fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Franciszek i stare pomysły, które się nie sprawdziły

AFP
Nic nowego pod słońcem – chciałoby się powiedzieć, obserwując projekt głębokiej reformy Kościoła, jaki serwuje nam papież Franciszek. Wielu komentatorów aż pieje z zachwytu nad rzekomo nowatorskimi pomysłami, jakimi porywa świat papież. Problem w tym, że większość z nich nie jest nowatorska, ale raczej głęboko anachroniczna.

Mam świadomość, że pisząc to, skazuję się na etykietę krytykanta, antypapieskiego malkontenta, ale uważna obserwacja pontyfikatu skłania mnie właśnie do takiego wniosku. Ograniczenie celibatu zaproponowane w trakcie sprawnie wyreżyserowanego przez papieża synodu amazońskiego, kwestia praw kobiet w Kościele, skupienie się na karze śmierci, dożywotniego więzienia, którego zakazu także papież się domaga, na walce o pokój i globalne rozbrojenie, na ochronie środowiska. Poluzowanie katolickiej etyki, ze szczególnym uwzględnieniem dopuszczenia rozwodników w ponownych związkach do Komunii Świętej oraz szerzej postępująca pod wpływem adhortacji „Amoris laetitia" liberalizacja etyki seksualnej w ogóle. To wszystko, co jest przedstawiane jako elementy wprowadzane przez Franciszka do debaty, nie jest w najmniejszym stopniu niczym nowym. To stare postulaty, określane niegdyś mianem „agendy Martiniego". O ile jednak kilkadziesiąt lat temu była ona relatywną nowością – nawet jeśli i wtedy część z postulatów mogła wydawać się dyskusyjna – o tyle teraz wiemy, do czego realizacja czy skupienie się na takich postulatach doprowadziło.




Progresywny katolicyzm swój projekt realizował od lat w części diecezji amerykańskich, w Kościele niemieckim, holenderskim, szwajcarskim, kanadyjskim itd. Jakie są skutki? Upadek żeńskiego życia zakonnego (właśnie za sprawą jego liberalizacji), brak powołań kapłańskich, odpływ wiernych, rozpad tradycyjnych instytucji – to już się wydarzyło. Oczywiście progresywna agenda – w wielu miejscach, choćby w kwestii liberalizacji etyki seksualnej, już zrealizowana – nie ponosi winy za wszystko. Na rozpad Kościoła na Zachodzie miało wpływ wiele czynników. Nie ulega jednak wątpliwości, że była ona jego istotnym elementem.

Zaskakujące jest również uznanie, że w kwestii ochrony środowiska Kościół ma mówić językiem Grety Thunberg. Zastrzegam, że mam pełną świadomość, że są to kwestie ważne, wypływające z teologii stworzenia i własności. Ale dlaczego papież ma się zajmować stosowaniem pestycydów w rolnictwie, hormonów w hodowli i bezpieczeństwa energii jądrowej? Nie neguję, że są to kwestie ważne, ale nie wydaje się, by akurat Ojciec Święty był powołany do ich rozważania, szczególnie że tego typu wypowiedzi błyskawicznie tracą ważność, przez co przyczyniają się do osłabienia wagi papieskich słów. Bo jeśli papież wypowiada się na każdy temat, to ostatecznie nikną kwestie naprawdę ważne, a media mogą układać dowolny wizerunek papieża, bo na każdą tezę znajdzie się odpowiednia wypowiedź.

Anachroniczny charakter tego pontyfikatu (nawet dobór cytatów i autorytetów w wypowiedziach papieskich jest charakterystyczna dla lat 60. i 70. XX wieku) nie powinien przesłaniać faktu, że Kościół potrzebuje reformy, że kwestie zarządzania, władzy, relacji między duchownymi a świeckimi powinny być przemyślane na nowo. Kłopot polega tylko na tym, że odpowiedzią na realne problemy nie jest powrót do pomysłów sprzed pół wieku, których częściowe wprowadzenie nie tylko nie stało się odpowiedzią na problemy, ale też zdecydowanie pogorszyło sytuację. Kościół musi szukać innych odpowiedzi i remediów, zamiast wciąż na nowo testować nieskuteczne rozwiązania.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA