fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Sławomir Mrożek i Leopold Tyrmand. W emigracyjnym labiryncie

Sławomir Mrożek (z lewej) i Leopold Tyrmand
archiwum domowe Leopolda Tyrmanda/materiały prasowe
Z literaturą chyba skończę zupełnie, nie przyniosła mi niczego oprócz polskich złotych, czyli waluty nikczemnej, i mnóstwa rozczarowań (Tyrmand do Mrożka, list z 1965 r.)

Tel Aviwv, 21.9.65

Drogi Senatorze,

Ucieszył mnie list Twój ogromnie, bo zbieżność naszych losów i problemów zaczyna wkraczać powoli w dziedzinę typowości, jeśli zachcemy odrzucić metafizykę, co zresztą wraz z wiekiem przychodzi mi z coraz większym trudem, jako że świat pełen jest metafizyki. Wynika to także i z Twojego listu. Dwa dni temu wróciłem z Sodomy, ale uspokój się, poza stacją benzynową nie ma tam nic, a to oznacza tylko możliwość orgii dla samochodów. W ten sposób kończy się wypróbowany przez wieki świat biblijny i przychodzi coś nowego, co napawa mnie raczej niesmakiem.

Masz rację, Senatorze, sprawy paszportowe wikłają się niebezpiecznie i przydałaby się nam nowa rozmowa na stokach Portofino. W Paryżu przedłużono mi paszport na 6 miesięcy, ale za to nie mam już wolnego skrawka na najmniejszą wizę, nawet wielkości znaczka pocztowego, a jak wiadomo, nikt takich nie daje. A w ogóle jestem w nastroju kompletnego dodupizmu, jadąc samotnie przez Hiszpanię, rozmyślałem dużo na swój temat, doszedłem do katastrofalnych wniosków i bardzo jestem z siebie niezadowolony. Postanowiłem się zmienić, ale nie wiem jak.

Bilet do Ameryki już mam i wszystko wskazuje na to, że tam pojadę za jakieś dwa miesiące. Na razie siedzę w Izraelu. Jest to kraj fascynujący. Ostatni bastion cywilizacji małego sklepiku. Agresywna dobroduszność i natrętny sentymentalizm w niepowtarzalnym gatunku. Ale w sumie jest to trochę prowincja: taka Lubelszczyzna z własną armią.

Z Polski dochodzą mnie raczej niepomyślne wieści, zwłaszcza jeśli chodzi o moje zawodowe sprawy: nie chcą mi wydać tej książki, o której wiesz. Jakoby boją się reakcji warszawskiej socjety. Pierwszy raz w dziejach komuniści boją się tzw. dobrego towarzystwa.

Całuję Ciebie i Marę.

Pisz i nie zapominaj o starym, wyleniałym tułaczu.

Tfuj

L.

Chiavari (Ge), via Prandina 18/18, Italia 14 X 65

Drogi Leopoldzie,

Dziękuję za list. Nie odpisałem od razu, bo wpadłem w korkociąg rozmaitych kłopotów, które nie zostawiły mi czasu ani sił na korespondencję. W streszczeniu: matka Mary zachorowała ciężko i umarła. W związku z tym przeżyliśmy ciężki okres i w pewnym sensie przeżywamy nadal, ponieważ Mara pojechała do Warszawy – domyślasz się, że ani sam fakt wycieczki, ani jej motywy nie są atrakcyjne – gdzie w tej chwili się jeszcze znajduje, i czekam na jej powrót.

Przedtem byli tutaj przejazdem Marian E. z Janką, ulubionym fiacikiem Mariana. Powtórzyliśmy szlak Portofino, wspominając Ciebie. Oboje w dobrej formie. Czasem zazdroszczę im, jako ludziom, którzy w pracy mają jasno wytyczone zadanie i na nim się koncentrują. A że tę pracę lubią i jest ona bardzo absorbująca, więc niewiele im zostaje czasu na rozterki, choć przecież nie są od nich wolni. Zalety dyscypliny.

Słyszałem o wypadkach, kiedy ludzie w Twojej sytuacji paszportowej, to jest tacy, którym nie zostało w paszporcie ani piędzi na nowe wizy, wklejają do paszportu własnoręcznie, i na własną rękę, wkładkę, czyli zwyczajnie pasek białego papieru, na którym różne konsulaty przybijają im pieczątki. Sam tego nigdy nie praktykowałem, ale są tacy na pewno. Zależy prawdopodobnie powodzenie takiego pomysłu tylko od tego, czy któryś konsultant czepia się formalistycznie, czy też nie, względnie od umiejętności przekonania danego urzędnika o niewinności takiej procedury. Logicznie rzecz biorąc, jest ona niewinna, bo ostatecznie co to ich może obchodzić, a jeżeli jest paszport ważny, to masz prawo do wiz, a szczupłość książeczki paszportowej jest tylko głupim przypadkiem. Spróbuj.

Zmienić się każdy by chciał. Ja także. Trudność nie w tym, że nie wiem jak, tylko że nie umiem być konsekwentny dostatecznie. Najgorsze, że z wiekiem coraz mniej człowieka samo niesie do pisania. Dawniej wszystko było warte napisania, teraz prawie nic. Dawniej byle pomysł był dobry, teraz prawie żaden. Gdybym był bogatym człowiekiem, to może bym tylko żył sobie po prostu, nie mordując się żadną literaturą. A jeżeli bym pisał, to widocznie już tylko z prawdziwej wewnętrznej konieczności, jak owi wszyscy dobrze z domu uposażeni literaci amatorzy w przeszłości. W pisaniu zawodowym jest coś upokarzającego i nieczystego, jak w sporcie zawodowym.

Ściskam Cię i czekam na słowo, jeśli tak Ci się złoży. Zapewniam Cię, że dzielę z Tobą złe samopoczucie w ogólności i szczegółach, o ile mnie upoważniasz do takiej spółki.

Twój

Tel Aviv, 21.10.65

Och, Senatorze,

Jak to dobrze, że dajesz znaki życia, czyli że jeszcze reagujesz normalnie. Bo reszta świata wydaje mi się nienormalną, w każdym razie reaguje w sposób nieskoordynowany, co dla nas, pedantów, jest, jak wiesz, apokalipsą. Przede wszystkim – bardzo mi przykro z powodu zmartwienia Mary: złóż jej serdeczne kondolencje, jak tylko to będzie możliwe. To są rzeczy niemiłe, a nawet straszne, ale jest w nich coś oczywistego i to ułatwia. Teraz dla Ciebie wiadomości, które zapewne są Ci znane: „Tango" jest w W­wie sukcesem­ gigantem, na miarę rzadko spotykaną. Są tu w T.A. ludzie z „Wagabundy" – Kazio Rudzki, Bobek Kobiela, Sławek Gliński, Marian Załucki i wszyscy zgodnie twierdzą, że spektakl „Tanga" to bomba na miarę światową, a Ty wchodzisz już do Panteonu polskich znakomitości, jak Kościuszko, Wiech i Olszynka Grochowska. Mówią to zresztą nie bez dławiącego grymasu zawiści, co sprawia, że im wierzę i czyni ich wypowiedzi cenniejszymi.

Dziękuję za Twoje współczucie paszportowe & rady. Sam widziałem w Paryżu podobne wklejanie, a nawet wizy na nim. Kilku zdolnych architektów wyrażało mi nawet natychmiastową gotowość niesienia pomocy. Boję się tylko, że właśnie Amerykanie, od których mam teraz otrzymać wizę, przywiązują wagę do pewnych powierzchownych formalności. Ale zobaczymy – operacji takiej nie wykluczam. Zaopatrzyłem się nawet w specjalną Magic Scotch Tape do podklejania, która reklamuje się usługami oddanymi p. Jamesowi Bond.

Słuchaj, zupełnie zapomniałem powiedzieć Ci, kiedy widzieliśmy się, a także napisać później, że przecież w Portofino mieszka, a przynajmniej ma tam jakieś pałace, mój dobry przyjaciel, angielski arystokrata, homoseksualista i katolik, niejaki Auberon Herbert — postać niezwykle barwna, naintelektualizowana i niezwykła. Zna dobrze mnie i mnóstwo Polaków, służył w polskim wojsku w czasie wojny i jest dalekim kuzynem Churchilla. Odnajdź go, będziesz miał mnóstwo uciechy, żadnych zobowiązań, a za to drobne przyjemnostki próżności, gdyż facet jest bezbłędnie zorientowany w sprawach polskich i z pewnością wie o Tobie wszystko. Kiedy byłem w maju w Londynie i dzwoniłem do niego, powiedziano mi, że jest właśnie w Portofino.

Z literaturą chyba skończę zupełnie, nie przyniosła mi niczego oprócz polskich złotych, czyli waluty nikczemnej, i mnóstwa rozczarowań. W związku z tym nie martwi mnie brak cugu pisania.

Tu zostanę jeszcze półtora miesiąca, więc pisz, jeśli masz ochotę. Całuję Was oboje i trwajcie nadal w elastycznej nieufności. To najracjonalniejsza postawa.

Twój

Leopold

Chiavari (Ge), via Prandina, 18/18 Italia 30 XI 65

Drogi Leopoldzie,

Chciałem napisać do Ciebie po powrocie Mary z Warszawy, ale obawiam się, że tymczasem mi uciekniesz z Izraela, czy ja wiem dokąd, może do Eskimosów albo dalej. Bo ona, chociaż już ma paszport, musi się jeszcze wywikłać z formalności wizowych, spodziewam jej się na początku przyszłego miesiąca. Jak podróżować przez granice, kiedy chudzina nasza biedna, paszport, już cały ostemplowany wizami, ten problem mnie samego zaczyna niepokoić i moje rady dla Ciebie kto wie, czy nie będę ich musiał do siebie zastosować. Nie mam pojęcia, jak przedstawia się sprawa wymiany paszportu na nowy, ale obawiam się, że oczywiście jest to jakaś nieprzezwyciężona trudność. Może tylko dokonuje się tego przy okazji przedłużenia ważności paszportu? Może tylko na nowiu albo tylko w roku przestępnym? Axer nareszcie znajduje się w Düsseldorfie, gdzie reżyseruje to „Tango", chciałbym zobaczyć, jak to on robi, oczywiście tylko dla własnej przyjemności i nauki, bo przecież nie po to, żeby jemu się wtrącać. Tymczasem orzeł na paszporcie oklapł i nie poleci, chyba żeby go podkleić. Żeby dorosły obywatel musiał się bawić w introligatora, to jeszcze do przyjęcia, że w Polsce trzeba umieć się znaleźć jako własny hydraulik, szewc, malarz pokojowy, mechanik samochodowy i wiele innych, ale do introligatora jeszcze nie doszło.

Co słychać w kraju, nie wiem, a Ty wiesz pewnie lepiej ode mnie, bo pewnie tam ktoś ciągle przyjeżdża. Tyle że „Popioły" grają, to wie każde dziecko. A raczej – wiem tylko, że ciężarówka wpadła na Leszka Herdegena, znasz go chyba, rozwaliła mu nogę, poharatała twarz. Stało się to pod Olkuszem, kiedy stał obok swojego samochodu, przy bagażniku. Szczegóły zresztą mogą nie być precyzyjne, bo różne są wersje, w każdym razie jego samochód nawet nie był w ruchu. Podobno groziła mu amputacja, teraz już nie. Ciężarówki to jest ludowy pluton egzekucyjny, który wykonuje wyroki na co lepsze jednostki w narodzie. To jest logiczne, w polskich warunkach tylko zdolniejsze jednostki, tak czy inaczej, dobijają się do samochodu, więc każde spotkanie samochodu osobowego z ciężarówką ma charakter wykończenia kogoś, kogo bardziej szkoda, niż wielu. Czy to będzie przedstawiciel prywatnej inicjatywy, który – bagatela – umie się utrzymać i tak wykręcić, że go stać na samochód, czy to lekarz, czy inżynier, czy nawet główny księgowy na służbowej warszawie, zawsze to jest ktoś, kto się umiał przebić, ergo, ktoś wybitniejszy.

Gdybyś, rezygnując z literatury, jak piszesz, a w co oczywiście Ci nie wierzę, założył jakieś ciekawe przedsiębiorstwo, jakiś handelek żywym towarem, jakieś wydobycie „srebrnej floty" czy nawet pojedynczego galeonu, jakaś mała broni dostawa, pamiętaj o mnie. Mogę być portierem, oskrobywać monety z wodorostów i adresować paczki. Pozdrawiam Cię i będę czekał na znak, gdzie jesteś i co się z Tobą dzieje.

T.A., 11.12.65

Senatorze Kochany,

Przeżywam tragedię i to prawdziwą, niekłamaną literacko, biologiczną: łysieję. Po raz pierwszy stykam się z fizycznym ubywaniem mego organizmu, przeto — sam rozumiesz — strach mnie ogarnia przed niewiadomym, coraz bardziej popadam w metafizykę i religianctwo. A że kraj też jest po temu, przyznasz więc, że sytuacja moja jest nie do pozazdroszczenia. Ale wróćmy do wulgarnej praktyki.

Przede wszystkim złóż w Rzymie podanie o nowy paszport. To nic nie kosztuje, a także nie musisz im dawać do ręki starego. Motywacja: brak miejsca na wizy. Mnie dali nowy po czterech miesiącach czekania. To składa się takie podanie do najbliższego konsulatu i czeka się.

Nr 2 – będę we Włoszech, mianowicie w Neapolu, przez całe 2 dni. Wylatuję z Izraela 29­ego do Paryża, a z Paryża 8­ego stycznia do Neapolu, gdzie przez 2 dni czekam na mój statek do Nowego Yorku. Może byś przyjechał? Ja przylatuję do Neapolu około południa (na żądanie mogę Ci przysłać dokładną godzinę), w sobotę 8­ego. Nie mogę się już ruszać z Neapolu, bo bagaże, formalności itd. Ale Ty, gdybyś miał na to ochotę, to wsiadasz w samochód i widzimy się. W Paryżu mój adres przez te 10 dni brzmi: Maison Internationale des PEN­Clubs, 66 rue Pierre Charron, Paris 8. Jeśli zdążysz przed 29­tym, to przyślij mi kilka słów na tel­avivski adres, a jeśli nie, to pchaj na Paryż.

Właśnie dostałem list z Montevideo (Urugwaj), gdzie pisze, że miejscowy teatr żyje „Karolem", „Strip-tease" i „Na pełnym morzu". To przyjemne. Żadnego oskrobywania monet z wodorostów, postawiłem na Ciebie już dawno i masz mi przyjść do mety w cudownej formie, wygrywając gonitwę o kilka długości przed innymi ogierami.

Bardzo chciałbym Cię zobaczyć i pogawędzić z Tobą. Ciekaw jestem także, co Mara przywiozła ciekawego z W­wy. Na razie całuję Was i dobrych Świąt życzę.

As ever,

Leopold

Chiavari (Ge), via Prandina, 18/18 15 XII 65

Drogi Leopoldzie,

Listy Twoje zawsze miłe. Będziemy więc łysieć razem, ja to już umiem. Do Neapolu najchętniej bym przyjechał na spotkanie, gdyby nie to, że w pierwszy dzień świąt ruszam do Düsseldorfu. Nie wiem, jak długo tam będę, nie wiem dokładnie, kiedy tam odbędzie się premiera, zresztą nie jestem pewien, czy będę chciał być obecny na premierze. W każdym razie z miesiąc tam posiedzę.

A oto dalsze moje plany: zaraz po Düsseldorfie – prawdopodobnie na krótko tylko do Francji, a potem, jeśli wszystko pójdzie dobrze, przyjadę do Nowego Jorku, bo dostałem zaproszenie na jakiś zjazd literacki, międzynarodowy, urządzany przez Uniwersytet Long Island. Rzecz sama w sobie nie jest zdaje się bardzo poważna, ale płacą podróż i utrzymanie przez kilka dni trwania konferencji, z końcem marca. Jeżeli więc w tym akurat czasie nie będziesz gdzieś latał z kowbojami po Texasie, to może zamiast w Neapolu oglądniemy się w Ameryce. Zresztą nie chciałbym oczywiście zaraz stamtąd wracać, jeśli już raz się dostanę za darmo na miejsce. Byłoby pięknie, gdybym dostał coś tam jeszcze od kogoś w USA, jakieś inne jeszcze zaproszenie tego samego rodzaju, ze względu na pokrycie kosztów, rzecz jasna. Może coś z tego wyjdzie, to znaczy może na razie chociaż ten Long Island wypali.

To oczywiście łączy się ze sprawą paszportu, w którym by było miejsce na wizy. Twoja rada i przykład krzepiące. Zaraz jadę do Rzymu to załatwić. Lepiej zaraz, bo czas właściwie już nagli.

Wiadomość o teatrze w Montevideo dobra, ale nic o tym nie wiedziałem. W Ameryce Południowej grają, co chcą i jak chcą, zupełne kłusownictwo. Nie można z nimi dojść do ładu. Dobrze, żeś mi powiedział.

Mara wróciła kilka dni temu. Ale obawiam się, że nie mogę Ci donieść o niczym sensacyjnym w Warszawie. I ja też się spodziewałem jakichś ciekawostek. Tymczasem okazuje się, że Polska jest najbardziej stabilnym krajem Europy, jest rzeczywistością niezmienną i niewzruszalną. Pod pewnymi względami może to i dobrze, pod pewnymi może nie. Ostatnim wielkim wydarzeniem towarzysko­narodowym było otwarcie Teatru Wielkiego. Wszyscy są zaprzątnięci krzątaniną, pokonywaniem codzienności, oporem materii życiowej i biurowej, dosyć szaro, dosyć biednie. Mało co kto pisze, jeszcze mniej kto co czyta. Życie towarzyskie przeniosło się raczej do domów prywatnych. Trwanie, zużywanie się, wieczność.

Pozdrawiamy Cię serdecznie. Pisz na Chiavari, zawsze do mnie dojdzie.

Waszyngton, 30.3.66

Mrożku, Kochanie,

Przejechałem Luizjanę, Texas, Nowy Meksyk, Arizonę, Kalifornię, Nevadę, Utah, Colorado, Illinois, Michigan. Trochę mam obłęd w oczach. Ciebie się tu spodziewali: między innymi niejaki prof. Arden w Detroit. Ja tu wygłaszam odczyty, z tego chcę na razie żyć. Tu Cię znają jak cholera, ja ciągle o Tobie mówię i chwalę się Tobą osobiście i narodowo. Powtarzam zawsze Amerykanom – bo mówię do Amerykanów, a nie do endeków, którzy są tu prawie jedynymi Polakami – że Ty jesteś taki Swift z Podgórza w Krakowie, reprezentant pokolenia zgorzkniałych sceptyków do lat 40-tu. Przyznają mi rację.

Do Europy na razie nie wracam, przynajmniej dopóki nie rozstrzygnie się sprawa tej mojej książki, tytuł której Ci zapewne wspominałem. A w ogóle – chyba będę trochę w Twojej sytuacji, tylko tu. Jak wiesz: życie jest gówno na kole – raz jest w gorze, raz jest w dole – i to jest właśnie ze mną. Ale gdybym tam (Europa) przybył, to na pewno się zobaczymy, bo bardzo się przez te listy do Ciebie przywiązałem. Całuję Cię, pozdrawiam Marę, i pisz ciągle na ten sam adres. ©?

Tfuj

L.

Fragment książki „Sławomir Mrożek, Leopold Tyrmand. W emigracyjnym labiryncie. Listy 1965–1982" w opracowaniu Dariusza Pachockiego, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA