fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Piotr Czerkawski. Drżące kadry. Rozmowy o życiu filmowym w PRL-u

„»Dzięcioł« przetrwał próbę czasu, wciąż podobają mi się w nim pewne smaczki” – uważa Jerzy Gruza. Na zdjęciu z planu filmowego reżyser razem z odtwórcą głównej roli Wiesławem Gołasem (z lewej)
Filmoteka Narodowa
Zwykle zaczynało się imprezę w SPATiF-ie, później szło się do Bristolu albo jakiegoś innego lokalu, a potem pozostawały już tylko bary dworcowe. Najtwardsi zawodnicy wytrzymywali do rana, czekali, aż otworzą bar w Hotelu Europejskim, który nazywaliśmy doliną padłych słoni - mówi Jerzy Gruza, reżyser i scenarzysta.

Plus Minus: Opowiadając swoje historie, poprawiał pan rzeczywistość.

Zostało mi to do dziś. Każde normalne, niby banalne zdarzenie traktuję jako materiał na ciekawą historię. Inna sprawa, że mam jakieś wyjątkowe szczęście i często przyciągam ludzi, którzy są zabawni, nietypowi, dziwni.

Jeśli takie sytuacje zdarzają się panu bez przerwy, po pewnym czasie musi to robić się męczące.

I to jak. Tak samo jak te notoryczne prośby od znajomych: „Jurku, przyjdź do nas, poopowiadasz jakieś anegdoty". Najgorzej jest, jak ktoś umiera, wtedy wiem na pewno, że zadzwonią z radia albo telewizji i każą mówić. A przecież takie gadanie to jak rozrzucanie historyjek przy stoliku, za chwilę wszyscy wywalą je do śmietnika i zapomną. Wiem, co mówię, bo poznałem w swoim życiu wielu artystów, którzy w rozmowach przy piwie byli lepsi niż na scenie.

Panu to nie groziło?

Nie, bo zawsze pilnowałem tego, żeby zrobić z tych historyjek użytek praktyczny. Z Jurkiem Skolimowskim mieliśmy taki zwyczaj, że zawsze nosiliśmy przy sobie kartkę i długopis i jak tylko podsłuchaliśmy na ulicy czy w knajpie jakąś rozmowę, od razu to notowaliśmy i wkładaliśmy kartkę do kieszeni. Potem wielokrotnie wykorzystywaliśmy takie dialogi w swoich scenariuszach.

Jeden z nich napisaliście nawet wspólnie – do filmu „Na samym dnie", który Skolimowski nakręcił w 1970 roku w Wielkiej Brytanii.

Moja rola przy tym filmie nie ograniczyła się do bycia, wraz z Bolesławem Sulikiem, współautorem scenariusza. Spędziłem też sporo czasu na planie, gdzie pracowałem jako ktoś w rodzaju asystenta Skolimowskiego. Jurek zawsze był świetnym kompanem, miał fantazję i jedyny w swoim rodzaju, typowo polski spryt. Pamiętam, że pewnego dnia kazał ekipie zbudować wysoką wieżę, na której chciał postawić kamerę. Pytam go: „Jurek, po co właściwie nam ta wieża?", a Skolim na to: „Zanim się zorientują, że za cholerę nie wiemy, co dalej mamy robić, niech mają zajęcie i budują wieżę".

A jak w ogóle podobała się panu Anglia?

Swingujący Londyn, brytyjski humor i atmosfera wiecznej zabawy okazały się wspaniałe. To wszystko było dla mnie nie do pomyślenia, tym bardziej że gdy pojechałem do Anglii po raz pierwszy, w 1958 czy 1959 roku, miałem zupełnie inne wrażenia.

W jakim celu wyjechał pan wtedy na Wyspy?

Pracowałem już w Telewizji Polskiej i zostałem wysłany na szkolenie do BBC.

Tak po prostu?

Pomogło mi na pewno to, że – co nie było w moim pokoleniu oczywiste – znałem trochę angielski, którego uczyłem się w liceum. W naszej szkole funkcjonował Klub Angielski, który prenumerował czasopismo „The Illustrated London News", a zebrania polegały na tym, że wspólnie czytało się i omawiało artykuły. Co ciekawe, szefem tego klubu był Jerzy Kosiński, późniejszy autor „Malowanego ptaka".

Co najbardziej zaskoczyło pana podczas pierwszej wizyty w Anglii?

Słynna angielska etykieta. Jeśli przyjechałeś z przaśnego PRL-u, a potem rano wychodzisz z internatu, a portier w mundurze kłania ci się i mówi: „Good morning, sir", musiałeś być zaskoczony. To przywiązanie do form i manier miało też jednak swoją drugą stronę. Anglicy byli niesamowicie sztywni, wycofani. Gdy szli ulicą, to tak, żeby czasem o kogoś się nie otrzeć. Jak czekali na przystanku, a w autobusie, który podjechał, brakowało już miejsc siedzących, to czekali na następny. W internacie, w którym mieszkałem, nie było mowy o tym, żeby przyprowadzić do pokoju dziewczynę...

Gdy wrócił pan do Anglii pracować przy filmie „Na samym dnie", takie problemy już chyba nie istniały.

Oj nie. Zwłaszcza że Jurek był duszą towarzystwa i oprowadzał mnie po wszystkich najmodniejszych klubach. Poznawałem różne aktorki i modelki, ale największym przeżyciem była dla mnie wizyta w słynnym klubie Annabel's, gdzie zamieniłem parę słów z Seanem Connerym.

Jak, w porównaniu z szalonym Londynem wczesnych lat siedemdziesiątych, imprezowało się w PRL-u?

Na pewno bardziej schematycznie. Zwykle zaczynało się imprezę w SPATiF-ie, później szło się do Bristolu albo jakiegoś innego lokalu, a potem pozostawały już tylko bary dworcowe, najdłużej otwarte, z wysokimi stolikami, przy których nie dało się siedzieć, więc trzeba było stać. Niektórzy wtedy już odpadali, ale najtwardsi zawodnicy wytrzymywali do rana, czekali, aż otworzą bar w Hotelu Europejskim, i tam kontynuowali biesiadę do utraty sił. Wie pan, jak nazywaliśmy Europejski w południe? Dolina padłych słoni.

Piękne.

Swoją drogą, obejrzałem niedawno po raz kolejny film „O północy w Paryżu" (2011) Woody'ego Allena – ten, w którym bohater przenosi się w czasie do belle époque i spotyka w kawiarniach te wszystkie sławne postacie. Przez chwilę wyobraziłem sobie to samo, ale w naszej wersji – nie z Hemingwayem i Dalim, tylko ze Skolimem, Maklakiewiczem i Januszem Minkiewiczem.

Może to pan powinien nakręcić taki film?

Nie, na dłuższą metę nie lubię wspominek. Dlatego nie znoszę czytać pamiętników. Jeśli napisał je ktoś, kogo znałem, to przecież wszystko już wiem. A jak kogoś nie znałem, to co mnie obchodzi jego życie? Zresztą wszystkie te książki są pisane według tego samego, przewidywalnego schematu – na końcu zawsze będzie klęska. Jeżdżę czasem do Konstancina, patrzę na wille postawione przez milionerów i myślę sobie, po co to wszystko, skoro i tak skończy się problemami z chodzeniem, nadciśnieniem, chorobami serca...

Jak na człowieka obdarzonego takim poczuciem humoru, uderza pan w bardzo ponure tony.

Bo poczucie humoru zawsze wynika z jakiejś zadry, przeciążenia, słabości. Dowcip często służy zamaskowaniu cierpienia tego, kto go opowiada.

Podobne deklaracje składa wspomniany już Allen, którego uważa pan za swojego mistrza.

Zawsze ciągnęło mnie do allenowskiej autoironii i śmiania się z własnej bezradności. Coś podobnego miał w sobie Bobek Kobiela. Pamiętam, że pewnego dnia Bobek, który mieszkał ze swoją, całkiem atrakcyjną żoną, zrobił u siebie w domu huczną imprezę. Jemy kolację, pijemy wódeczkę, żartujemy, ale nadchodzi trzecia nad ranem, więc stwierdzamy, że trzeba by się już zbierać. Bobek odprowadza nas wszystkich na korytarz, zaczyna nas żegnać, po czym nagle, z pełną powagą, dodaje: „Bardzo panów przepraszam, ale zanim się pożegnamy, muszę was policzyć, mam bowiem podejrzenia, że któryś z was mógł się ukryć w sypialni mojej żony". Czy to nie jest scena jak z Allena?

Czy zna pan jeszcze kogoś, kto przypomina panu Allena?

Moja przyjaciółka, aktorka Zofia Czerwińska, zawsze była niczym Allen w spódnicy. Nie tak dawno odbył się benefis z okazji jej osiemdziesiątych piątych urodzin i w związku z tym przypomniałem sobie parę opowieści. Kiedyś byłem w knajpie na pierwszej randce ze wspaniałą kobietą, która pociągała mnie zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Było wczesne popołudnie, mieliśmy prawie cały lokal do siebie, romantyczna atmosfera, aż tu nagle wchodzi Czerwińska, bierze krzesło i mówi: „Widzę, że się nudzicie, to się do was dosiądę". Inna historia? Dziesiąta wieczorem, dzwoni telefon w domu państwa Łapickich, którzy właśnie szykują się do snu. Odbiera Andrzej i słyszy: „Dzień dobry, tu Zofia Czerwińska. Panie Andrzeju, zostawił pan dziś w SPATiF-ie »Express « i ja go mam. Gdyby chciał go pan odebrać, zapraszam do mnie do domu". Zofia była kapitalna, ale oprócz tego, że miała wielkie poczucie humoru, potrafiła też zachować się wobec mnie bardzo serdecznie.

To znaczy?

Gdy się kiedyś spotkaliśmy, dałem jej egzemplarz swojej książki „Pożegnanie z karnawałem". Niczego nie oczekiwałem, a tymczasem Zosia zadzwoniła do mnie po tygodniu i skomplementowała książkę. Potem długo rozmawialiśmy o tym, że w dzisiejszych czasach ludzie mają obsesję na punkcie nagród i wyników sprzedaży, a przecież nic nie sprawi większej przyjemności niż telefon od kogoś, kogo cenisz, a kto powie: „Przeczytałem, świetne". Żyjemy dziś w świecie żenującego materializmu, do czego przykłada się zresztą moja ukochana telewizja.

Współczesną telewizję odrzuca pan w całości?

Właściwie to lubię tylko jeden program, trafiłem na niego przypadkiem. Nazywa się „Gogglebox. Przed telewizorem" i polega na tym, że obserwujemy, jak różni ludzie – jakiś mięśniak, dwóch gejów, kobieta z synem – oglądają telewizję i komentują to, co widzą. Zapewniam pana, że z jednego odcinka tego programu dowie się pan o współczesnej Polsce więcej niż ze stu artykułów w gazecie.

Rzeczywiście, wygląda na to, że telewizja sporo się zmieniła od czasów pańskich początków. Jak wspomina je pan z dzisiejszej perspektywy?

Bardzo romantycznie, i to nie tylko dlatego, że początkowo prawie wszystkie programy szły na żywo. Inaczej niż w Anglii, gdzie w telewizji wszystko było dopięte na ostatni guzik i odbywało się zgodnie ze ściśle określonymi wytycznymi, w Polsce miałeś poczucie, że robisz, co chcesz. Program miał trwać dwadzieścia minut, ale wyszedł ci na czterdzieści? Nie ma problemu, będzie trwał czterdzieści. Niestety, ta idylla szybko się skończyła, u nas również pojawiły się rygory, a – inaczej niż w Anglii – ich przestrzeganie nadzorowali kretyni, którzy tylko ograniczali naszą inwencję. Zawsze mówiłem, że szef jest po to, żeby oddzielić ziarno od plew, a u nas, jak dawałeś materiał, szef wyrzucał ziarno, a brał plewy.

Nawet w takich warunkach udało się panu jednak odnieść wielkie sukcesy. Zaskakuje pana nieprzemijająca do dziś popularność „Czterdziestolatka"?

Na pewno bardzo cieszy, ale nie mogę powiedzieć, żeby zaskakiwała. To jest serial wielowarstwowy, który można oglądać najpierw dla zwykłego śledzenia fabuły, a potem do niego wrócić i zobaczyć, w jaki sposób ukazuje różne kryzysy i dylematy życiowe, które dotykają każdego z nas.

Czy to prawda, że niewiele brakowało, a zrealizowałby pan współczesną kontynuację serialu?

Miałem już gotowy scenariusz, w którym bohaterowie zapisują się na uniwersytet trzeciego wieku. Żałuję, że ostatecznie nic z tego nie wyszło, bo wydawało mi się, że to zabawny pomysł, a teraz nie będzie już do niego powrotu, bo nie ma z nami ani Andrzeja Kopiczyńskiego, ani Romana Kłosowskiego.

Pierwszy „Czterdziestolatek" zyskał tak wielką popularność również dlatego, że władze komunistyczne zbytnio nie protestowały przeciw niemu. Co innego, jeśli chodzi o pański wcześniejszy kultowy serial – „Wojna domowa" (1965–1966).

Komuniści czepiali się, że nie było w nim partii, organizacji młodzieżowych, świąt państwowych, tylko prywatne problemy. Ale to jeszcze nic. Prawdziwie w kość cenzura dała mi później, przy okazji filmu „Noc poślubna w biały dzień" (1982). Bohdan Poręba podczas kolaudacji grzmiał, że takich świństw to on nie widział nawet w Paryżu.

Czemu tak się na pana uwziął?

A kto go tam wie. Poręba był postacią nie z tej ziemi. Byliśmy razem na roku w łódzkiej Filmówce i już wtedy zwrócił moją uwagę. Niesamowicie śmieszyło mnie to, że miał w dowodzie osobistym napisane: „Zawód: recytator".

Problemy z cenzurą miał pan także przy filmie „Przeprowadzka" (1972), który trafił na półkę aż na dziesięć lat.

Ze strony komunistów było to oczywiście świństwo, ale po części rozumiem, czemu mi je zrobiono. Cenzorzy trafnie odczytali wymowę filmu, który wyrósł z protestu przeciwko przekonaniu, że konsumpcjonizm i posiadanie zrobią z ciebie szczęśliwego człowieka. No a jeśli ktoś atakował ten sposób myślenia, automatycznie atakował Gierka i gierkowską wizję Polski. Gdy w końcu dopuszczono film na ekrany, zrobiono to w najgorszym możliwym momencie. Trwał stan wojenny, na półkach był tylko ocet, a ludzie mieli oglądać film o krytyce konsumpcjonizmu... Nic dziwnego, że skończyło się klapą.

Krytyka konsumpcjonizmu była chyba dla pana ważnym tematem. O tym samym opowiada przecież także „Dzięcioł" (1970).

Podoba się panu ten film?

Zupełnie serio: uważam, że jest najlepszy w pańskim dorobku.

No właśnie... Tymczasem krytycy filmowi zebrani na premierowym seansie podczas festiwalu w Łagowie zmieszali go z błotem. Nie mieściło im się wówczas w głowach, że film rozrywkowy może nieść za sobą jakieś przesłanie. Dziś myślę, że „Dzięcioł" przetrwał próbę czasu, wciąż podobają mi się w nim pewne smaczki, jak na przykład scena niekończącej się imprezy w mieszkaniu sąsiadów bohatera. Zresztą parę lat po „Dzięciole" pojawił się amerykański film „Dziesiątka" z Bo Derek, w którym jest identyczna scena. Powtarza się nawet motyw lunety, przez którą bohater Wiesława Gołasa podgląda w wolnych chwilach gołe sąsiadki.

Zaznaczony w „Dzięciole" wątek rozdźwięku między rzeczywistością a niemożliwymi do zrealizowania marzeniami stał się właściwie motywem przewodnim całej pańskiej twórczości.

To kwestia osobistego doświadczenia. Myślę zresztą, że wszyscy – niezależnie od obowiązującego ustroju – jesteśmy karmieni iluzją, zgodnie z którą rząd się o nas troszczy, ludzie są dla siebie mili, a instytucje działają bez zarzutu. Przekonywanie się na własnej skórze, że w praktyce jest zupełnie inaczej, czeka każdego z nas i zawsze ma w sobie aspekt tragikomiczny.

Wielokrotnie wspominał pan, że osobisty wymiar ma dla pana także film „Motylem jestem, czyli romans czterdziestolatka" (1976), w którym pokazuje pan kontrast pomiędzy nieefektowną codziennością a telewizyjnym spektaklem.

Show-biznes jest pełen absurdów. Nigdy nie zapomnę spotkania, o które zabiegał kiedyś redaktor programów telewizyjnych, chcący namówić mnie do współpracy przy jakimś projekcie. Przychodzę do jego gabinetu odstawiony i dobrze przygotowany, a on wypala: „Ja pana bardzo przepraszam, będę mówił nieskładnie, ale trzy noce nie spałem, bo montuję coś naprawdę ważnego!". W jednej chwili zrozumiałem, że nie jestem wystarczająco ważny i z naszego spotkania nic nie będzie, bo dyrektor przecież „montuje coś naprawdę ważnego". Wkrótce powtórzyłem tę scenę w filmie „Motylem jestem...", a Wojtek Pszoniak świetnie mi to wszystko zagrał. Jakiś czas później dowiedziałem się, że to, co redaktor montował wtedy przez trzy noce, to były urodziny Gierka.

Show-biznes to jednak nie tylko absurd, lecz także splendor, blichtr i pokusy.

Swego czasu bałem się, że się w tym wszystkim zatracę, ale na szczęście byłem tego bliski tylko raz w życiu. Chodziło o pewną striptizerkę...

Oho! Będzie ciekawie.

Jeden z pierwszych striptizów w Warszawie odbywał się w Sali Kongresowej. Wykonywała go stylizowana na Marlenę Dietrich, piękna blondwłosa dziewczyna, która najpierw odpalała długiego papierosa, a potem siadała na środku sali i powoli zaczynała się rozbierać. Począwszy od długich czarnych rękawiczek. Wrażenia były tak silne, że popełniłem, jak to się mówi, emocjonalną pomyłkę i zupełnie się w tej pani zadurzyłem. Chodziłem do Kongresowej co drugi dzień, wystawałem pod garderobą, na korytarzu byłem popychany przez kelnerów noszących z kuchni kotlety. Same upokorzenia, nic zresztą niewarte, bo ostatecznie zamieniliśmy z artystką, jak się okazało – Rosjanką, tylko parę słów i nigdy nie zdołaliśmy się do siebie zbliżyć. Pamiętam, że bardzo z tego powodu cierpiałem, ale w końcu mi przeszło. Minęło parę miesięcy, aż któregoś dnia wychodzę z domu i mijam obładowaną torbami, przygarbioną babuszkę, która dziwnie mi się przygląda, po czym krzyczy: „Dobroe utro, panie Jurek!". Okazało się, że to moja striptizerka – gdy zniknęły szminka, peruka, rzęsy na pół metra, zostały normalka, żyćko i siatka z ziemniakami. To była dla mnie najkrótsza lekcja tego, jak działa show-biznes. 

Fragment książki Piotra Czerkawskiego „Drżące kadry. Rozmowy o życiu filmowym w PRL-u", która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne. Tytuł pochodzi od redakcji.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA