fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jan Błaszczak. Stanley Tolkin, The Dom i nowojorska bohema na polskim Lower East Side

The Dom, rok 1960. Para opuszcza modne miejsce potańcówek w nowojorskim East Village
Getty Images
Stanley Tolkin w prowadzeniu interesów nie kierował się sentymentami. Andy Warhol pisał, że po zakończeniu kalifornijskiej trasy „Exploding Plastic Inevitable" The Velvet Underground chcieli wrócić na stare śmieci. Stanley jednak tylko rozłożył ręce. Pod nieobecność artystów salę wynajął Albert Grossman, menedżer Boba Dylana.

Bar Stanleya Tolkina znajdował się na skrzyżowaniu Dwunastej Ulicy i alei B. Jeszcze na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych jego klientelę stanowili moi ciężko pracujący rodacy, a w środku dominował język polski. Szybko się to jednak zmieniło. Henderson wspomina, że gdy odwiedził Stanley's Bar po raz pierwszy, rezydowali tam już starsi intelektualiści, którzy godzinami rozmawiali o swoich bluesowych płytach. Z szafy grającej dobiegały zaś folk, jazz i właśnie blues. Podczas długich wieczorów w barze, z którego płynął dym jak z fabryki, Rashidah odkrywała kolejne nagrania Milesa Davisa. Do dziś zastanawia się, jak to się stało, że twórczość jednego z największych afroamerykańskich muzyków poznała za sprawą Polonusa wywodzącego się z klasy robotniczej.

Pierogi, kiszonki, wielkie półmiski gęstej zupy, kozi ser i pachnący czarny chleb. Pytani o kontakt z polską kulturą nowojorscy artyści zaczynają od kulinariów. Z pewnością dla niektórych Polaków jest to zawód. Byłoby lepiej, gdyby cytowali Gombrowicza czy nucili Króla Rogera. Joe Kaye przestrzega jednak przed takim trywializowaniem zasług słowiańskiej kuchni dla kultury nowojorskiej.

– Miejsca takie jak Lower East Side, pełne licznych tanich sklepów i knajpek, pozwalały przetrwać artystom oraz tym, którzy mieli nimi dopiero zostać. Dziś w Nowym Jorku nie ma miejsca, gdzie mogliby osiąść ci, którzy szukają jeszcze swojego sposobu na życie. Zabiła je gentryfikacja. (...)

Poranek w McDonaldzie

Stephan Tolkin przypłynął 3 września 1901 roku z Rosji przez Antwerpię.

Miał dwadzieścia lat. Rok starszy był Samuel Tolkin. Ten przybył do Nowego Jorku 16 października 1907 roku na pokładzie transatlantyku „Oceania". Pochodząca ze Smoleńska Beile razem z bratem Josselem i siostrą Leie dotarła do Stanów w tym samym roku. Jej trasa wiodła przez Liban. Był jeszcze David Tolkin z rosyjskiego Biełostoku. Czyżby tego naszego? David dotarł do brzegów Ameryki na pokładzie „Vaderland" w 1906 roku. Miał siedemnaście lat.

Pospiesznie dodawałem i odejmowałem wiek imigrantów i daty ich transatlantyckiej przeprawy, starając się dociec, który z nich mógł być rodzicem Stanleya. Po prześledzeniu spisów powszechnych i dostępnych w sieci drzew genealogicznych przypuszczałem, że poszukiwany przeze mnie człowiek urodził się w 1918 roku. David mi tutaj pasował. Zakreśliłem jego imię długopisem, po czym nerwowo spojrzałem na zegarek. Za dostęp do bazy archiwalnej na Ellis Island płaciło się co pół godziny. Płaciło się słono. Mimo to nie mogłem się powstrzymać i wpisałem inne nazwisko: Cyganowski. Znalazłem. Paweł Cyganowski przypłynął na pokładzie „Zeeland" w 1905 roku. Pochodził z Roztok pod Jasłem. Zgadzało się. Prapradziadek miał wówczas trzydzieści lat. Kilka tygodni wcześniej w internecie znalazłem nekrolog jego syna Franciszka. A w zasadzie – Franka, brata mojego pradziadka. Wbrew pozorom była to bardzo przyjemna lektura, z której dowiedziałem się, że nazywano go tutaj „białasem" oraz „Królem Przetwórstwa Tuńczyka". Akapit kończyło doprawdy wspaniałe zdanie: „Frank lubił spędzać poranki na spotkaniach z przyjaciółmi w McDonaldzie". Wygląda na to, że moi przodkowie szybko odnaleźli się w Ameryce.

The Dom

Z Ellis Island pojechałem prosto na Lower East Side. Chciałem sprawdzić jedną z hipotez, która przyszła mi do głowy podczas wizyty w nowojorskim Muzeum Imigracji. Otóż dowiedziałem się, że nazwisko „Tolkin" pochodzi najpewniej od polskiego „Tolczyński" lub „Tulczyński", wywodzącego się od miejscowości Tulczyn na Podolu. Miasteczka, w którego okolicach dochodziło do pogromów ludności żydowskiej. Postanowiłem więc sprawdzić, czy rodzina Stanleya miała podstawy, by obawiać się podobnych prześladowań. Z tego powodu minąłem St. Mark's i udałem się jedną przecznicę dalej. Na Siódmej Ulicy stał bowiem najstarszy polski kościół w Nowym Jorku.

W zakrystii nie było księdza, ale niespecjalnie mi to przeszkadzało. Nie szukałem wsparcia duchowego, tylko ksiąg parafialnych z początku ubiegłego wieku. Dokładniej: aktów chrztu i aktów zgonu. Podczas gdy sekretarka szukała dokumentów wśród archiwaliów zgromadzonych w pomieszczeniu obok, wertowałem bogato ilustrowany album wydany na początku lat siedemdziesiątych z okazji stulecia parafii Świętego Stanisława. Dopiero po chwili mój wzrok przykuła tabliczka wisząca na ścianie naprzeciwko: „Chrystus jest głową tego domu. Niewidzialnym gościem przy każdym stole, przysłuchującym się w milczeniu każdej rozmowie". Zaraz pod nią stał monitor. Na jego ekranie wyświetlał się obraz z czterech kamer monitorujących teren parafii.

Trochę się już niecierpliwiąc, kartkowałem jubileuszową publikację. Nagle na białej, niemal pustej stronie zobaczyłem napis: „In memory of Stanley J. Tolkin" i pod spodem: „Helen Tolkin, Stanley Tolkin Jr.". Poza tym żadnych informacji, dat czy zawiadomienia o pogrzebie. Ucieszyła mnie jednak ta wzmianka. Może nawet przesadnie, zważywszy na kontekst. Publikacja tego zdawkowego nekrologu w takim akurat miejscu potwierdzała ostatecznie polskie pochodzenie Tolkina. Za moment miałem znaleźć kolejny powód do radości. W księdze z 1918 roku natrafiłem na interesującą mnie informację: oto 4 czerwca urodził się Stanislaus Tolkin, syn Stanislausa i Stefanii, z domu Bober. Podekscytowany, momentalnie sięgnąłem po zapiski z 1968 roku, w których odnotowano śmierć mojego bohatera. Co ciekawe, data była jedyną informacją zamieszczoną w księdze. Pozostałe rubryki: adres, nazwisko osoby zgłaszającej zgon i miejsce pochówku pozostały puste. Nie było drugiego takiego przypadku na kartce zapisanej drobnym maczkiem. Pamięci Stanleya Tolkina poświęcono więc całą stronę albumu wydanego cztery lata później, a nie dopilnowano tak podstawowej kwestii jak wypełnienie aktu zgonu. Miałem cichą nadzieję, że już następnego dnia spotkam osobę, która pomoże mi to wszystko poukładać.

Rankiem pojechałem na Union Square, gdzie czekał na mnie Douglas Tolkin. Wnuk Stanleya, na oko pięćdziesięcioletni, był ubrany w bluzę i jeansy. Mówił dość ospale, a każde słowo poprzedzał długą pauzą. Nawet kiedy zwierzał się z problemów swojej rodziny, nie towarzyszył mu cień emocji. Z pewnością świetnie radził sobie w biurze ubezpieczeniowym, gdzie pracował.

Niestety, dziadka pamiętał słabo. Nic dziwnego – kiedy ten zmarł, Douglas miał pięć, sześć lat. W detalach zapamiętał jednak wizyty w prowadzonym przez niego The Dom. Nieśpiesznie, precyzyjnym ruchem wyciągnął ołówek i zabrał się do rozrysowywania układu klubu na kawiarnianej serwetce. Zaczął od drewnianego baru, który podobno mógł mieć ze sto stóp, więc uwijała się za nim cała armia barmanów. Potem narysował stoliki, krzesła i małą scenę w rogu sali. Na niej występowali nowojorscy jazzmani. Drugie pomieszczenie było większe, ale Douglas nie zapełnił go żadnymi meblami. Odbywały się w nim tańce, muzyka płynęła z szafy grającej. Na koniec wnuk Stanleya narysował sporą, mieszczącą się zaraz za barem kuchnię, do której schodziło się po schodkach. Nie brakowało tam pracy, ponieważ The Dom był przygotowany na przyjęcie kilkuset osób. Klienteli o bardzo zróżnicowanym pochodzeniu.

– Dziadek był niezwykle otwarty. Dzisiaj głupio o tym może w ogóle wspominać, ale zawsze miał co najmniej kilku czarnoskórych pracowników. Wtedy to nie było takie oczywiste. Trudno się dziwić, że był wśród nich lubiany.

Potańcówki i uroczystości patriotyczne

O tym, że postawa Tolkina była wyjątkowa na tle Polonii lat sześćdziesiątych, której ton nadawali konserwatywni powojenni imigranci, przekonałem się podczas wizyty w archiwum na Greenpoincie. Utwierdzały mnie w tym kolejne numery ukazującego się wówczas „Nowego Świata". Reporterzy polonijnego dziennika donosili między innymi o wydarzeniach w Wietnamie i na Kubie. „Prace związane z odbudową uszkodzonej zamachem bombowym ambasady Stanów Zjednoczonych w Sajgonie postępują naprzód" – referował jeden z publicystów w tonie podłapanym z militarnej propagandy. Inny patrzył w niebo, gdzie – jak się spodziewał – na dobre przeniesie się zaraz zimna wojna. W artykule zatytułowanym „Czy dojdzie do wojskowej okupacji Księżyca?" redaktor spoglądał w przyszłość i wieszczył: „Stworzenie flotylli bombowców kosmicznych chronionych przez kosmiczne myśliwce jest oczywiście celem każdego mocarstwa, które chce mieć przewagę zbrojną nad innymi". Rzeczywiście, miałem wrażenie, że z każdą następną stroną odlatuję coraz bardziej.

W „Nowym Świecie" znajdowałem również ogłoszenia, a także zapowiedzi wydarzeń odbywających się w mieście i relacje z nich. Dział kulturalny zżymał się na premierę nowej awangardowej kompozycji Johna Cage'a, redaktor prowadzący apelował o udział w dorocznej Paradzie Pułaskiego, a dział reklamy oddawał szpalty miejscowym masarzom. Właśnie wśród ogłoszeń odnalazłem znajomy adres. Jedno z nich brzmiało: „lekcje tańców ludowych i tańców baletowych dla dziatwy od lat 4 do 12 w Pol. Amer. Kole Tańców Ludowych od 2 po południu w sali bankietowej Domu Narodowego".

Korzystając z pomocy Douglasa i informacji zamieszczonych w nowojorskim rejestrze nieruchomości, próbowałem uporządkować informacje o wspomnianej w „Nowym Świecie" sali bankietowej. Są one o tyle istotne, że to właśnie wynajmowi pomieszczeń na pierwszym piętrze Polskiego Domu Narodowego Stanley zawdzięczał w dużej mierze swój sukces finansowy. Jeszcze w latach pięćdziesiątych znajdowała się tam tradycyjna polska restauracja. W książce Ady Calhoun wspomina ją nowojorczyk mieszkający nieopodal, którego kilka starszych Polek zaprosiło do środka wraz z kolegami. Dali się skusić perspektywą ciepłego posiłku. Okazało się, że w środku czekały ich córki. Mężczyźni zajrzeli tam jeszcze kilka razy, ale ostatecznie zrezygnowali z odwiedzin, ponieważ: „młode panie były okrąglutkie". W restauracji odbywały się również patriotyczne uroczystości, zajęcia dla dzieci i potańcówki. Stanley przejął nieruchomość na St. Mark's Place w 1966 roku, spłacając część długu hipotecznego, którym była obciążona. Zapłacił przy tym bardzo pokaźną wówczas kwotę piętnastu tysięcy dolarów. Stanowiła ona niemal dwadzieścia procent wartości całej hipoteki. Tym samym stał się już nie tylko najemcą baru na parterze Polskiego Domu Narodowego, który prowadził od 1964 roku, lecz także osobą decyzyjną w sprawach całego budynku. Tym bardziej że nie poprzestał na tej transakcji. Jego bliscy byli zgodni, że w następnych miesiącach biznesmen zaczął skupować udziały od mniejszych akcjonariuszy, którzy potrzebowali szybkiego zastrzyku gotówki.

Przez cały ten czas – aż do swojej przedwczesnej śmierci – Tolkin prowadził klub na parterze budynku, podczas gdy przestrzeń na pierwszym piętrze wynajmował kuratorom i menedżerom. Jednym z nich był John Liikala, prowadzący niewielkie eksperymentalne kino The Bridge. Stanley pozwolił mu kontynuować cykl pokazów filmowych. W zamian za to kurator odstąpił mu licencję na sprzedaż alkoholu. Świetny interes okazał się dla Tolkina jeszcze lepszy, gdy Liikala ściągnął pod ten adres Paula Morrisseya – reżysera i przyjaciela Andy'ego Warhola. Dzięki temu jeszcze w 1966 roku sala na pierwszym piętrze została wynajęta na premierę głośnego performance'u „Exploding Plastic Inevitable" z udziałem muzyków The Velvet Underground. Choć obecność twórcy pop-artu bez wątpienia przysłużyła się także popularności The Dom, Tolkin w prowadzeniu interesów nie kierował się sentymentami. W pamiętnikach Andy Warhol pisał, że po zakończeniu kalifornijskiej trasy twórcy „Exploding Plastic Inevitable" chcieli wrócić na stare śmieci. Stanley jednak tylko rozłożył ręce. Pod nieobecność artystów salę wynajął bowiem Albert Grossman, menedżer Boba Dylana. Najwidoczniej z prowadzeniem gwiazd radził sobie lepiej niż z prowadzeniem klubów, bo jego Balloon Farm działała tylko przez kilka miesięcy. Sytuacja ustabilizowała się w dopiero w 1967 roku, kiedy Stanley wreszcie znalazł Brandta i Freemana – klientów, którzy byli gotowi przejąć salę na lata.

Pięta achillesowa rodziny Tolkinów

W przeciwieństwie do życia zawodowego sytuacja rodzinna Stanleya nie wyglądała najlepiej. Całe dnie spędzał w pracy, a jego żona Helen zostawała w domu z synem i piła. Kiedy dziecko podrosło, przesiadywała w barze na rogu Dwunastej Ulicy i alei B, ale nawyków nie zmieniła. Często towarzyszyła jej jedna z sióstr Stanleya. Douglas nie wiedział o nich zbyt wiele, ale był pewien, że dziadek wspierał je finansowo. Miały na imię Helen (tak jak babcia) i Josephine. Zwłaszcza ta druga spędzała dużo czasu z bratową. Miała podobne wysokoprocentowe zainteresowania. Bywalcy Stanley's zapamiętali żonę właściciela lokalu jako niezbyt atrakcyjną kobietę, która przypominała raczej barmana o niskim, chrapliwym głosie i wydatnym brzuszku. Miała jednak poczucie humoru i wiedziała, czego chce. Niestety, bywało i tak, że te zachcianki sporo jej męża kosztowały. Tak było, kiedy któregoś południa znudzona Helen zażądała, by barman przetarł lampy zawieszone pod sufitem. Pracownik wspiął się więc na lichy stolik i maksymalnie wyprężony czyścił szklane klosze. Nie trwało to długo, bo mebel wysunął mu się spod nóg i barman runął na ziemię, paskudnie łamiąc przy tym nogę. Jego szef opłacił wszystkie rachunki związane z pobytem w szpitalu i opieką medyczną.

W związku z nieudanym życiem prywatnym Tolkin szukał sobie dodatkowych zajęć. Douglas nie zna szczegółów, ale jest pewien, że jego dziadek otworzył w końcu trzeci lokal – gdzieś na Górnym Manhattanie.

– Dziadek nie dysponował odpowiednimi zasobami, żeby to wszystko samemu opanować. Brakowało mu czasu. Wygląda na to, że robił zbyt dużo rzeczy naraz. Myślę, że to go właśnie zabiło.

Nie pomagały mu też pita hektolitrami kawa, stres oraz to, że swoimi zawodowymi sukcesami i porażkami nie dzielił się z najbliższymi. Komunikacja pozostawała zresztą piętą achillesową rodziny Tolkinów. Przekonałem się o tym, kiedy po miesiącach śledztwa udało mi się dotrzeć do syna Stanleya. Starszego już pana noszącego – a jakże! – to samo imię (by odróżnić go od ojca, a także dlatego, że tak nazywali go moi rozmówcy, będę tu o nim pisał per Staś). Kiedy zadzwoniłem na jego domowy numer, najpierw odpowiedziało mi długie milczenie, a później dowiedziałem się, że mężczyzna, z którym rozmawiam, tylko opiekuje się posiadłością Stasia, a on wypłynął właśnie w kilkutygodniowy rejs. Później to już nie ja zadawałem pytania, lecz odpowiadałem, skąd to wszystko wiem i na co mi te informacje. Zanim mój rozmówca odłożył słuchawkę, powiedział jeszcze, żebym spróbował zadzwonić za dziesięć dni. Wątpił jednak, by Staś chciał rozmawiać. Bardzo cenił sobie prywatność.

Douglas potwierdził moje przypuszczenia – mężczyzną, z którym rozmawiałem przez telefon, był sam Staś. Z nieznanych mi powodów konsekwentnie odmawiał udzielenia jakichkolwiek informacji na temat swojego ojca. Poinstruował nawet swoją byłą żonę, aby się ze mną nie spotykała. Dla Douglasa było to tym bardziej zaskakujące, że jego rodzice od lat mieszkali w różnych stanach i rzadko do siebie dzwonili. Staś musiał być przekonujący, ponieważ – mimo moich i Douglasa licznych próśb – jego była żona konsekwentnie odmawiała spotkania. Kiedy więc okazało się, że nie mogę liczyć na dalszą pomoc ze strony rodziny, odezwałem się do pracowników Stanleya Tolkina.

Fragment książki Jana Błaszczaka „The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side" ukaże się 12 września nakładem Wydawnictwa Czarne. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA