fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Zosia Stryjeńska i rękawiczki

Zofia Stryjeńska u progu dorosłości
Z archiwum rodziny Stryjeńskich/materiały wydawnictwa
Biesiadnicy syci jak pijawki odpadali od stołu, to jest odchodzili do swoich zajęć, całując Mamę i Tatę w rękę i nieodmiennie przyrzekając poprawę obyczajów. Czy rodzice Zofii Stryjeńskiej byli w małżeństwie szczęśliwi? Ich najstarsza córka, przyszła malarka i graficzka, chciała w to wierzyć.

W 1907 roku sklep przy Świętej Anny 2 był głównym źródłem dochodu Lubańskich.

Otwierał go subiekt, nie później niż o ósmej. Franciszek przychodził godzinę, może dwie później. I zostawał (z krótką przerwą na obiad) aż do wieczora. W skupieniu pochylał się nad księgą rachunkową albo na płachtach papieru rozrysowywał plany wystaw okiennych na cały tydzień. Używano już bibularzy, ale on wciąż zasypywał świeży atrament piaskiem z piaseczniczki.

Reklamy sklepu ukazują się w prasie. Zosia ozdabia je rysunkami, głównie rękawiczek.

„Nowa Reforma": „Kto się chce w tym karnawale niedrogo bawić, tego zaprasza się po rękawiczki balowe krótkie i długie do magazynu rękawicznego pod firmą F. Lubański. Tamże nadstawia się rękawiczki długie zniszczone (części z palcami) tak kunsztownie, że się tego nikt nie domyśli. Wszystkie rękawiczki daje się mierzyć. Pranie rękawiczek na poczekaniu".

Klientów przychodziło wielu. Bo na przykład białe rękawiczki z błyszczącej skórki jagnięcej były nieodłącznym rekwizytem toalety balowej. I to zarówno u pań, jak i panów. Tańczyć bez rękawiczek uchodziło za rzecz niewłaściwą i nieestetyczną.

(Wiele lat później Stryjeńska sama zaprojektuje kilka par. Jej rękawiczki łączą wygodę z modernistycznym sznytem. Zgeometryzowane desenie to wpływ konstruktywizmu. Widać, że śledziła trendy).

Podziw budziły także kaftany i kamizele ze skór sarnich albo łosiowych. Wykańczał je sam Lubański, ręcznie, ścieg po ściegu. Zachwycano się skórzanymi futerałami i spodniami do polowania. Franciszek jeździł do Pragi, Wiednia, Paryża i Triestu kopiować najnowsze wzory. Z zagranicy sprowadzał fachowców, aby doszkalali pracujących dla niego rzemieślników.

Wejście każdego klienta do sklepu obwieszczał mały dzwoneczek tuż nad drzwiami.

Dzwonił więc – co odnotowała Zosia – gdy przychodziła starsza hrabina „w czarnych koronkach, chora na kleptomanię. Za nią zawsze stał lokaj w liberii, z workiem forsy powierzonym mu przez familię, i patrzył, co hrabina bucha po sklepach. Gdy ją odstawił do powozu obwożącego ją po zakupach, wracał do sklepów i wyrównywał zapłatę za skradziony przedmiot. Co hrabina raczyła buchnąć? Nie rzeczy ważne, o nie – tu chodziło o przeżycie, o silniejsze krążenie krwi, o nabranie apetytu na obiad. Więc: rozciągaczka do rękawiczek, więc – puszka z federweisem, dwie, trzy pary rękawiczek, jakaś klamerka dla emocji".

W sklepie pojawiał się też ziemianin z „wąsiskami jak wiechcie, niebezpiecznie podszyty »Potopem« Sienkiewicza. Jak go prowadzili starsi subiekci do składu za sklepem mierzyć zamówione skórzane portasy, Zagłoba się w nim budził. W tym składzie, między olbrzymimi, do sufitu roletowymi szafami, pełnymi skór kozłowych, sarnich, duńskich, różnych mocca, pecarów, bizonów, wisiały na ścianach maski fechtunkowe i rapiery. [Zagłoba] nagle składał się, przysiadał, subiektowi jeden rapier do ręki wciskał i lu! na niego w pozycji fechtunkowej ze swoją szablą. »Broń się waszmość« i ciach! Ciach! Ciach! Subiekt przestraszony początkowo robił kilka ruchów, żeby gościa nie zrażać, ale jak go gdzieniegdzie kolnęło, rzucał szablę i wylatywał na sklep, gdzie Zagłoba siał popłoch".

Chłopki przynosiły Franciszkowi jagody, jaja, śmietanę, chleb pieczony na liściu kapusty, masło. Lubański kupował bez targowania.

Zosia przybiegała po szkole. Siadała pod ścianą naprzeciw okna i zaczynała rysować. Zazwyczaj karykatury klientów. Nawet po kilkanaście dziennie.

Największe wrażenie robił na niej malarz Jacek Malczewski, „pan o czarnych jak otchłanie oczach, jarzących się pod obraną z sierści kopułą czaszki" – tak zapamiętała. Przy powitaniu raz dygał jak mała dziewczynka, innym razem udawał kulawego albo oficera. (Kucharka Malczewskich mówiła: „Dużo różnych widziałam, ale takiego najgłupiastego pana jak nasz – nigdy").

Zosia: „Był nerwowy i ponury, i jak tylko się na niego kto dłużej patrzył, choćby jaka dostojna osobistość, zaraz pokazywał język aż do brody. A przyciągał niestety ogólnie wzrok swym malowniczym a demonicznym wyglądem Mefista: wysoki, w szatach własnego pomysłu, w olbrzymim jak tarcza czarnym filcowym kapeluszu włożonym na tył głowy i w szwedzkich żółtych rękawicach w stylu Ketlinga z mankietami do łokci [zamawiał je u Lubańskiego]. Niejednokrotnie zaznałam widoku sławnego języka pod swym adresem, gdyż się na mistrza wygapiałam zza pleców Taty".

Czasami to ojciec zadawał Zosi temat. „Każde moje pociągnięcie ołówkiem czy pędzlem studiował bacznie – wspominała – nasadzając przytem specjalnie na nos swe okulary". Rysowała na jego prośbę psy, króliki, osły, koty, chłopców w krakuskach, „Żydka z pejsami i cycełesem, pijanicę z nosem czerwonym czulącego się do latarni".

W 1907 roku zapełniała już kolejny szkicownik.

Pierwszy dostała od Franciszka sześć lat wcześniej. Rysowała wtedy sceny z życia małej dziewczynki (nie możemy wykluczyć, że siebie samej): dziecko zrywa kwiaty, bawi się, leży w łóżku. Twarze i sylwetki, szczególnie na rysunkach kolorowych, Zosia pokazuje z oddali, bez wielu szczegółów. Jakby robiła zdjęcia, nie nastawiając ostrości.

Trzynasta.

U Lubańskich obiad.

„Mięso czy jarzynę, zupę czy leguminę zmiatało się łygą – wspominała Zosia. – Wszyscy gadali naraz, o szkole, o tysięcznych sprawach, rozgwar był niemożliwy. Niejeden zdzielał drugiego po łbie, dla hecy podkradano sobie kąski z talerza, dorzucano podstępnie bigosu i buraków, w ogóle bachanalie Gargantuy. Kolejno biesiadnicy syci jak pijawki odpadali od stołu, to jest odchodzili do swoich zajęć, całując Mamę i Tatę w rękę i nieodmiennie przyrzekając poprawę obyczajów. Na pobojowisku zostawali sami Rodzice, którym służąca podawała herbatę".

Kobieta przyzwoita nie maluje się

Matka. Anna Maria Lubańska ze Skrzyńskich herbu Zaremba. Wiemy o niej tylko tyle, ile zapisał Franciszek. I Zofia. W jej archiwum kilka teczek zajmuje rękopis pamiętnika. Kartki formatu A4 przypominają kolaże. Zapiski, kopie własnych listów (bywa, że oryginały, często prosiła adresatów o ich zwrot) oraz odpowiedzi na nie. Tu i tam wycinki z gazet. Na przykład: „Panowie Quillon – lat 81, Davis – lat 77, Puichen – lat 76, stanęli do wyścigu, by wygrać sztuczną szczękę, jaką ofiarował trzem leciwym sportowcom jeden z dentystów".

Wkleja też fotografie. Prawie zawsze z komentarzem.

Stryjeńska gromadziła rzeczy: koperty, rysunki, stare bilety, dokumenty, wizytówki – nawet te, które wcześniej podarła, programy wystaw, wyniki badań, recenzje, albumy, scenariusze bajek i baletów (zawsze w kilku egzemplarzach). Aż trudno uwierzyć, że taszczyła to potem w walizkach. Z Krakowa do Warszawy, z Warszawy do Paryża, z Paryża do Genewy, do Londynu, do Brukseli. Z powrotem do Krakowa.

Czasem zostawiała je w przechowalni na dworcu.

Jej syn Jan wspominał: „Ileż razy jeździłem wykupywać przedawnione walizy, które magazynierzy musieli wyciągać, mrucząc, gdzieś z otchłani składów kolejowych. [...] Mama miała świętości, między innymi płótna bogów słowiańskich, których nie chciała sprzedać [»bo tylko do muzeum mogą być sprzedani bogowie« – mawiała] i które zawsze ze sobą woziła. Kiedyś zostawiła je w bufecie na dworcu w Paryżu i nigdy już ich nie odzyskała. Wiele (ile?) waliz zostało po jej śmierci na różnych dworcach".

Stryjeńska w 1949 roku w liście do dzieci: „Walizy zostawiam na Chabrol [przy rue Chabrol w Paryżu znajdował się hotel, w którym mieszkała], zostały przy tym jako zastaw, bo nie wystarczyło już na uregulowanie rachunku noclegowego. Mówię o walizach dlatego, żebyście w razie mej dematerializacji zaopiekowali się tym, zwłaszcza jedną – popielatą, gdzie są różne papirusy i wspomnienia".

Tę popielatą walizkę nazywała walizką kancelarią.

Fotografuję wszystko. To ponad cztery tysiące stron. O Annie Lubańskiej znajduję zaledwie kilkadziesiąt zdań i jej listy. Niektóre na welinowym, kruszącym się w palcach papierze. Już pożółkłe.

Matka Zosi urodziła się w Wiedniu, ale z całą rodziną szybko przeniosła się do Krakowa. Wychowywała się w skromnych warunkach. Ojciec był kontrolerem na Poczcie Głównej, zarabiał niewiele, więc gdy Anna skończyła szesnaście lat (w 1877 roku), zatrudniła się na tej samej poczcie jako telegrafistka. Pracowała codziennie od siódmej rano, przez dwanaście lat bez urlopu. Najpierw obsługiwała aparat Morse'a, później aparat Hughes'a, w którym po raz pierwszy użyto znaków alfabetu. Gdy nadchodziła wiadomość, specjalnie zaprojektowane czcionki wycinały w papierowej wstędze niewielkie otwory. Sto osiemdziesiąt liter na minutę.

Zasady, które Anna wyniosła z domu, przekaże swoim córkom.

Więc: „Panna powinna być dziewicą absolutną do dnia ślubu. Nie ma mowy o fałszywym opakowaniu. Jak panna, to panna". „Kobieta przyzwoita nie maluje się i zachowuje chłodną rezerwę w stosunkach towarzyskich", a „ślub nie jest igraszką ani interesem, lecz przysięgą przed ołtarzem wzajemnej lojalności i wierności na amen". Zabrania też dziewczynkom rozmawiać poza domem o sprawach osobistych i uczuciach.

Nie ma żadnej fotografii Anny z wczesnej młodości, więc trudno powiedzieć, jak wtedy wyglądała. Ale musiała robić wrażenie na mężczyznach, bo słali jej złocone tomiki poezji i bileciki z sercami przebitymi strzałą. Ponoć lubiła flirtować. Bywała „na tańcówkach" w kasynie pocztowo-oficerskim. Za mąż jednak nie chciała wychodzić. Pamiętała ciężkie porody swojej matki i zakrwawione prześcieradła, które musiała prać razem ze służącą. „Z bliska to wszystko przedstawia się przerażająco" – pisała wtedy do kuzynki w Austrii.

„Byłabym się szczęśliwie wcale na ten świat nie zmaterializowała – notuje po latach Zofia – gdyby nie przypadkowy zbieg okoliczności. Do sklepu Taty chodziła ciotka Paulina kupować rękawiczki i sypała oko do Taty, aż kiedyś raz przyszła z siostrą swą Andzią i wtedy Kupidyn drasnął Tatę śmiertelnie".

Anna i Franciszek wzięli ślub 1 października 1889 roku. Ona miała lat dwadzieścia osiem, on trzydzieści jeden. Ponad półtora roku później, 13 maja, urodziła się Zofia Anna Lubańska. Potwierdza to wyciąg z księgi urodzeń parafii Wszystkich Świętych w Krakowie. (W przyszłości Stryjeńska przesunie ten moment o sześć lat. Na dokumencie datę urodzin odręcznie poprawi na 1897).

Wspólna fotografia Lubańskich zachowała się jedna. Ale nie ta, o której Franciszek wspomina w pamiętniku, zrobiona z okazji trzynastej rocznicy ślubu. Wiemy, że całą rodziną poszli tamtego dnia do atelier Józefa Sebalda, znakomitego krakowskiego fotografa. Mieściło się przy ulicy Batorego 12, w willi Pod Stańczykiem, którą zaprojektował Tadeusz Stryjeński, późniejszy teść Zosi.

Sto dwadzieścia siedem lat przetrwało inne zdjęcie. Jest pierwszym, które Anna wkleiła do albumu oprawionego w wiśniowe sukno. Franciszek podarował go trzy tygodnie przed ślubem „drogiej Andzi Skrzyńskiej na pamiątkę wzajemnych skłonności".

To ich portret. Ona w sukni, mocno ściśnięta gorsetem, delikatnie się uśmiecha. On poważny, w ciemnym tużurku. Nawet na siebie nie patrzą. Pewnie tak zasugerował Walery Rzewuski, który – jak głosi napis – w atelier „fotografuje z natury".

Tatuś nasz najdroższy

Czy Lubańscy byli w małżeństwie szczęśliwi? Ich najstarsza córka chciała w to wierzyć. Leżą przede mną kartki z pamiętnika Franciszka. Na kilku stronach opisuje kłótnie z żoną. Zofia Stryjeńska wyrwała je i włożyła do osobnej koperty.

Jest też zdjęcie samego Lubańskiego. Łysiejący, z wąsem, z muszką pod sztywnym kołnierzykiem, w binoklach. Niemłody już. „Tatuś nasz najdroższy, nasz skarb, czy jest gdzie na świecie taki Ojciec? Balzak nie znał Taty, boby był pierwszą powieść o szlachetności [jego] charakteru napisał, porzucając cuchnące bajoro swych romansów" – notuje na odwrocie zdjęcia dorosła już Zofia.

Na liście od mamy pisze o niej, że jest „spokojna, pełna cnót i cierpliwości".

W pamiętniku: „A te niezliczone mikołaje, choinki, wyjazdy na wakacje, hojne podarki na imieniny – nie ma co! Takich Rodziców jak byli moi, takiego domu, »domu« w całym znaczeniu najserdeczniejszej miłości, nie znajdzie się prędko na świecie".

Zofia nigdy nie wspomni, że jej matka „w największym wzburzeniu – jak pisze Franciszek – w kwietniu 1914 roku wyjechała do Lwowa, aby tam starać się o pracę na poczcie". (Wróciła po tygodniu).

Że miesiąc później „po różnych przykrych scenach domowych wynikłych z jej drażliwości" wyjechała do Katowic „na dłuższy pobyt".

Ani że z końcem listopada 1920 roku ruszyła do Gdańska, tym razem „na zawsze", otrzymawszy „od Tadzia – tłumaczy Franciszek – względnie od spółki sklepowej Tadzia, Stefci i Maryli 15 000 [marek polskich] jako spłatę [...] przeze mnie ustalonej cząstki wartości sklepu". (W 1918 Lubański ma sześćdziesiąt lat i zapisuje sklep trojgu dzieciom „do dalszego prowadzenia, zastrzegłszy sobie trzydzieści procent z utargu dziennego i całkowite utrzymanie domu"). Lubańska wróciła po kilku tygodniach, ale już niemal za każdym razem, kiedy się kłócili, pakowała walizki i wyjeżdżała.

Raz w miesiącu Anna cały wieczór poświęca tylko Bogu. Chodzi na zebrania Bractwa Matek Chrześcijańskich. Słucha mszy i z siostrami – bo tak nazywały się członkinie – modli się o „pomnożenie Matkom Chrześcijańskim łask im potrzebnych".

Najwięcej czasu spędza jednak w domu. „Wyrzekła się doszczętnie swego »ja« na rzecz męża i dzieci". (To słowa Zosi).

Fragment pochodzi z książki Angeliki Kuźniak „Stryjeńska. Diabli nadali", która ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Czarne

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA