Plus Minus

Jestem ze Ślunska, gram w napodzie

Rok 2013: Ludovic Obraniak (z lewej) i Sebastian Boenisch (z prawej), czyli nasi importowani reprezentanci, ćwiczą z Piotrem Celebanem
Fotorzepa/Piotr Nowak
Są ich dziesiątki, jeśli nie setki. Mieszkają w Niemczech, na Wyspach, w USA. Chcą grać dla Polski. Kto wie, może za kilka lat kadrę stworzą piłkarze urodzeni i wychowani na obczyźnie? Dziś tropią ich skauci PZPN.

Najwięcej przyjeżdża z Niemiec, ale pojawiają się też zawodnicy z Anglii, Belgii, Stanów Zjednoczonych czy Szwecji. Za jakiś czas, może za kilka lat, dotrze ktoś ze Szkocji, wychowany w Glasgow albo Edynburgu. Ostatnio na horyzoncie pojawił się Jan Ostrowski – piłkarz urodzony i wychowany w Luksemburgu, potomek emigranta z początku lat 80. Śledzenie nazwisk i klubów młodzieżowych reprezentantów Polski to prawdziwa lekcja historii najnowszej i geografii. Wszędzie, gdzie emigrowali Polacy, nawet na drugiej półkuli, może się czaić jakiś talent, a Maciej Chorążyk i jego współpracownicy na pewno go wytropią.

Zaczęło się od Niemiec – raz, że tam polska diaspora jest chyba największa i dorasta pokolenie dzieci emigrantów z lat 80., a dwa, że najbardziej znanym niedoszłym reprezentantem Polski, który chyba uruchomił całą machinę, był Lukas Podolski, urodzony w Gliwicach, ale wychowany i wyszkolony na piłkarza już w Niemczech.

Ciekawe, czy jeszcze żałuje, że Polska się po niego nie zgłosiła wcześniej? Teraz, po mistrzostwie świata, po medalach mistrzostw Europy, po kilkunastu latach kariery, której może mu zazdrościć większość piłkarzy na świecie, może już ten żal zelżał?

Ale kiedyś mówił o tym niemal wprost, że on chciał, Polska też niby chciała, ale jakoś tak niemrawo. Mieszkał w Niemczech, dostawał powołania od tamtejszej federacji i kiedyś się trzeba było definitywnie opowiedzieć. Wybrał Niemcy, a kiedy reprezentacja Polski naprawdę zaczęła się po niego zgłaszać, było już za późno. Dał słowo i nie chciał tego zmieniać. Potem strzelał gole reprezentacji Polski podczas Euro 2008 i ostentacyjnie się nie cieszył razem z kolegami.

Inne czasy, inny świat. Do Podolskiego nikt nie ma żalu, bo zawsze otwarcie mówił, skąd pochodzi i że jest z tego dumny. Miroslav Klose (urodzony w Opolu) jest bardziej zdystansowany. Ci dwaj byli pierwszymi, o których się zrobiło głośno.

Potem byli inni, w pewnym momencie cała armia zaciężna: Ludovic Obraniak, Damien Perquis, Adam Matuszczyk, Eugen Polanski, Sebastian Boenisch. Każdy jest mniej lub bardziej związany z Polską, jedno lub dwa pokolenia wstecz ich przodkowie żyli tutaj. Byli potrzebni reprezentacji Polski przed Euro 2012, a dzisiaj żaden z nich nie gra w kadrze (z różnych powodów, nie zawsze sportowych).

O nich Polska się upomniała, kiedy byli już dojrzałymi piłkarzami, często z meczami w reprezentacjach juniorskich swoich krajów. Najdłużej wahał się Polanski, który przez pewien czas był nawet kapitanem niemieckiej młodzieżówki. Kiedyś się zarzekał, że dla Polski nie zagra, później, na pierwszym zgrupowaniu, musiał te słowa wyjaśniać.

Headhunterzy od łydek

To nie było systemowe działanie, chociaż „łapanka" to też może za duże słowo. Raz w zbieraniu dokumentów pomagał nawet mieszkający we Francji polski dziennikarz Tadeusz Fogiel.

Dzisiaj już nie szuka się piłkarzy tylko we własnej lidze. Piłkarz o polskich korzeniach może mieszkać w Niemczech, we Francji, w Anglii, Hiszpanii, we Włoszech, wszędzie na świecie. Trzeba mieć refleks, determinację i konkretne propozycje dla młodych chłopaków, bo jeśli my kogoś nie przekonamy, może zrobić to kraj, w którym chłopak mieszka, zwłaszcza że to tam młody piłkarz żyje, ma kolegów i często wcale nie mówi po polsku.

Dlatego trzeba walczyć bardziej systemowo. Wreszcie powstała sieć skautów, koordynowana przez PZPN, która ma wyławiać polskie talenty wszędzie tam, gdzie można znaleźć jakieś skupiska Polonii. I działa tak, żeby nikt nie miał wątpliwości, że propozycja, którą dostaje młody chłopak, to oficjalna propozycja gry dla Polski, a nie żadne podchody dziennikarzy czy  prowokacja.

Skauci działają od siedmiu lat, a na czele tej komórki stoi Maciej Chorążyk – oficjalny „łowca talentów" z ramienia PZPN. Pierwszym, którego udało się znaleźć i namówić do gry dla Polski, był Sebastian Tyrała, młodzieżowy reprezentant Niemiec. Polska się zgłosiła, kiedy miał ciężką kontuzję i wypadł z kręgu zainteresowań niemieckich selekcjonerów. Trafił do polskich reprezentacji młodzieżowych, zagrał nawet raz w pierwszej. Kto wie, może zrobiłby ciekawą karierę, ale przeszkodziły mu kontuzje. Kilka razy zrywał więzadła krzyżowe i to niemal cud, że jeszcze dzisiaj gra zawodowo w piłkę. Jest nawet kapitanem trzecioligowej drużyny z Niemiec.

To był pierwszy strzał, całkiem niezły, trzeba przyznać. Potem inicjatywa powoli się rozwijała. Kiedyś Chorążyk działał jednoosobowo, z dzisiejszej perspektywy – partyzancko. Wyszukiwał piłkarzy na własną rękę, odzywał się do nich w mediach społecznościowych. Tak znalazł m.in. Pablo Dybalę, dzisiaj wschodzącą gwiazdę Juventusu Turyn i reprezentacji... pewnie Włoch albo Argentyny. W każdym razie nie Polski, bo za zainteresowanie grzecznie podziękował. Jego przodkowie do Argentyny dotarli bardzo dawno temu, nie wiadomo, czy zachowały się dokumenty potwierdzające polskie obywatelstwo. Poza tym ten piłkarz może zagrać w dużo silniejszych reprezentacjach niż nasza, a specjalnych sentymentów do Polski nie czuje.

Teraz jest bardziej profesjonalnie. Można mieć nadzieję, że żadnego diamentu już nie przeoczymy i przynajmniej spróbujemy o niego powalczyć, gdy to będzie jeszcze możliwe, chociaż do ideału wciąż jeszcze sporo brakuje. Klubów, boisk, piłkarzy jest tak dużo, że ciężko pokryć siatką skautów choćby taki kraj jak Niemcy. Po to, żeby było naprawdę dobrze, potrzeba by naprawdę dużo pieniędzy.

Siecią skautów na terenie naszych zachodnich sąsiadów kieruje Tomasz Rybicki, Polak od wielu lat mieszkający w Niemczech. To, jak trafił do PZPN, doskonale pokazuje różnicę między tym, co było kiedyś, a tym, co się tworzy dzisiaj. Rybicki opowiada, że pracą skauta zajmował się od wielu lat, jeździł po stadionach, pracował w różnych klubach. Przy okazji widział, jak wielu młodych piłkarzy o polskich nazwiskach biega po niemieckich boiskach. Nikt ich nie widział, nikt na nich nie zwracał uwagi.

Niemcy – dlatego że mieli kłopoty bogactwa i wszystkich świetnych nie dali rady pomieścić w swoich reprezentacjach. Polacy – dlatego że nikt się tym nie interesował. Rybicki wysyłał e-maile, proponował współpracę, ale nikt się nie odzywał. Wreszcie zadzwonił do niego Maciej Chorążyk i zaprosił na spotkanie w Konsulacie RP w Kolonii, gdzie co roku przyjeżdżają młodzi piłkarze z całej Europy chcący grać dla Polski.

Dogadali się szybko, ustalili, jak ma wyglądać współpraca. Rybicki podrzucił pomysł stworzenia internetowej bazy zawodników, w której mógłby się zarejestrować każdy chętny do gry dla Polski. Dzięki temu sami „wpadają w sieć", łatwiej ich śledzić i przy okazji wiadomo od razu, kto chce występować z białym orłem, a kto ma tylko polskie korzenie i za zainteresowanie życzliwie by podziękował.

To bardzo ułatwia pracę, przy ograniczonych środkach (skauci nie dostają żadnych pieniędzy, działają na zasadzie wolontariatu) nie sposób przeczesywać Niemcy wzdłuż i wszerz. Ale jak zapewnia Maciej Chorążyk, nawet nie trzeba tego robić.

– Nie musimy penetrować czwartej czy piątej ligi niemieckiej, bo to robią za nas kluby niemieckie. Nie weźmiemy kogoś stamtąd, bo gdyby był dobry, toby już grał w Bundeslidze. Wiemy, że kiedy do 17-latków np. Bayeru Leverkusen przychodzi zawodnik z małego klubu, to jest to perełka – tyle że to oni wyszukali ją dla nas. My nie mamy na tyle rozbudowanej sieci skautingowej, żeby jeździć i obserwować tak niskie ligi. Wykorzystujemy to, co pojawi się na szczytach – mówi szef skautów PZPN.

Niemcy szukają, Polacy korzystają? Tak jest coraz częściej, bo taktyka jest inna: najbardziej zależy nam nie na takich, których trzeba przekonywać, ale na takich, którzy sami chcą i zrobią wiele, żeby tylko dostać szansę.

Wszyscy pamiętają korowody z Laurentem Koscielnym przed Euro 2012, który niby chciał grać dla Polski, ale z pewną taką nieśmiałością. Ciągle się wahał, był już umówiony na spotkanie z selekcjonerem Franciszkiem Smudą, przyjechał do Warszawy z Arsenalem Londyn, ale na rozmowę nie dotarł. Chodziło mu chyba tylko o to, żeby wywrzeć presję na Francuzach, którzy ociągali się z powołaniem go do drużyny Trójkolorowych. Podobnie było z mieszkającym we Włoszech Robertem Acquafrescą, który również Polsce podziękował, ale wielkiej kariery też nie zrobił, więc nie ma czego żałować.

Z tymi zawodnikami, których PZPN wyszukuje dzisiaj, jest zupełnie inaczej. Przyjeżdżają z rodzicami, dostają oryginalne koszulki reprezentacji Polski, PZPN zawsze wysyła delegację na wysokim szczeblu. Można porozmawiać z legendami polskiego futbolu, byłymi i obecnymi reprezentantami naszego kraju.

– Kiedyś na spotkanie gościnnie wpadł Przemek Tytoń, bo grał wtedy w Holandii, i usłyszał, że coś takiego się dzieje. Usiadł z tyłu i słuchał, jak kolejno wychodzą i mówią kilka słów o sobie. Niektórzy z tych młodych piłkarzy mówią bardzo słabo w naszym języku: „Jo gram napod, pochodzę ze Ślunska". Kiedy przyszła kolej na Tytonia, wyszedł i przedstawił się, tak jak wszyscy. Wtedy jeszcze nie był reprezentantem Polski, powołanie do kadry dostał bodajże tydzień później – mówi „Plusowi Minusowi" Maciej Chorążyk.

Jest zabawnie, jest wzruszająco. Kiedyś na spotkanie do Kolonii przyjechał były selekcjoner Jerzy Engel i wygłosił taką mowę wstępną, że niektóre mamy w tylnych rzędach wycierały oczy. Często jest właśnie tak, że to rodzice namawiają młodych chłopaków, by się zgłosili do gry w biało-czerwonych barwach. To oni pamiętają Polskę, a nie ich synowie czy córki (dziewczyn PZPN też szuka). Jeden, kiedy zaczął jeździć na zgrupowania reprezentacji, nauczył się polskiego hymnu. Ściągnął sobie plik na komórkę i słuchał tak długo, aż sam mógł śpiewać, chociaż nawet nie rozumiał słów.

Koszulka, delegacja i legenda

Niektórzy, zanim trafią do Polski, zaliczają kilka meczów w młodzieżowych reprezentacjach Niemiec, jak np. Alexander Fagasiński czy Martin Kobylański. Fagasiński wyjechał z mamą do Niemiec, grał w malutkim klubie, wypatrzyło go Schalke Gelsenkirchen, dostał powołanie do reprezentacji do lat 15. Kiedyś to było nie do pomyślenia, by tacy zawodnicy myśleli o grze dla Polski, nawet jeśli niemiecka federacja na jakiś czas przestawała się odzywać. Dzisiaj Fagasiński sam przyjechał na spotkanie w Kolonii i pytał, jak to będzie wyglądać.

Na takim spotkaniu udało się znaleźć Kacpra Przybyłkę. To obecnie chyba najbardziej obiecujący zawodnik, którego udało się znaleźć skautom PZPN i który gra dla Polski. Ma 22 lata, od tego sezonu jest zawodnikiem 1.FC Kaiserslautern (w przeszłości czterokrotnego mistrza Niemiec), w pierwszej kolejce nowego sezonu strzelił od razu dwa gole, potem dorzucił jeszcze kolejnego.

Jest wysoki, dobrze zbudowany, silny i nie grozi mu woda sodowa. Ma bardzo silny charakter i jest zdeterminowany, żeby osiągnąć sukces w dorosłym futbolu, i może to zrobić jako reprezentant Polski. Z drużyn młodzieżowych już wyrósł, ale jeśli dalej będzie się tak rozwijał, to ma dużą szansę trafić do pierwszej reprezentacji.

Być może razem z kilkoma kolegami z niemieckich boisk? Kraj mistrzów świata to prawdziwe zagłębie piłkarzy, którzy mogą grać dla Polski. Wystarczy przejrzeć kadrę pierwszego z brzegu zespołu 2. Bundesligi, by trafić na polsko brzmiące nazwisko. Niektórzy z tych piłkarzy rejestrują się w portalu gramydlapolski.pl. W drużynie do lat 21, prowadzonej przez Marcina Dornę, występuje David Niepsuj, zawodnik VfL Bochum.

Liga anglosaska

Coraz więcej młodych, zdolnych chłopaków będzie jednak także na Wyspach Brytyjskich. Wystarczy spojrzeć, jakie są w ostatnich latach kierunki polskiej emigracji. Dlatego PZPN nie może sobie pozwolić na odpuszczenie Anglii, Szkocji i Irlandii. Tam też działają siatki skautów.

– Zaczęliśmy w Irlandii: ogłosiłem w polonijnych mediach, że szukamy chętnych do współpracy. Przy okazji meczu z Irlandią w Dublinie poleciałem tam i spotkałem się z chętnymi. Zgłosiło się ich ponad 20, na zasadzie wolontariatu. To są ludzie, którzy w Polsce byli związani z futbolem i tam też są związani z piłką, zrobili papiery trenerskie, szkolą różne zespoły. Następne spotkanie zrobiłem w Anglii, tam się zgłosiło 20 osób – mówi Maciej Chorążyk. Teraz przyszedł czas na Szkocję.

Skauci są również w USA, patrolują największe skupiska polonijne: Chicago, Nowy Jork. Ze względu na odległości trudno jest ich wysyłać do innych stanów, nikt nie przejedzie 4 tysięcy kilometrów, jeśli nie jest pracownikiem PZPN. Trzeba sobie radzić inaczej, patrzeć na klub, w którym gra zawodnik, czy to mocna drużyna, jakie sukcesy odnosi. Jeśli ktoś gra w takim klubie, to może warto go zobaczyć? Na jedno z ostatnich zgrupowań kadry U16 przyjechali Vincent Probosz z FC Los Angeles i Sebastian Rojek z TSF Academy (oprócz nich byli też m.in. Youn Czekanowicz z FC Brugge, Marcel Milosz z Rot Weiss Ahlen i Brajan Polarczyk z SV Sandhausen).

Nie zawsze wszystko idzie jednak po myśli naszych skautów. Matt Miazga to dzisiaj wschodząca gwiazda amerykańskiej piłki, zawodnik jednego z czołowych klubów – New York Red Bull. – Matt zgłosił się do mnie sam. Przyjechał na konsultację kadry do lat 17, która potem zdobyła brązowy medal w mistrzostwach Europy. Już wtedy zapowiadał się na piłkarza, ale w Polsce byli w tamtym czasie od niego lepsi, a ciężko go ciągać przez ocean, jeśliby nie grał. Przyleciał jeszcze raz na spotkanie ze Słowenią, nieźle się zaprezentował, a potem zmienił się trener. Raz nie dostał powołania, raz nie mógł przyjechać, zaczął dostawać powołania od Amerykanów. Gra dla nich, poleciał na MŚ do lat 20, ale w pierwszej reprezentacji jeszcze nie wystąpił, ostatecznie się nie określił. Trener Dorna jest z nim w stałym kontakcie. Zobaczymy – mówi „Plusowi Minusowi" Chorążyk.

Bywają też problemy innego rodzaju. Niektórzy by chcieli grać, prezentują odpowiedni poziom, ale mają problemy z obywatelstwem, czego mogą nawet na początku nie wiedzieć. Praca skauta wymaga też dobrej znajomości prawa międzynarodowego. Niektórzy polscy emigranci zrzekali się po wyjeździe polskiego obywatelstwa i dzisiaj ich dzieci już nie są Polakami. W Niemczech to przypadki sporadyczne, ale już w Austrii czy Szwecji bardzo częste. Potem pojawiają się problemy.

Dominik Wydra jest wychowankiem Rapidu Wiedeń (teraz w SC Paderborn), był kapitanem austriackiej młodzieżówki i kilka razy w wywiadach dla polskich mediów wspominał, że mógłby, że może by chciał, że coraz więcej o tym myśli. Niestety, nie jest to proste, bo kilka lat temu, żeby łatwiej mu się żyło w Austrii, za namową rodziców zrzekł się polskiego obywatelstwa i teraz nie dostanie go z automatu, ale musi przejść skomplikowaną procedurę.

Czasami dzieci płacą za błędy rodziców. – Jakiś czas temu zgłosiła się do mnie mama piłkarza grającego w 2. Bundeslidze, który chciałby grać dla Polski. Niestety, podczas rozmowy okazało się, że po wyjeździe do Niemiec zrzekła się polskiego obywatelstwa. Nawet nie zdawała sobie do końca sprawy z tej decyzji. Dzisiaj jej syn nie jest Polakiem. Ta kobieta jest bardzo zdeterminowana, kilka tygodni jeździła po polskich urzędach, chciała to odkręcić. Niestety, musi przejść cały proces, trwający kilka lat, i dopiero wtedy jej syn będzie mógł dostać nasze obywatelstwo. W młodzieżówce już nie zagra, może, jeśli będzie wystarczająco dobry, trafi do pierwszej reprezentacji – mówi Chorążyk.

Polska przyciąga coraz bardziej, dzisiaj już nie jest wstydem przyznać się w Niemczech, że gra się dla Polski, można mieć idoli znad Wisły. Robert Lewandowski, Jakub Błaszczykowski i Łukasz Piszczek zmienili opinie o polskich piłkarzach. Coraz rzadziej trzeba kogoś namawiać, coraz częściej robić selekcję, wybierać tych najlepszych. Nawet jeśli nie wszyscy się przebiją, jeśli nie trafią do pierwszej reprezentacji, to przynajmniej zostanie im w szafie koszulka z orzełkiem.

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL