fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

W USA strach przerodził się w agresję

Pikiety przeciwko restrykcjom szybko się upolityczniły i stały się zgromadzeniami protestujących związanych z konserwatywnymi i nacjonalistycznymi organizacjami
AFP
Nie wszyscy akceptują nakaz noszenia masek. W Oklahoma City klientka zaczęła strzelać z tego powodu do obsługi McDonalda, w Kolorado mężczyzna postrzelił kucharza, zginęło kilku ochroniarzy. Protestujący przeciwko ograniczeniom wdarli się do parlamentu stanowego w Michigan. Gwałtownie przybywa ofiar przemocy rodzinnej.

Zaczęło się od protestów. Mimo zakazu gromadzenia się grupy obywateli niezadowolonych z nakładanych na nich ograniczeń pojawiły się z transparentami przed budynkami władz w Ohio, Wirginii, Karolinie Północnej, Minnesocie oraz w Michigan, stanie, w którym wprowadzone zostały najostrzejsze restrykcje w kraju. Niektórzy – ostrożnie – siedzieli w samochodach, by uniknąć kontaktu, inni ustawiali się w kilkudziesięcioosobowym tłumie, niekoniecznie z zakrytymi twarzami, ale za to z transparentami z krytycznymi dla władz hasłami, domagając się przywrócenia wolności obywatelskich. „Nie depczcie po nas", „Nie będziemy tego tolerować", „Odwołać gubernator" – domagali się. Część protestujących to właściciele małych firm, szczerze zaniepokojeni tym, że ograniczenia spowodowane pandemią odbierają im możliwość prowadzenia działalności. Część – mieszkańcy zmęczeni siedzeniem w domu i domagający się możliwości wyjścia do parku lub na plażę. Pikiety przeciwko restrykcjom szybko się upolityczniły i stały się zgromadzeniami protestujących związanych z konserwatywnymi i nacjonalistycznymi organizacjami.




Z bronią na Kapitol

Pod koniec kwietnia protestujący w Michigan poszli o krok dalej. Uzbrojeni w strzelby wtargnęli do stanowego Kapitolu. Była to już trzecia pikieta, podczas której domagano się zniesienia restrykcji, porównując gubernator Gretchen Whitmer do Adolfa Hitlera, wymachując transparentami z szubienicami oraz napisami „Tyrani zasługują na sznur".

Demokratycznej gubernator Whitmer mocno się dostaje podczas pandemii. W połowie maja aresztowano nawet mieszkańca Detroit, który groził, że zabije ją oraz prokurator generalną Danę Nessel. To one stoją za surowymi ograniczeniami wprowadzonymi w Michigan, stanie zaliczanym do pierwszej dziesiątki najbardziej dotkniętych przez Covid-19. Gubernator naraziła się nie tylko mieszkańcom, ale również republikańskim ustawodawcom w tym stanie, którzy domagali się szybkiego restartu gospodarki.

Agresywne zachowania w stosunku do Whitmer, uważanej za wschodzącą gwiazdę Partii Demokratycznej, podsyciły też komentarze Trumpa, który mówił o niej „ta kobieta w Michigan" albo „Gretchen Połówka Whitmer", bo gubernator Michigan głośno domagała się pomocy federalnej w najgorszym momencie pandemii.

Prezydent też wielokrotnie wspierał protestujących, pisząc na Twitterze: „Uwolnić Michigan, uwolnić Wirginię, uwolnić Minnesotę". O uzbrojonych protestujących mówi, że „to są bardzo dobrzy ludzie, ale są zdenerwowani. Chcą powrotu do normalności. Trzeba się z nimi dogadać". Sam od początku naciska na szybkie otwieranie gospodarki, powrót do pracy i szkół. – Ameryka nie została stworzona do tego, żeby być zamknięta. Lekarstwo nie może być gorsze niż choroba – powtarza prezydent, który ubolewa nad rekordowym bezrobociem oraz zastojem powodującym straty w gospodarce.

Obowiązkowe zamknięcia spowodowane pandemią rzeczywiście mocno się dały we znaki wszystkim, od linii lotniczych, przez centra handlowe po właścicieli restauracji, salonów piękności i innych punktów usługowych. Te ostatnie to często małe firmy, źródło utrzymania całych rodzin. Pandemia pozbawiła je dochodu na co najmniej kilka tygodni. W Teksasie ci bardziej niecierpliwi, którzy otwierali swoje punkty wbrew obowiązującym zakazom, sięgali po pomoc uzbrojonych grup. Właściciel studia tatuażu we wschodnim Teksasie poprosił o ochronę Philipa Archibalda, który pojawił się z karabinem AR-15, psem i pięcioma kolegami też uzbrojonymi w karabiny oraz kamizelki kuloodporne. Strzegli dostępu do studia, przepuszczając tylko klientów. – Moim zdaniem decyzja, aby otworzyć czy zamknąć, to prawo właściciela sklepu czy studia – mówił w wywiadzie dla „New York Timesa" Archibald, który za swoją misję uznał pomaganie przedsiębiorcom w otwieraniu firm zamkniętych w czasie pandemii.

Agresją w restrykcje

Złość przeciwko ograniczeniom i nakazom dyktowanym przez pandemię skupiła się też na Bogu ducha winnych pracownikach sklepów spożywczych i innych punktów usługowych, którzy z narażeniem zdrowia, a często życia, obsługują kasy, wykładają produkty na półki i podają jedzenie, a w trosce o siebie i klientów proszą o zakrywanie twarzy. To ostatnie nie wszystkim się podoba. W połowie maja mężczyzna postrzelił kucharza w barze mlecznym Waffle House w miasteczku Aurora w Kolorado, bo ten trzy razy prosił go o zakrycie twarzy na terenie restauracji. Tydzień wcześniej klientka w Oklahoma City zaczęła strzelać do pracowników McDonalda, którzy przypomnieli jej, że – ze względu na ograniczenia z powodu pandemii – nie może zjeść posiłku w środku. W San Diego mężczyzna nałożył kaptur Ku Klux Klanu, idąc po zakupy spożywcze, by w ten sposób zaprotestować przeciwko wymogowi zakrywania twarzy w punktach usługowych. W Illinois 56-latek został aresztowany po tym, gdy rzucił się na pracownika mini-martu na stacji benzynowej, który prosił go o nałożenie maski.

Takich sytuacji jest sporo. Żeby nie doprowadzić do eskalacji przemocy, władze niewielkiego miasteczka Stillwater w Oklahomie zdecydowały się wycofać przepis nakazujący noszenie masek w sklepach. Zmieniony został na „zalecenie", bo pracowników sklepów i restauracji, którzy przepis egzekwowali, spotykały agresja słowna i groźby użycia siły fizycznej, a nawet broni przez rozwścieczonych klientów. – Nie możemy narażać ciężko pracujących ludzi, nie jesteśmy w stanie też zapewnić wszędzie ochrony policyjnej – powiedział zarządca miasteczka Stillwater Norman McNickle, tłumacząc zmianę przepisu.

Być może dzięki temu władze Stillwater uniknęły tragedii, do której doszło w miasteczku Flint w Michigan. Klient Family Dollar, sklepu dyskontowego, zastrzelił ochroniarza za to, że ten zabronił wejścia do sklepu jego dziecku, które nie miało maski na twarzy.

Maska dzieli naród

Jedni krzyczą na mnie za to, że mam zakrytą twarz, inni za to, że nie mam maski – mówi pracownik Whole Foods, sklepu ze zdrową żywnością, w wywiadzie dla jednego z amerykańskich portali. Pracownicy sklepów czy restauracji, które od kilku tygodni otwierają się w całym kraju, skarżą się, że klienci wchodzący do sklepu bez zakrytych twarzy stawiają ich w niekomfortowej sytuacji.

Maska, która zdaniem ekspertów, m.in. tych z federalnego Centrum Zapobiegania i Kontroli Chorób (CDC), ma chronić przed rozprzestrzenianiem się koronawirusa, stała się w Stanach Zjednoczonych wykładnią osobistych opinii oraz symbolem politycznym. Ci, którzy nie są przekonani do zagrożenia, jakie niesie ze sobą pandemia, walczą z nakazami zakrywania twarzy, twierdząc, że ogranicza to ich wolności. Dla nich ci, którzy poddają się zakazom i ograniczeniom, to liberałowie sterowani przez propagandę, za pomocą której demokraci chcą przez zastraszanie sterować społeczeństwem.

– Protestujący przeciwko zakrywaniu twarzy powołują się na błędne przeświadczenie, że ten wymóg jest niekonstytucyjny. Według ich teorii nie można nikogo zmusić do noszenia maski. Jednak żadne prawo ani sąd nie popiera tego poglądu – powiedział McNickle. Jego zdaniem niepokojące jest to, że domagając się domniemanych praw dla siebie, narażają innych na ryzyko. – Powiedzcie mi, gdzie w konstytucji tego kraju jest napisane, że macie prawo zarażać innych ludzi – pyta nowojorski gubernator Andrew Cuomo, który powtarza, że noszenie maski jest nie tylko wyrazem dbałości o zdrowie publiczne, ale szacunku dla innych.

W sporze o maskę nie pomaga postawa Białego Domu. Prezydent i wiceprezydent stronią od zasłaniania twarzy. Gdy pod koniec marca podczas konferencji prasowej Trump ogłaszał pierwsze zalecenia ekspertów Białego Domu i CDC (Center for Disease Control and Prevention) dotyczące zakrywania twarzy, podkreślił, że on się do nich nie zastosuje. – Nie będę maski nosił. To tylko zalecenie – powiedział. Słowa dotrzymał – ku przerażeniu ekspertów, którzy uważają, że w ten sposób daje zły przykład Amerykanom. Do Memorial Day nie widziano go z zakrytą twarzą ani podczas konferencji prasowych, ani wizyt wyjazdowych. Nie ugiął się nawet, gdy w maju koronawirusa wykryto u dwóch osób pracujących w Białym Domu. Krytykowany był za brak zakrycia twarzy podczas wizyty w fabryce masek chirurgicznych w Arizonie, a 21 maja nagłówki prasowe znowu krzyczały: „Trump odwiedził fabrykę Forda bez maski, mimo że proszono go o jej założenie".

Prezydent od początku pandemii sceptycznie nastawiony jest do koronawirusa i wszystkiego, co się z nim wiąże. Przez długi czas twierdził, że to rodzaj grypy, który sam „cudem zniknie". Dopiero pod koniec marca jego doradcy dr Anthony Fauci i dr Deborah Birx zdołali go przekonać, że Covid-19 to zagrożenie, które może pozbawić życia nawet 240 tysięcy Amerykanów. Przystał wówczas na restrykcje. Ale już na początku kwietnia ponownie zaczął nawoływać do otwierania gospodarki. – Ameryka jest stworzona do produkcji. Ludzie chcą wracać do pracy. Nie możemy pozwolić na przeciągające się zamknięcia – mówi prezydent, denerwując się tym, że kraj,

w którym w drugiej połowie maja liczba zarażonych Covid-19 przekroczyła 1,5 miliona, a zgonów sięgała 100 tysięcy, zbyt powolnie i ostrożnie znosi ograniczenia.

Sprzeczne informacje i strach

Spory o maski i protesty przeciwko ograniczeniom zdaniem psychologów wynikają ze sprzecznych informacji, płynących z mediów, portali społecznościowych, od naukowców i liderów politycznych. Z jednej strony epidemiolodzy amerykańscy nawołują do ostrożności i najchętniej zamknęliby prawie 330-milionowy naród na trzy spusty w domach. Z drugiej strony prezydent i wielu republikanów naciskają na szybkie otwieranie gospodarki. Gubernatorzy, którzy decydują o kształcie walki z pandemią w swoich stanach, poszli za głosem jednych albo drugich, przyznając, że znaleźli się między młotem i kowadłem.

Zmienia się też wiedza na temat wirusa. Dwa miesiące temu mówiono, że maski w niczym nie pomagają, a teraz okazuje się, że zatrzymują rozprzestrzenianie się wirusa. Na początku pandemii podkreślano, że wirus utrzymuje się na powierzchniach nawet do trzech dni i stamtąd możemy go przenieść do ust i oczu. Teraz eksperci amerykańscy mówią, że SARS-CoV-2 przenosi się drogą kropelkową, stąd niezbędne jest zakrywanie twarzy. – Te sprzeczne i zmieniające się informacje podważają zaufanie do autorytetów, ale też wywołują chaos oraz strach przed samym wirusem oraz przed zniszczeniem, jakie pandemia wywołuje w budżetach domowych Amerykanów – tłumaczyła w jednym z wywiadów prasowych Vaile Wright, psycholog z American Psychological Association.

Zdaniem innych ludzie reagują agresją, bo czują, że restrykcje i zakazy pozbawiły ich kontroli nad swoim życiem. – Walczenie z przepisami i tymi, którzy je egzekwują to jednak zła droga do odzyskania kontroli nad życiem – mówi w wywiadzie dla portalu ABCNews Jerry Nash, szeryf miasteczka Holly w Michigan, który na początku maja aresztował 68-letniego mężczyznę za to, że w złości otarł nos i usta w koszulę sprzedawcy w sklepie, bo ten poprosił, aby zakrył twarz.

Pandemia w czasie pandemii

Epidemia wprowadziła też napięcia w rodzinach, doprowadzając do wzrostu liczby przypadków przemocy domowej od San Francisco przez Nowy Jork po Waszyngton. Amerykanie ponad dwa miesiące zamknięci byli w czterech ścianach. Dorośli zmuszeni zostali do przestawienia się na pracę z domu, a dzieci na naukę przed ekranami komputerów, w czym nierzadko potrzebują pomocy rodziców. To wprowadza sytuacje stresowe nawet w rodzinach o zdrowych relacjach. Gdy do tego dołożyć strach przed wirusem, utratę pracy – a to dotyczy ponad 30 milionów Amerykanów – pogarszającą się sytuację finansową i wzrost spożycia alkoholu, wychodzi z tego mieszanka wybuchowa. „To najgorsze z możliwych warunków. Prowadzą do wzrostu przemocy domowej. Kobiety i dzieci przez tygodnie zamknięte na kwarantannie z ludźmi, którzy mogą ich skrzywdzić" – pisze magazyn „The Atlantic", przytaczając badania, z których wynika, że na 1 procent wzrostu stopy bezrobocia w danym kraju przypada zwykle 12-procentowy wzrost przypadków przemocy fizycznej.

W czasie pandemii Covid-19 amerykańscy psychologowie zaobserwowali ogromny wzrost niepokoju, poczucia niepewności i bezsilności, który u wielu osób przekłada się na agresję. W rezultacie lekarze i placówki oferujące pomoc dla ofiar przemocy domowej donoszą o kilku do kilkudziesięcioprocentowym wzroście przypadków znęcania się fizycznego i psychicznego w rodzinach. Nazywają to „pandemią podczas pandemii".

– Zakazy wychodzenia z domu skazały na przebywanie non stop pod jednym dachem osoby, które prawdopodobnie powinny mieć ograniczony kontakt – powiedziała podczas konferencji prasowej Kim Foxx, główna prokurator Chicago. W mieście tym liczba próśb o pomoc z powodu przemocy domowej wzrosła z 383 pod koniec marca do 549 pod koniec kwietnia. – Dzwoniący proszą o wskazówki, jak uspokoić partnera, jak uchronić dzieci przed jego agresywnym zachowaniem albo jak potajemnie zaoszczędzić pieniądze – podają w prasie przedstawiciele organizacji pomocowej Network działającej w stanie Illinois. Tłumaczą, że ofiary nie mogą, tak jak dotychczas, schronić się u krewnych czy znajomych na kilka dni.

Schroniska, do których normalnie ofiary mogłyby się udać, też często są zamknięte z powodu pandemii. W Chicago pojawiło się tak wiele potrzebujących, że burmistrz Lori Lightfoot nawiązała współpracę z Airbnb, by zapewnić bezpieczne miejsca tym, którzy muszą opuścić domy ze względu na trudną sytuację. Organizacje pomocowe i władze stanowe uruchamiały linie zaufania działające całą dobę, z którymi kontakt możliwy jest za pomocą SMS-a i e-maila – form komunikacji łatwiejszych do ukrycia przed kontrolującym wszystko partnerem.

Eksperci obawiają się, że przypadków przemocy w rodzinach czy nadużyć w stosunku do dzieci jest więcej niż zgłoszeń, bo przebywając non stop z agresywnymi partnerami, ofiary boją się je zgłaszać, kontrolowane i pozbawione prywatności. Boją się też odejść, bo są finansowo i w inny sposób zależne od partnerów. – To straszny moment dla kobiet mieszkających z partnerami, którzy sięgają po przemoc. Trudno od nich odejść w normalnych warunkach, a teraz jeszcze trudniej – mówi podopieczna Networku, która zdecydowała się na opuszczenie znęcającego się nad nią partnera. Mieszka w przyznanym jej przez miasto lokalu, ale martwi się, jak sobie poradzi, bo w trakcie pandemii straciła pracę. 

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA