fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Pueblo za wysokim murem

AFP, Cris Bouroncle
Bogaci grodzą się ze strachu. Nowi zamożni w La Molina skryli się za dwoma murami: pierwsza zapora otacza każdą posesję, druga, jeszcze wyższa i najeżona kruszonym szkłem – strzeże całego osiedla.

Idą wzdłuż muru. Jest wysoki, monotonny i jeszcze młody. Dopiero zaczął powstawać, a już się wije, gdzie okiem sięgnąć. W oddali wygląda jak bura sznurówka rzucona na grzbiety wzgórz; tu blisko jest ciągiem płyt, wbitych na sztorc i umocnionych. Betonowy, bezduszny – kroi zbocza na lepsze i gorsze, przesłania perspektywę. To świeża linia wytyczona w pozbawionej ram stolicy. Próba separacji w krajobrazie powstającym samozwańczo, bez oficjalnych wytycznych. Bogaci tworzą w ten sposób miasta w mieście, chcą je mieć dla siebie, choćby w kawałku. Poszatkowana Lima, pnąca się na zboczach i opadająca ku oceanowi, nie pozwala zobaczyć się w całości, jak gdyby każda z jej części nie chciała mieć z pozostałymi nic wspólnego.

Wracają z pracy. Słońce już się zniża, a oni mają i daleko, i blisko. Dopóki nie było muru, przecinali wzgórza wydeptanymi ścieżkami, prowadzącymi wprost z ich położonych na stromiźnie, nieproszonych domów do rezydencji tak drogich, że nikt nie śmie wątpić w ich prawo do istnienia.

To, że mieszkają w pobliżu, początkowo było zaletą. Tania siła robocza powinna chodzić pieszo. Wtedy dobrze widać, kto okolicę zamieszkuje, a kto obsługuje. Tym, którzy zerkają z samochodów na idących poboczem ludzi, taki porządek świata najprawdopodobniej wydaje się nienaruszalny i słuszny. Z czasem sąsiedztwo ubogich zaczęło przeszkadzać – jest w nim przecież coś z afrontu, niestosowność psująca zabawę w lepszych i gorszych. Teraz piesi mają dalej, muszą okrążać mur. I co dzień znosić upokorzenie. W ich ruchach, w tym, jak ich buty ślizgają się po zboczu, w pochyleniu i zgarbieniu sylwetek widać, że są zmęczeni. Wspinaczką i wydłużoną drogą. Wysiłkiem całego dnia. A może i samym cieniem muru – wyrokiem, który przypieczętowuje.

Niektórzy przyjeżdżają do pracy z krańców miasta. A raczej z wielu różnych miast – barrios, wspólnie stanowiących to jedno, rosnące, które ciągnie się przez sześćdziesiąt kilometrów wzdłuż wybrzeża Oceanu Spokojnego.

Bogaci grodzą się ze strachu, to nim tłumaczą mury. Nowi zamożni w La Molina skryli się za dwoma – pierwsza zapora otacza każdą posesję, druga, jeszcze wyższa i najeżona kruszonym szkłem – strzeże całego osiedla. A teraz powstaje ta trzecia – granica między dzielnicami, granica światów. W mieście strzelanin, porwań, gangów i zaklętych rewirów legendy o zagrożeniach błąkają się po ulicach jak zimowa mgła zrodzona ze spotkania ciepłych wiatrów z morskim chłodem. W bramach osiedli, przy budkach i szlabanach czekają umundurowani strażnicy. Bardzo mili, jeśli się ma białą skórę – od razu się uśmiechają i ciągną barierę w górę. Biorą nas za czyichś gości. Kieruje nimi ten sam zmysł, który w innych rozpoznaje zakłócenie lub niebezpieczeństwo.

Łata na krajobrazie

Zniknęli. Cztery wytrwałe, znużone sylwetki skryły się za załomem muru. Jedna, dziecięca, robiła zygzaki, to zsuwając się, to podbiegając do dorosłych. I choć nie towarzyszyły im dźwięki rozmowy ani narzekań, teraz, kiedy straciłam tych ludzi z oczu, zdumiała mnie cisza. Przerywało ją tylko niespieszne tarcie łopaty o świeżo wylaną zaprawę.

Musieliśmy zostawić samochód trochę niżej. Stara, bita droga została zamknięta. Nowa, właśnie budowana, pobiegnie zgodnie z dyktatem muru. Dojechaliśmy do barykady z desek uwalanych cementem. Tylko jeden mężczyzna mieszał zaprawę ze żwirem. Zaparkowany walec stał z boku, kończył się dzień pracy. Spojrzałam w dół, kilkanaście kroków dalej sterczała wbita w mieszaninę piasku, kurzu i kamieni blaszana tablica, pomalowana na żółto, z napisem „Na sprzedaż" i numerem telefonu. Zastanawiałam się, jak długo jej treść pozostanie aktualna. Skoro powstaje nowa droga, działki pod budowę domów już sprzedano albo stanie się to lada chwila. Miasto uszczupli horyzont o kolejne wzgórze – zastąpi je biało-zieloną układanką willi i ogrodów.

Ktokolwiek tu, na jednej z najświeższych parceli zamieszka, będzie miał za plecami obwarowane murem niebo, a z przodu – widok na urbanistyczny gobelin utkany z domów o płaskich dachach, stopniowo opadający w stronę wody. Będzie czuł, że stanowi co najwyżej rąbek wielkiego zamętu, bo wraz z willą zapewnił sobie nietykalność.

Nasz samochód, zakurzony, a na warstwie kurzu noszący ślady odprysków żwiru, śmieci i rozbitych owadów, przypomina zdrożonego konia, którego skóra pokryła się świadectwami przygód i trudności, jakie napotkał po drodze, przybywając tu z daleka. Stoi z pootwieranymi drzwiami i stygnie po całodniowej jeździe w górę i w dół. Spod maski kapie pot – krople z szumiącej klimatyzacji.

Wytężam wzrok, by w oddali dostrzec ambasadę Stanów Zjednoczonych. Przypomina gigantyczny bunkier ozdobiony nieadekwatnie, jak bombonierka. Dalej szkoła Jezuitów – wyraźna łata na krajobrazie, wyszywana boiskami i strzelistymi palmami. Przez stulecia możne instytucje i obcokrajowcy mieli Limę we władaniu. Teraz o przychylność ducha czasu upomnieli się tutejsi, ubodzy. Może pochwycą go i poniosą jak świętą figurę, celebrując swoje rozbudzone moce. Może ta procesja dopiero wyrusza.

Miasto z nicości

Z jednej strony ogranicza nas ocean, z drugiej – wzgórza przepowiadające Andy, a wszędzie wokół jest pustynia. Gdzie tam – wokół! Tu też jest. Lima wyrosła na pyle i skałach, w nicości podlewanej wodą wysysaną z górskich rzek, kapiącą z pokrytych lodem szczytów. Według jednej z legend jej nazwa wzięła się z błędnej wymowy keczuańskiego słowa Rímac – imienia rzeki, nad którą została założona prawie pięćset lat temu. Francisco Pizarro chciał imperialnej metropolii na miarę konkwisty. Takiej, która przyćmiłaby miasta inkaskie i ukazała królewski majestat Hiszpanii. Na budowę wybrał dolinę rzeki, oddaloną o wygodne trzynaście kilometrów od portu morskiego w Callao.

Dzisiaj tam, gdzie biło historyczne serce miasta, koryto rzeki wygląda żałośnie. Jak płachta wysuszonej skóry zdartej ze zwierzęcia niegdyś budzącego podziw. Jest szerokie, pełne wspomnień, skłębionych kamieni i głazów – dawniej pędzonych przez mocny nurt. Zastąpiła go marna strużka cieknąca pośrodku, wokół biegają psy i dzieci, cuchnie wysuszonym moczem. Zawieszone ponad korytem mosty wyglądają głupio – łączniki wznoszące się dumnie ponad nieobecnym żywiołem. Pasują do otoczenia, sztafażu nieuprzątniętego po kolonialnym spektaklu. Kopuły, dzwonnice, mury, place i klasztory już nikogo nie oszołomią, nie wzbudzą podziwu ani szacunku. Ale tam pojedziemy dopiero za kilka dni. Tam upewnię się, że życie toczy się gdzie indziej.

Z samego rana stanęliśmy pod Chrystusem. Jego betonowe szaty spływały aż do okrągłego cokołu. Ramiona, rozłożone szeroko, próbowały objąć Limę i wynieść ją ponad wodę, ku zboczom. Wydał mi się wobec jej ogromu nieproporcjonalnie mały. A jako opiekun – spóźniony. Sprowadzono go tu dopiero kilka lat temu, gdy ona wielokrotnie przerosła już samą siebie. Zamiast rozległych sanktuariów, nowych barrios strzeże samotna figura na nagim wzgórzu. Szarawy Chrystus, postawiony szybko pośród nagich, brzydkich skał. Zjawił się w mieście jak inni nielegalni przybysze – nieproszony, krytykowany. Pomyślałam, że zajął miejsce na zboczu nie po to, by dominować nad Limą. Wspiął się ku łysym szczytom śladem ubogich. Zabrnął tam blady i niewystarczający.

Za to panorama widziana ze wzgórza robiła nadludzkie wrażenie. Cała równina wzdłuż wybrzeża padła ofiarą budowlanego podboju. Zaanektowane zostało wszystko. Gdyby nie urywające się nagle zbocza lizane falami Pacyfiku, zadaszona gęstwina wzięłaby także ocean. Łatwo uwierzyć, że miasto było tu od zawsze, nadeszło z wnętrza lądu. Woda zaś przypłynęła później i uszczknęła jego brzeg, pozostawiając nagie skały, dramatycznie osuwające się w toń. I zatknięte na nich, jak żagle, apartamentowce. Nagle znalazły się na krawędzi, wystawione na przestwór wysyłający ku nim bryzy i mglistą wilgoć.

Środek miasta wyglądał na solidny, wypełniony budynkami. Jak wlana masa, zdążyły okrzepnąć i utrwalić się na centralnej pozycji. Ale bliżej nas, tuż pod stopami i na obrzeżach, w wyższych partiach pełno było niedopowiedzeń.

Osady ludzkie

Tam, te foliowe szałasy. To są najświeższe inwazje – punktował opaloną dłonią maleńkie ślady rozsypane pod szczytami.

Niebieskie i czarne kropki wyraźnie odcinały się od szarożółtego tła i burych, ceglanych domków. Z daleka czuć ich tymczasowość – mają niepewne, obłe kształty. Jakby postawione w pośpiechu, na chwilę.

– Zjawia się jedna rodzina albo kilka. Stawiają prowizoryczne schronienie z mat i folii, grodzą teren. I czekają. Po kilku dniach mają już status asentamiento humano. Od tej pory są osadą ludzką i mogą stopniowo legalizować swoją obecność. Załatwiają dokumenty, dostają prawo stałej zabudowy i zaczynają murować. Kiedyś, za kilka albo kilkanaście lat, władze dzielnicy zrobią im schody, podciągną prąd, nawet kanalizację. Tak powstała większość tego wszystkiego – wskazuje podbródkiem w stronę leżącego niżej kolosa.

Próbuję ogarnąć wzrokiem całe to życie – samodzielnie sklecone, nieproszące o nic poza prawem do istnienia. Jest go tutaj tak wiele, w skupieniu i ciasnocie, że troski i niedostatki nie dają prawa do rozpaczy. Spokojnie napływające masy oceanicznej wody szumią, że zawsze jest nadzieja. Jakieś dalej, do którego warto zmierzać. Że jutro będzie lepsze.

– Zaczęło się w latach czterdziestych i właściwie nigdy nie skończyło. Teraz już to nie są wielkie inwazje, jak w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy ludzie masowo uciekali przed terrorystami ze Świetlistego Szlaku. Zostało tylko trochę miejsca pod szczytami, ale i tam się wcisną. Nazywamy je pueblos, pueblos jóvenes, nowe miasta. Chcesz zobaczyć z bliska? – spojrzał na moje włoskie trzewiki na cienkich podeszwach, ale zaprosił do samochodu.

Czułam, że mnie sprawdza. Nie było w tym niczego przykrego, tylko ostrożność. Jak wtedy, gdy się daje obcemu do potrzymania dziecko. Różni ludzie zjawiają się w mieście, myśląc, że są na nie gotowi. Czy wiem, o co proszę, mówiąc, że chcę zobaczyć krańce? Stanąć tam, gdzie Lima obnaża się bogata i uboga, nowa i miniona, groźna i potulna, uwodząca i okrutna?

Na początku mówił niewiele. Tylko że pojedziemy po Jenny, a z nią do d o m u. Akcentował to słowo, jakby chodziło o namaszczone miejsce. Zerkał czasem, może zastanawiając się, czy zdołam dostrzec w nędzy prawowitą, pełnowartościową formę życia, czy zdobędę się tylko na lament. Bieda, do której mnie wiózł, nie potrzebowała współczucia. Jenny wsiadła do samochodu, a z nią jasność i uśmiech. Odtąd jechaliśmy jak napromieniowani. Jej krucze, ciężkie włosy spadały do lędźwi. Przytrzymywała je radosna czapka z daszkiem, ozdobiona napisem wyszytym sztucznymi diamencikami. Może to one sprawiały, że wyglądała jak nastolatka. Młodość miała za sobą, młodzieńczość – pod skórą. Dżinsy dzwony, sportowe buty, jaskrawa koszulka z krótkim rękawem. I torby – jedna, z wyrobionym suwakiem i przetartym skórzanym ramiączkiem, a druga bawełniana, wypchana rzeczami, które komuś się przydadzą. Nie potrafię wyobrazić jej sobie bez tych toreb. Bez pakunków troski, w których upycha rzeczy wiezione z myślą o innych, nigdy o sobie.

Jechaliśmy po nią przez Villa el Salvador, wielkie i słynne pueblo, już nie takie joven. Skleconą z mat koczowniczą osadę zastąpiła ogromna przemysłowa dzielnica zamieszkiwana przez kilkaset tysięcy osób uwijających się, żeby jak najwięcej wyprodukować, sprzedać i wysłać w daleką drogę. Zaczęło się od warsztatów, dziś są hale i hangary, a przy nich magazyny. Bure, ale idealnie położone. Z nich towar przerzuca się na ciężarówki, a te mają ledwie kilkaset metrów do biegnącej tędy Drogi Panamerykańskiej, najdłuższej na świecie. Łączy koło podbiegunowe z południowym krańcem Argentyny, a tę zakurzoną dzielnicę – z globalną gospodarką. Nad magazynami nieczytelne od pyłu szyldy. Tylko ważniejsze drogi są pokryte asfaltem i dobrze oświetlone; te boczne to jeszcze wertepy i wyboje, wznoszą się ostro, obstawione zakładami usługowymi i sklepami. Mieszkańcy nie zdążyli niczego upiększyć, większość domów pozostaje nieotynkowana, brakuje kolorów, ale życie się kłębi, interesy skrzą. W mieszkaniach telewizory, prąd, bieżąca woda, wygodne meble. Na ulicach – wibracje przedsiębiorczości. Ludzie spieszą się obładowani, mówią głośno do telefonów, załatwiają różne sprawy, kupują. Są tu po coś, zajęci, ich ciała niosą rozgorączkowane umysły. Chodniki biegną na razie tylko do miejsc najważniejszych. Mapa dzielnicy jest nudna, ale czytelna – pokrojone alejkami prostokąty pełne domów, które urosną o piętro lub dwa w miarę sukcesu rodziny. Bez poezji, sama funkcjonalność. Jest jak w mrowisku – żadnych nieuzasadnionych ruchów, żadnego zbytku.

Przyszłość się nie stroi – nie ma czasu. Najpierw musi się wydarzyć, zarobić na przeżycie.

Odjeżdżamy w stronę gór, ku Villa María del Triunfo. Kilkupiętrowe domy maleją, znikają hale, a droga załamuje się i wspina. Słucham jego rozmowy z Jenny, wychwytuję pojedyncze hiszpańskie słowa. Akurat tyle, żeby zrozumieć, ile ona ma spraw na głowie, co planuje zrobić, komu pomóc, co gdzie zawieźć jeszcze w tym tygodniu. I że łączy ich łagodność, z jaką o tym wszystkim mówią. Jakby nie działo się nic złego, nic gorszego niż zazwyczaj.

Uważaj, on mocno zaraża

Zatrzymujemy się w uliczce bez właściwości, można ją pomylić z tysiącami innych. Po jednej stronie domy, po drugiej – nieład, pozrzucane odpady, pojedyncze zabudowania. Na chodniku obok wychudzony facet w podkoszulku schyla się nad krzesłem. Maluje je olejem. Cała sterta identycznych, świeżo zbitych z drewna czeka na swoją kolej z nogami do góry. Wysiadamy, a Jenny wchodzi po schodkach i mocno kołacze w drzwi. Są ze stali. Uchyla się okienko, głos ze środka wysyła czułe powitanie. Trzaska zasuwa.

Z każdym witamy się osobno – uściskiem dłoni, przytuleniem, pocałunkiem w policzek, uśmiechem i pogodnym słowem. Są tak różni: młodzi i starzy, silni i słaniający się na nogach, wytatuowani, zabiedzeni, jedni chcą rozmawiać, trzymają za rękę, inni szurają z powrotem na krzesła i ławki, siadają, zaplatają kończyny wokół wątłych ciał, na supeł. Jeszcze nie wiem, na kogo patrzę ani co tu robimy.

Jest ich ze trzydziestu. Niektórzy nie mogą wstawać, więc idziemy do ustawionych wokół dziedzińca altanek, żeby do każdego zajrzeć, powiedzieć „Dzień dobry". Leżą otuleni kocami i ciszą. Podnoszą z wysiłkiem ręce, żeby nimi kiwnąć, podać do uściśnięcia dłoń. W jednej z chatek kobieta, skurczona, zmęczona siedzeniem i podtrzymywaniem maski tlenowej na twarzy. Obok niej ciężka butla obłażąca z szarej farby. Jak lufa armatnia. Siermiężny rekwizyt z czasów opasłych powieści, w których choroby były wyrokiem i stanem umysłu. Przy kobiecie dwaj chłopcy – nie pasują tu: za szybcy, zbyt żywotni, za bardzo rozbawieni, niezmordowani. Zaraz na nas skaczą, każą się brać na ręce, okręcać w powietrzu i podrzucać. Idę z jednym z nich na ramionach. Mijamy rząd zlewów. Stoją przy nich mężczyźni ubrani w strzępki cudzych biografii: zdekompletowane dresy, bluzy, niepasujące do reszty koszulki. Szorują w strumieniach plastikowe skrzynki. Jeden z nich spojrzał na mnie, po czym zwrócił się do niego. Rozmawiali chwilę.

– Zaraz dostaniesz maseczkę – usłyszałam. – Uważaj na tamtego pryszczatego po lewej, on mocno zaraża – mówi lekko, jakby chodziło o błahostkę, i przegarnia rozjaśnione słońcem włosy. Patrzę mu w oczy tak pogodnie, jak umiem, i czekam. Pora na kilka zdań wyjaśnienia.

– Tej odmiany gruźlicy, na którą chorują, praktycznie nie da się wyleczyć – mówi. – Jest odporna na antybiotyki. Niektórym udaje się zyskać trochę czasu. To są ludzie z ulicy. Recydywiści, narkomani, bezdomni, chorzy psychicznie. Nikt ich nie chciał, nawet Kościół. Tylko Jenny.

Pokiwałam głową. Nie przyszło mi do głowy żadne wystarczająco ważne pytanie. Patrzył badawczo, ale z chochlikiem w oczach. Sprawdzał, jak się trzymam.

Wrócił mężczyzna z maseczką. Zasłoniłam nos i usta, okręciłam chłopca w powietrzu, przykleił mi się znów do pleców i tak poczłapaliśmy do kuchni. W dużych garach gotowały się ziemniaki, zupa i mięso. Umyte już skrzynki po warzywach z darów czekały uporządkowane pod ścianą. Sól i cukier w dużych workach, płyn do mycia naczyń w baniaku. Przy zlewie, skrobiąc marchew, stała zwalista, gruba kobieta i rozmawiała z Jenny. Ustalały, co z jedzeniem na następne dni.

Fragment książki Pauliny Wilk, „Pojutrze. O miastach przyszłości", która ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Śródtytuły od redakcji.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA