zwrócić uwagę, że von Ketteler pisał powyższe słowa w czasie, gdy kapitalizm przemysłowy rozwijał się już na szeroką skalę, tworzyły się pierwsze koncerny, które dzięki wszechobecnemu leseferyzmowi, zawierały bezkarnie zmowy kartelowe z konkurencją, aby kosztem społecznym maksymalizować swoje zyski. Wtedy też w pełnej opozycji do liberalizmu zakiełkowała myśl socjalistyczna, a liberalni myśliciele, jak John Stuart Mill, podkreślali potrzebę zmian, przypominając jednocześnie społeczne cele kapitalizmu.

Trudno też nie zauważyć w zacytowanym opisie oraz w towarzyszących mu okolicznościach podobieństw do tego, co dziś nazywamy neoliberalnym modelem kapitalizmu.

Współczesne wielkie korporacje są oczywiście o niebo mniej barbarzyńskie niż ich dziewiętnastowieczni przodkowie. Przynajmniej na Zachodzie. Wynika to zarówno z konieczności przestrzegania prawa, które jest dziś znacznie doskonalsze niż kiedyś, jak również z trzeźwiącej świadomości, że zbyt brutalne dochodzenie do celu może spowodować niebezpieczną reakcję społeczną – to doświadczenie XX wieku i obłąkanych reżimów nazistowskiego i komunistycznego. Czy dawny chrześcijański fundament odgrywa więc jeszcze jakąś rolę w cywilizowaniu kapitalizmu?

Odpowiedź na to pytanie jest złożona. Z jednej strony bowiem wielki kapitał zdołał przyswoić sobie XX-wieczną lekcję i nie zwalcza współczesnej lewicy ani jej dogmatów, takich jak równouprawnienie, prawa mniejszości czy multikulturalizm. Ba, niektóre z nich trafiły na kapitalistyczne sztandary, zastępując w ten sposób dawną religijną moralność nową świecką etyką. Czy szczerze, to zupełnie inna sprawa. Prawdopodobnie stało się tak dlatego, że polityczna poprawność po prostu się dzisiaj kalkuluje.

Z drugiej jednak strony pozostały gdzieniegdzie w zachodnim kapitalizmie głęboko ukryte chrześcijańskie korzenie, takie jak np. etyka wzajemnego zaufania i współpracy czy zasada społecznej użyteczności. Gdyby wymienione cechy nie miały swojego rodowodu w zachodnim chrześcijaństwie, byłyby z pewnością dostrzegalne w innych stronach świata. Tymczasem chiński czy choćby rosyjski kapitalizm nie odznacza się tego rodzaju wrażliwością i etyką, przeciwnie, jest brutalny i barbarzyński. Przekłada się to również na warunki polityczne, bo o ile chrześcijański liberalny kapitalizm jest ekonomiczną emanacją demokracji, o tyle niechrześcijański i nieliberalny kapitalizm chiński doskonale obywa się bez demokratycznych instytucji. Chrześcijański fundament moralny, choć słabo dziś dostrzegalny w gospodarczej praktyce, okazuje się ciągle mieć ogromne znaczenie w otaczającej nas rzeczywistości.

Nie ma już fabrykantów

Dlaczego zatem z zachodnim kapitalizmem jest dziś źle? Pierwszy nasuwający się powód to globalizacja, a precyzyjniej rzecz ujmując, skutki globalizacji. Wielki kapitalizm przemysłowy, który zdominował gospodarkę światową w XIX wieku, przestał na Zachodzie istnieć wraz z eksportem produkcji na tanie rynki krajów rozwijających się. Choć początki przemysłowego kapitalizmu bywały naznaczone piętnem wyzysku i monopolistycznym charakterem, z czasem – pod wpływem zagrożeń ze strony komunizmu i socjalizmu – jego oblicze złagodniało i ucywilizowało się.

Dziś miejsce na podium zajął globalny kapitalizm usługowy i finansowy, który nie ma za sobą tylu doświadczeń i starych grzechów, co jego przemysłowy poprzednik. Powtarza więc te same błędy, rozpychając się brutalnie i narzucając społeczeństwu swoje reguły gry. Przy czym reguły te są coraz bardziej odległe od tych, które sformułowali ojcowie liberalizmu, a bliższe zacytowanemu opisowi biskupa von Kettelera. Nawet strukturalnie nowy wielki kapitał odbiega od starych liberalnych wzorców. Z uwagi na swoje rozmiary zwykle pozbawiony jest więzi łączącej go z właścicielem, którym zamiast konkretnego człowieka, jest zazwyczaj konglomerat innych podobnie zorganizowanych firm. Odpowiedzialność wobec społeczeństwa, ale również wobec własnego przedsiębiorstwa, rozmywa się w rękach wynajętych menedżerów, których najważniejszą, jeśli nie jedyną motywacją, jest własny wysoki zarobek. Wreszcie charakter owego biznesu – finanse, bankowość i podobne usługi – ma niewielką społeczną wartość, działa na korzyść niewielkiej grupy najbogatszych i generuje znacznie mniej miejsc pracy w stosunku do wysokości uruchomionego kapitału. Opłakane skutki dominacji neoliberalnego kapitalizmu można było dostrzec podczas kryzysu bankowego w Stanach Zjednoczonych, gdzie brawurowa działalność sektora bankowego doprowadziła do gigantycznych strat i złupiła amerykańskich podatników na kwotę kilkudziesięciu miliardów dolarów w ciągu jednego 2008 roku. Z kryzysem, który wtedy wybuchł, świat zmaga się do dziś i wcale nie jest powiedziane, że podobne tsunami nie pojawi się ponownie.

Taki kapitalizm, choć dziś dominujący, nie ma wiele wspólnego ze swoim liberalnym wzorcem. Konsekwencje tego odstępstwa, poza permanentnym kryzysem i gwałtownie narastającym zubożeniem klasy średniej, mogą być jednak równie groźne jak w XIX wieku, gdy patologie wczesnego kapitalizmu stały się jedną z przyczyn powstania totalitarnych ideologii takich jak komunizm i nazizm.

John Stuart Mill przypomniał w XIX wieku główne cnoty kapitalisty. Powinien on być uczciwy, pracowity, oszczędny (a więc unikający nadmiernej i niepotrzebnej konsumpcji), powinien służyć swoim talentem i bogactwem społeczeństwu oraz – przede wszystkim – powinien przestrzegać zasad moralnych. Zasady moralne są bowiem fundamentem kapitalizmu, który bez ich wsparcia stacza się w stronę cynizmu, wyzysku i brutalnej wojny wszystkich ze wszystkimi.

Jakże często różni się dzisiejszy wzorzec kapitalisty (przepraszam, menedżera) od tego naszkicowanego przez Johna Stuarta Milla. Jest z pewnością pracowity, ale to chyba wszystko, co można o nim powiedzieć dobrego. O ile John Stuart Mill odwoływał się w swojej wizji stosunków społecznych do pozytywnego opisu Johna Locke,a, o tyle rzeczywistość zdaje się przyznawać rację Thomasowi Hobbesowi, który przekonywał, że istotą relacji społecznych jest wzajemna wrogość i rywalizacja.

Współczesny anonimowy (bo pozbawiony twarzy właściciela) globalny kapitalizm dąży najczęściej do zysku za wszelką cenę. Człowiek jest dla niego tylko kosztem, ważne więc, aby koszt ten był jak najniższy. To postawa całkowicie sprzeczna z chrześcijańskim duchem liberalnego kapitalizmu. Podobnie jak przekonanie, że klienta najlepiej oskubać ze wszystkich pieniędzy, jakie ma. Nic dziwnego. Masowa produkcja towarów i usług na globalną skalę wymaga ciągłego nasycania rynków zbytu, dlatego specjaliści od marketingu sztucznie generują popyt na zbędne gadżety. Większość produktów jest nietrwała, bo przecież po trzech, czterech latach muszą ustąpić miejsca nowym modelom. Zysk jest najważniejszy. Jakość, uczciwość, renoma przechodzą do lamusa.

Idealny liberalny kapitalizm mógłby być leseferystyczny. Nie potrzebowałby pomocy państwa, a większość relacji społecznych rozwiązywałby wolny rynek. Taki kapitalizm jednak nie istnieje, ani nigdy nie będzie istnieć. Tak jak nie istnieją idealni ludzie, bo przecież tylko oni mogliby zorganizować takie społeczeństwo.

Warto przypomnieć tu słowa Arystotelesa, który sformułował myśl fundamentalną dla każdego, kto chce zrozumieć rzeczywistość. Wedle Arystotelesa „natura osiąga swoje cele tylko w większej części". A zatem należy odrzucić wszelką oświeceniową utopię o świecie doskonałym, co jednak nie zwalnia nas od wytyczania ambitnych celów.

Celem kapitalizmu jest dziś przetrwanie. A środkiem do tego celu – tak jak w czasach von Kettelera i Johna Stuarta Milla – powrót do zasad moralnych, które cywilizują ludzkie słabości i kierują je ku ogólnemu pożytkowi. W przeciwnym razie liberalny kapitalizm, tak jak i demokracja, rozpadną się pod naporem sekularyzacji i obcych kultur. Pozostanie tylko dzika żądza zysku.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA