fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Arturo Pérez-Reverte wraca do formy

materiały prasowe
Ostatnie powieści zwiastowały schyłek kariery Péreza-Revertego. „Misja: Encyklopedia" daje nadzieję na zażegnanie kryzysu.

Trudno utrzymać się na szczycie, wiedzą o tym doskonale zarówno autorzy literatury wysokiej, jak i „pisarze producenci". Literatura, podobnie jak muzyka, ma swoich autorów jednego przeboju. Często się zdarza, że pisarz nie jest w stanie dorównać swemu pierwszemu dziełu, czego sztandarowymi przykładami są Joseph Heller z „Paragrafem 22" i J.D. Salinger z „Buszującym w zbożu", na rodzimym poletku zaś Tomek Tryzna z „Panną Nikt". Jeszcze częściej przychodzi wyczerpanie. To ostatnie dotyka zwłaszcza twórców literatury popularnej, których wymogi rynkowe (umowy z wydawcami, utrzymywanie się na fali, konieczność zarobienia na życie) zmuszają do wypuszczania rokrocznie kolejnych powieści. Efekt jest taki, że nawet tak znakomici autorzy kryminałów jak Marek Krajewski w końcu spuszczają z tonu.

Wydawało się, że tak właśnie się stało z Arturem Pérezem-Revertem, jednym z najwybitniejszych autorów literatury popularnej naszych czasów. Hiszpański mistrz powieści pop-erudycyjnej, którego książki sprzedały się na całym świecie już w niemal 20 milionach egzemplarzy i tłumaczone były na 34 języki, wyraźnie obniżył loty. Widać to było zarówno w dziełach historycznych („Oblężenie"), jak i w rozgrywających się współcześnie „Mężczyźnie, który tańczył tango" i „Cierpliwym snajperze". Szczególnie rozczarowywała ostatnia z powieści, w której autor „Klubu Dumas" zamierzył się na coś na kształt Ważnego Dzieła o Współczesności, Które Podejmuje Aktualny Temat (w tym wypadku: street art i granice wolności). Okazało się jednak, że do rodaka Javiera Mariasa, autora arcydzieła „Twoja twarz jutro", sporo mu brakuje – może dlatego, że Pérez-Reverte niespecjalnie czuje się jako autor powieści współczesnych, a może z powodów czysto literackich, siłą jego książek są bowiem przede wszystkim ciekawie zaplecione intrygi, a nie społeczne i kulturowe diagnozy.

Korespondent pisarzem

Tym większym zaskoczeniem jest „Misja: Encyklopedia" – książka nie tylko udana, ale i prowokująca do dyskusji. Oczywiście i tutaj mamy do czynienia z recyklingiem pomysłów, które Pérez-Reverte wykorzystał już gdzie indziej (przyjdzie nam do tego wrócić), lecz obok znaku firmowego Hiszpana, czyli zgrabnie skrojonej, lekko sensacyjnej fabuły, pojawia się tu także coś wcześniej w jego twórczości nieobecnego: postmodernistyczny chwyt polegający na obnażeniu własnego warsztatu twórczego. W 2017 roku nic to wprawdzie oryginalnego, ale zważywszy, że w teorii to literatura czysto rozrywkowa, warto ten pomysł docenić.

Powrót na terytorium hiszpańsko-francuskie – znane choćby z debiutanckiego „Huzara", „Dnia gniewu", „Oblężenia" i nietłumaczonego na język polski „Cabo Trafalgar" (Przylądka Trafalgar) – a także do konwencji historyczno-przygodowej wyraźnie zatem Pérezowi-Revertemu posłużył. Dziwić może natomiast niepowodzenie jego powieści współczesnych, bo przecież pisarz zaczynał jako korespondent wojenny. Przez ponad 20 lat relacjonował konflikty zbrojne na całym świecie – od Cypru, przez Saharę, Nikaraguę, Salwador, Liban, Goa, Mozambik, Iran, Irak, Izrael, Falklandy, pierwszą wojnę w Zatoce Perskiej i rewolucję 1989 r. w Rumunii, aż po wojnę na Bałkanach. O śmierć ocierał się kilkakrotnie. W 1977 r. podczas wojny w Erytrei zaginął na kilka miesięcy. Sądzono, że nie żyje. Przetrwał jedynie dzięki pomocy przyjaciół z partyzantki. Jak sam mówi, to wówczas „z młodzieńca żądnego przygody stał się osobą, która świadomie obserwuje świat". Dzięki temu mógł się także narodzić jako prozaik – przeżył i widział na własne oczy to, o czym miał później opowiadać. Twierdzi, chyba zgodnie z prawdą, że nie jest pisarzem z powołania i zapewne bez bogatych doświadczeń nie sięgnąłby po pióro.

Korespondenci i fotografowie wojenni często nie są w stanie poradzić sobie z okropnościami, które widzieli na własne oczy. Nie inaczej było z Hiszpanem. Proza miała się stać dla niego odskocznią od myśli i obrazów, które go prześladowały. Kiedy w 1986 r. debiutował „Huzarem", powieścią o młodzieńczych ideałach wypartych przez demony wojny, wiedział doskonale, o czym pisze, choć nie zdawał sobie sprawy, że ledwie kilka lat później odniesie sukces i pole bitwy zamieni na pisarskie biurko (to może za wiele powiedziane, bo Pérez-Reverte należy do tych autorów, którzy dużą część pracy wykonują w terenie, sprawdzając miejsca akcji czy, w ramach przygotowań, ucząc się np. szermierki). W 1993 r. ukazał się głośny „Klub Dumas", ale prawdziwą sławę przyniosła mu w 1996 r. pierwsza odsłona świetnego cyklu o kapitanie Alatriste (przełożonego barwną polszczyzną przez Filipa Łobodzińskiego), którym unieśmiertelnił hiszpański Złoty Wiek, trafiając nawet na listę lektur polecanych przez rodzimych historyków.

Dobrze napisane, wciągające, a przy tym nierzadko trzymające w napięciu opowieści naturalnie musiały wzbudzić zainteresowanie filmowców, choć efekty zwykle nie spełniały oczekiwań. Chyba najbardziej znaną z dziesięciu adaptacji pozostają do dziś nieudane „Dziewiąte wrota" Romana Polańskiego z 1999 r. (luźno oparte na „Klubie Dumas"), lecz za najciekawszą wypada chyba uznać „Kapitana Alatriste" z 2006 r. Mimo sprawnej reżyserii Agustína Díaza Yanesa, najwyższego w historii hiszpańskiej kinematografii budżetu (ok. 30 mln dolarów) i zaangażowania znajdującego się wówczas u szczytu kariery Vigga Mortensena (tuż po sukcesie „Władcy Pierścieni"), poza Hiszpanią film nie odniósł większego sukcesu i ostatecznie przyniósł straty.

Rozum, wiara, gilotyna

W „Misji: Encyklopedia" Pérez-Reverte, jak w licznych innych powieściach, przeplata współczesną narrację z historią – tym razem otrzymujemy opowieść o wyprawie hiszpańskich akademików po redagowaną przez Denisa Diderota i Jeana d'Alemberta „Wielką encyklopedię francuską". W centrum opowieści stawia książkę, ale znajdziemy tu także i jego ukochane antykwariaty, i biblioteki, i pojedynki (na szpady, oczywiście!). Miesza fakty z fikcją literacką. Wreszcie, co najważniejsze, z pozornie nieinteresującej – czy też: interesującej wyłącznie z punktu widzenia fachowców, np. literaturoznawców – historii tworzy opowieść przygodową wciągającą także z perspektywy tych, których oświecenie i historia intelektualnych zdobyczy ludzkości niezbyt ciekawią.

Recykling to zresztą niejedyna wada „Misji: Encyklopedia". Pérez-Reverte nie unika – to cecha charakterystyczna literatury popularnej, nawet tej z górnej półki – mnóstwa klisz, ale są to klisze podane z niewątpliwym wdziękiem. Weźmy choćby obraz Reposo, płatnego mordercy: „I kiedy błyskawica nad odległym lasem przecina niebo, a potem spomiędzy czarnych, niskich chmur z siłą wystrzału armatniego dociera grzmot, błysk oświetla twarz samotnego jeźdźca z ustami wykrzywionymi w okrutnym grymasie, zapowiadającym odkładaną na później zemstę". Jednak nawet jeśli długimi fragmentami to nieco sztampowa, acz świetnie napisana proza spod znaku „znacie, to posłuchajcie", łatwo jej urokowi ulec.

Tym razem, jak w „Klubie Dumas", fabułę napędza literackie śledztwo, z tym że w „Misji: Encyklopedia" prowadzone jest ono przez narratora (czyli samego pisarza), któremu sekundują przyjaciele, bukiniści, antykwariusze i członkowie Hiszpańskiej Akademii Królewskiej. Pérez-Reverte trafia na ślad wyprawy, którą w 1780 r. podjęli don Hermógenes Molina, ówczesny bibliotekarz Akademii, i emerytowany brygadier Pedro Zárate, zwany przez kolegów z tej szacownej instytucji admirałem. Wprawdzie „Encyklopedia" znajdowała się wówczas na indeksie ksiąg zakazanych, a we Francji nie można było jej drukować, jednak na sprowadzenie kompletu 28 tomów pierwszej edycji – niemal niedostępnej, na czym polega trudność zadania – wyraził zgodę zarówno sekretarz Rady Najwyższej Inkwizycji, jak i król Karol IV. Uznawano ją bowiem, jak mówi jeden z akademików, za „jedno z tych twórczych i znaczących, rzadkich w historii ludzkości dzieł, które oświecają swych czytelników i otwierają wrota do szczęśliwości, kultury i postępu narodów", i w drodze wyjątku wyrażono zgodę, aby „stanowiący, oczyszczający i przynoszący chwałę językowi kastylijskiemu" naukowcy z Akademii mieli do niej dostęp.

Pérez-Reverte w pierwszej chwili prezentuje się tutaj jako jednoznaczny zwolennik oświecenia, lecz z biegiem opowieści jego poglądy przestają być tak oczywiste. Niewątpliwie jednak w stagnacji u schyłku XVIII wieku widzi źródła trwającego dwa stulecia i znaczonego przelaną krwią kryzysu Hiszpanii.

Pisarz rzuca bowiem czytelnika nie tylko w przygodę, lecz także w środek XVIII-wiecznego sporu reakcjonistów z postępowcami. Bierze przy tym na celownik zacofaną Hiszpanię, tę, w której postęp powstrzymuje Kościół, a szlachcicowi wszystko wolno, piętnując – by wyrazić rzecz słowami admirała – „apatię i marazm", cechy narodowe „niedojrzałych" Hiszpanów. Misję don Hermógenesa Moliny i don Pedra Záratego próbuje udaremnić inny duet: oświecony pseudointelektualista Sánchez Terrón i wstecznik Higueruela. Portretując tę czwórkę, Pérez-Reverte ukazuje sedno ówczesnego sporu światopoglądowego: konflikt nauki z religią. O ile jednak wierzący Molina i ateista Zárate jako światli ludzie są w stanie dojść do porozumienia, ponieważ łączy ich miłość do ojczyzny i wiara w oświeceniowy Rozum (u Moliny chwiejna, ale niewątpliwie obecna), o tyle sabotujący ich poczynania Sánchez Terrón i Higueruela przypominają postaci z „Pochwały głupoty" Erazma z Rotterdamu, do czego zresztą otwarcie Pérez-Reverte nawiązuje słowami: „Dotarli niczym Niegodziwość z Pychą pod rękę do placu Puerta del Sol".

Najciekawszą postacią w całej powieści jest jednak kleryk Bringas, który towarzyszy Molinie i Záratemu jako przewodnik po Paryżu. Bringas to postać fikcyjna, lecz oparta na losach José Marcheny, współpracownika rewolucjonisty Jeana-Paula Marata. Można wręcz powiedzieć, że będący symbolem krwawej rewolucji kleryk-ateusz unieważnia spory światopoglądowe rodaków, zderzając je z praktyką polityczną. Z pomocą Bringasa wyraźnie stojący po stronie postępowców Pérez-Reverte niuansuje przesłanie swej powieści. To nie wiara okazuje się bowiem największym przeciwnikiem Rozumu, lecz sama rzeczywistość.

„W praktyce to pełni żalu fanatycy, tacy jak nasz kleryk, szalony z nienawiści i frustracji, wyprowadzili na ulicę więcej ludzi niż wszyscy encyklopedyści razem wzięci" – mówi w powieści znawca Cervantesa, profesor Rico. Ideały przegrywają więc tutaj z życiem. Oświecenie filozofów owocuje ostatecznie rewolucją miernot, a „Encyklopedia", ten Święty Graal europejskiego intelektu II połowy XVIII wieku, koniec końców ląduje na bibliotecznych półkach. Bringasowie tego świata nie chcą niczyjego szczęścia ani zbawienia (choćby w wersji profanum), najwyżej wolności. Oświeceniowa wolność bez Boga prowadzi jednak ostatecznie do nowej niewoli. Nie od feudałów, lecz od dyktatu świeckiej przemocy.

Popmodernista

Gdyby najnowsza powieść Péreza-Revertego ukazała się w okolicach premiery „Imienia Róży" Umberta Eco (1980 r.) czy „Jeśli zimową nocą podróżny..." Itala Calvino (1979 r.), mielibyśmy do czynienia z wielkim literackim wydarzeniem. Hiszpan zręcznie stosuje metaliterackie chwyty, w których specjalizowali się postmoderniści. W części osadzonej współcześnie opowiada bowiem z własnej, Péreza-Revertego, perspektywy o poszukiwaniach źródeł, rozmowach z naukowcami i bukinistami, bibliotecznych kwerendach i lekturach, które umożliwiły mu opisanie XVIII-wiecznej rzeczywistości. Obnaża przy tym narratora i odsłania arkana swego warsztatu, ukazując szwy powieściowe i ujawniając tajniki tworzenia scen (przykładowo, ubłocone buty przywodzą mu na myśl targ Rastro, który okazuje się idealną scenerią dla jednego z dialogów).

„W powieściach staram się zawsze dbać o miejsca akcji; choćby ich opisy miały się ograniczyć do kilku linijek, to ułatwiają stworzenie atmosfery odpowiedniej dla postaci i fabuły, a czasami stanowią część intrygi" – zdradza. W scenie otwierającej powieść Hiszpan stosuje natomiast filmowe zbliżenie rodem z nowofalowej „Żaluzji" Alaina Robbego-Grilette'a.

Pérez-Reverte mnóstwo zawdzięcza postmodernizmowi. Trudno sobie wyobrazić jego pisarstwo bez dzieł Jorge Luisa Borgesa i – chyba przede wszystkim – Umberta Eco. W „Klubie Dumas" przedstawił się publiczności jako Eco w wersji pop i chyba do dziś to określenie pasuje do niego najlepiej. To z Canettiego, Borgesa i Eco autor „Kapitana Alatriste" wziął jedne z głównych figur w swej twórczości: bibliotekę i bibliotekarza (Eco w „Imieniu Róży" bibliotekarzowi dał zresztą na imię Jorge w hołdzie Borgesowi). Od nich także przejął fetysz oryginału, powracający i w „Misji": „To było pierwsze wydanie. To, które zaczęło się ukazywać drukiem w 1751 roku i którego ostatni tom wyszedł w roku 1772".

Hiszpan nie kryje się zresztą z tym, że „przepisuje" książki ulubionych autorów, niczym Borgesowski Pierre Menard w przypadku Cervantesa. Od powinowactw z Eco czy Borgesem wprawdzie się odżegnuje (niesłusznie, zwłaszcza w przypadku Włocha), ale na miano hiszpańskiego Dumasa z pewnością by się nie obraził, ma nawet swój rytuał ku czci „Trzech muszkieterów": zdarza mu się odwiedzać Meung-sur-Loire, gdzie rozpoczyna się pierwszy rozdział dzieła Dumasa.

W przepisywaniu i twórczym przetwarzaniu osiągnięć wielkich poprzedników nie ma zresztą nic złego, bo choć Pérez-Reverte nie odkrywa nieznanych literackich lądów, ma pewne zasługi – i to nawet niemałe. Tworzy powieści głęboko sycące, nieomal erudycyjne, a przy tym inspiruje mnóstwo naśladowców. Wśród nich odnajdziemy cały tabun Hiszpanów, z których największy sukces odnieśli popularni także u nas Ildefonso Falcones i Carlos Ruiz Zafón, a także pisarzy ze świata, choćby Matthew Pearla, autora „Klubu Dantego", czy Joela Rose'a, autora inspirowanej twórczością Edgara Allana Poego powieści „Kruk". Dzięki Pérezowi-Revertemu czytelnicy mają zatem okazję trafić do świata wielkiej literatury.

O jego klasie i randze (przynajmniej z hiszpańskiego punktu widzenia) świadczy najdobitniej jeden z wątków „Misji" poświęcony Hiszpańskiej Akademii Królewskiej. Od 2003 roku Pérez-Reverte jest członkiem tej instytucji. Trafił tam w uznaniu zasług dla języka ojczystego. Zasiada u boku takich znakomitości, jak poważny kandydat do Nobla Javier Marias, noblista Mario Vargas Llosa czy wspomniany już wybitny literaturoznawca Francisco Rico. Nieprzypadkowo w Akademii nie ma natomiast czerpiących z autora „Klubu Dumas" pisarzy pokroju Falconesa czy Zafóna ani innych popularnych Hiszpanów, takich jak Eduardo Mendoza. Pérez-Reverte słusznie uchodzi za prozaika ważniejszego i najzwyczajniej w świecie lepszego. To ta rzadka sytuacja, gdy w przypadku autora popowego można bez większego ryzyka mówić o twórczości, a nie o produkcji kolejnych tomiszczy.

Być może najważniejsza w przypadku Hiszpana jest jego autentyczna miłość do literatury, którą zaszczepia czytelnikom. Nieprzypadkowo ludzie literatury są zwykle w jego powieściach na pierwszym planie. Kiedy Pérez-Reverte pisze w „Misji: Encyklopedia": „Niczego nie da się porównać z tą pierwotną niewinnością, początkiem, chwilą stworzenia powieści, gdy pisarz podchodzi do historii, którą chce opowiedzieć, jak do kogoś, w kim właśnie się zakochał", nie sposób mu nie uwierzyć. Borges wyobrażał sobie raj jako bibliotekę. Pérez-Reverte z pewnością by mu przyklasnął.

Arturo Pérez-Reverte „Misja: Encyklopedia", Wydawnictwo Znak, przeł. Joanna Karasek, Kraków 2017

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA