fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Joseph H.H. Weiler: Nie niszczmy poczucia wspólnego losu

Europejska demokracja nas chroni? A może raczej przytłacza? (Marsz Polska w Europie, 18 maja 2019 r., Warszawa)
Reporter, Wojciech Stróżyk
Słowem i czynem zaświadczałem o mojej sympatii dla krajów takich jak Polska, pokazujących, że chrześcijaństwo i demokracja nie muszą się wykluczać. Ustawa dyscyplinująca sędziów może być jednak granicą, za którą reputacja Polski zostanie zniszczona.

Nie cierpię słowa populizm. Gdy ich lubisz – Aleksisa Ciprasa w Grecji albo Podemos w Hiszpanii – to reprezentują gniew ludu. Jeżeli nie, to są populistami. Jednak to dopiero początek. W okolicznościach, które wymagają przenikliwości i powściągliwości w sądach przy wyciąganiu moralnych i politycznych wniosków, populizm to toporny pędzel, który barwi wszystkich na ten sam potępiający kolor oraz pozwala nam czuć się lepszymi i pławić we własnej nieomylności. Matteo Salvini, Węgry, Marine Le Pen, Polska, brexitowcy, AfD itp. – czy wszyscy są tacy sami? Oczywiście, że nie. Taki pogląd jest w równej mierze błędny, co bezużyteczny.

„Populizm" to przykrywka dla dwóch nazbyt pochopnych sądów. „Oni" są albo faszystami, albo w najlepszym przypadku kryptofaszystami, co sprawia, że należy ich skreślić i wysłać na śmietnik historii (który jest właściwym miejscem dla tych, którzy rzeczywiście nimi są). I/lub są – odwołując się do wstrętnego marksistowskiego tropu zafałszowanej świadomości – po prostu tępi. Gdyby tylko nie byli, gdyby tylko zrozumieli... Tak, jest wśród nich sporo takich, którzy spełniają jeden i drugi warunek, ale nikt mi nie wmówi, że miliony Europejczyków z państw członkowskich od wschodu po zachód i od północy po południe nagle zgłupiało lub stało się faszystami.

Może być jednak tak, że w tej uproszczonej narracji dotyczącej tych „okropnych populistów" jest istotny element samousprawiedliwiania się. Oczyszcza nas, konformistów okresu powojennego, zamkniętych w politycznej i moralnej strefie komfortu, która rozciąga się między chadekami a socjaldemokratami, a której fundamentem jest niewzruszone przywiązanie do integracji europejskiej. Usuwa potrzebę zrobienia poważnego rachunku sumienia i zastanowienia się nad tym, co sprawiło, że ten trwały, zdawałoby się, porządek polityczny doprowadził do poważnego, bynajmniej nie peryferyjnego, pęknięcia w europejskim konsensusie. I jaka w związku z tym ciąży na nas odpowiedzialność.

Defekty europejskiej demokracji

Dwa podstawowe grzechy „populistów" to rosnący eurosceptycyzm i rozczarowanie fundamentami liberalnego porządku demokratycznego.

Mam nadzieję, że nikt nie będzie kwestionował mojego przywiązania do projektu europejskiego, którego budowaniu poświęciłem całe swoje dorosłe życie. Zaangażowanie to nie wynika tylko, a nawet nie przede wszystkim, z materialnych czy utylitarnych korzyści, ale z głębokiego moralnego czy wręcz duchowego wymiaru tego projektu – ukierunkowanego na rozwijanie różnego rodzaju relacji międzyludzkich pomiędzy obywatelami, których dzielą granice: Nous ne coalisons pas des états nous unissons des homes (z fr. „nie łączmy państw, jednoczmy ludzi" – red.).

Nie możemy jednak pozostawać ślepi na niektóre poważne uskoki w tej konstrukcji, bo wiele rzeczy stoi w sprzeczności z najcenniejszymi wartościami tego projektu. Pomimo silnego umocowania Parlamentu Europejskiego europejska demokracja pozostaje głęboko niedoskonała. Dwie podstawowe cechy demokracji, które stanowią wspólny mianownik różnych jej odmian obowiązujących w państwach członkowskich, to zdolność elektoratu, by poprzez wybory parlamentarne (w tym przypadku wybory do Parlamentu Europejskiego) określić lub mieć głos decydujący przy wskazywaniu, przez kogo będziemy rządzeni i – przynajmniej w ogólnym zarysie – jaki będzie ideologiczny i polityczny kierunek, w którym będziemy zmierzać.

Przykro to stwierdzić, ale europejska demokracja zawodzi na obu tych polach. To było boleśnie widoczne przy wyborze obecnej przewodniczącej Komisji Europejskiej (podobnie jak w przypadku jej poprzednika uważam, że znakomicie nadaje się do tej funkcji, ale nie w tym rzecz). Stopniowo zdaliśmy sobie sprawę, że preferencje wyborców mają wątły związek z polityką Unii. Nasz system nie pozwala europejskim obywatelom poczuć, nawet w odniesieniu do tych dwóch podstawowych elementów, że mają jakikolwiek znaczący wpływ na zarządzanie Wspólnotą. W tej sytuacji nie powinno dziwić, że hasło, podnoszone w różnych formach przez eurosceptyków, „odzyskajmy kontrolę", odbija się tak szerokim echem. Wynikająca z tego alienacja jest nie tylko zrozumiała, ale w dużej mierze usprawiedliwiona.

Te defekty procesu politycznego zwiększają znaczenie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości i europejskiego porządku prawnego. Nie jest on doskonały, daleko mu do tego. Od czasu do czasu publikuję zjadliwe krytyki niektórych jego orzeczeń i pewnych aspektów jego modus operandi. Jest jednak całkowicie niezależny w swoim duchu i samoświadomości, nie ulega partykularnym interesom państw członkowskich, a indywidualne prawa jednostki stanowią podstawę jego prawnej wrażliwości. Sąd z siedzibą w Luksemburgu jest nie tylko de facto Trybunałem Konstytucyjnym Unii, ale w większym stopniu niż Bruksela uosabia znaczenie, które może być przydawane obywatelstwu europejskiemu.

Trybunał może nas czasem doprowadzać do białej gorączki. Jeżeli motto UE brzmi „Zjednoczeni w różnorodności", to zdaniem niektórych jej jurysprudencja przywiązuje większą wagę do pierwszego elementu kosztem drugiego. Można się zastanawiać, czy Trybunał nie powinien czasem prowadzić bardziej partnerskiego dialogu ze swoimi prawnymi odpowiednikami na poziomie państw narodowych. Zmienić to można jednak jedynie metodami konstytucyjnymi. Gdyby autorytet i lojalność wobec Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości miały zostać poważnie naruszone, stanowiłoby to nie tylko cios dla rządów prawa na arenie międzynarodowej, czyli w sferze, w której Europa jest światowym liderem. Moglibyśmy się również pożegnać z projektem europejskim jako takim.




„Święta trójca" liberalnego porządku

Na czym polega rozczarowanie liberalną demokracją? „Święta trójca" liberalnego porządku to demokracja (wolne wybory, rządy większości itd.), prawa człowieka i rządy prawa. Używam terminu „święta trójca" tylko do pewnego stopnia ironicznie. Podobnie jak w przypadku prawdziwej Trójcy Świętej, trójka to jedno: rządy większości bez ograniczeń w postaci praw człowieka i rządów prawa są niczym innym jak tyranią większości. Prawa człowieka bez skutecznych rządów prawa pozostają pustym sloganem. Rządy prawa poza demokracją to po prostu najskuteczniejszy instrument autorytaryzmu, jeżeli nie czegoś gorszego.

Dlatego też tak zwana nieliberalna demokracja to oksymoron. To w ogóle nie jest demokracja. Pod tym względem Węgry wykluczyły się z grona świeckiej „świętej trójcy". To żywy przykład tyranii większości, którego nie należy naśladować. Problemem nie jest jednak „ten wstrętny Orbán", ale większość, która wybiera go po raz kolejny.

Jest również drugie znaczenie, w którym używam metafory Trójcy Świętej: te wartości stanowią podstawę naszej świeckiej wiary, powód, dla którego w XX wieku walczyliśmy, by obalić zarówno faszyzm, jak i komunizm. Skąd zatem rozczarowanie tymi szlachetnymi wartościami?

Często zapomina się, że są to szczególne wartości, dlatego że stanowią przede wszystkim warunki do dobrego życia (w biblijnym i antycznym sensie). Demokracja jest „technologią" rządzenia, ułomną, ale najlepszą, jaką mamy. Nie daje jednak instrukcji co do treści, którą należy wypełnić akt rządzenia. Demokracja złych ludzi będzie złą demokracją, nawet jeżeli będzie się cieszyć poparciem większości. Prawa człowieka gwarantują nasze wolności, ale nie dają podpowiedzi, jak z tych wolności korzystać. Dla przykładu można wykorzystywać swobodę wypowiedzi w najbardziej nikczemnych celach. Można być człowiekiem egoistycznym, bezwzględnym, pozbawionym litości i współczucia, a jednak nie łamać przy tym czyichkolwiek praw człowieka. A założywszy, że nasze ustawy nie łamią podstawowych praw człowieka, one także mogą być bezwzględne, społecznie niesprawiedliwe, drakońskie, a jednak pozostające w zgodzie z zasadami rządów prawa.



Homo oeconomicus

W tym sensie „święta trójca" stanowi jedynie ramę, którą trzeba wypełnić. Jest jak tlen w realnym życiu. Potrzebujemy go, by żyć, ale nie determinuje on, jak to życie przeżyjemy. Jaka była zatem treść wtłoczona w te ramy w okresie powojennym za pomocą europejskiego konsensusu politycznego, a co zaległo odłogiem? Chodziło przede wszystkim o kwestie materialne, o dostatek, traktat rzymski wyraża to dobitnie: „Zadaniem Wspólnoty jest, przez ustanowienie wspólnego rynku i stopniowe zbliżanie polityk gospodarczych państw członkowskich, popieranie w całej Wspólnocie harmonijnego rozwoju działalności gospodarczej, stałego i zrównoważonego wzrostu, zwiększonej stabilności, przyspieszonego podwyższania poziomu życia oraz ściślejszych związków między państwami członkowskimi".

Magiczny kwadrat rozwoju działalności gospodarczej, ekspansji (wzrostu), rosnącej stabilności (niska inflacja) i podnoszenia standardów życia – kanon ordoliberalizmu przez dziesięciolecia stanowił fundament europejskiej polityki. O to głównie spierały się najważniejsze partie – w jaki sposób najlepiej to osiągnąć: przez pilnowanie wydatków czy inaczej, a jeżeli tak, to do jakiego stopnia? Jaka polityka redystrybucji jest najlepsza dla zapewnienia dostatku przy jednoczesnym zachowaniu sprawiedliwości społecznej? Są wybitni teoretycy demokracji, którzy twierdzą, że esencją demokratycznych rządów jest kwestia polityki redystrybucyjnej.

Nasze dokonania w tej sferze są zarówno imponujące, jak i przygnębiające. Ta polityka, prowadzona w warunkach różnych podziałów pomiędzy centroprawicą a centrolewicą, zaowocowała jednak znaczącym ogólnym wzrostem zamożności, a projekt europejski odegrał w tym dziele kluczową rolę. Jednocześnie jednak ta sama polityka doprowadziła do znaczącego wzrostu nierówności przy podziale owoców tego projektu, a ostatnio globalizacji gospodarki. W wyniku powstania tej dziury coraz większy odsetek populacji czuje się odstawiony na boczny tor.

Słabym punktem ordoliberalizmu, który w różnych odmianach i pod różnymi etykietkami zdominował nasz krajobraz polityczny, jest to, że utożsamia człowieka, przynajmniej w kontekście politycznym, z homo oeconomicus. Nie samym chlebem jednak żyje człowiek. Jeżeli pośrednio i bezpośrednio umieszczamy dostatek w centrum naszej działalności politycznej, to jednocześnie czynimy z niego podstawowy miernik wartości i szacunku. Pomyślmy, kto według tej definicji winien cieszyć się szacunkiem: Niemcy, Amerykanie i Szwajcarzy tego świata. To samo zjawisko zachodzi zarówno na poziomie społecznym, jak i indywidualnym. Powstała w ten sposób luka generuje nie tylko oburzenie na materialną nierówność w dystrybucji majątku, ale również głębokie poczucie niesprawczości w społeczeństwie, które sprawczość ceni ponad wszystko, i towarzyszące mu uczucie odrzucenia.

Nie można nie doceniać kluczowej roli szacunku (i jego braku) dla ludzkiego dobrostanu. Jeżeli zastanowimy się nad tym, jak w Europie w naszych różnych konstytucjach i zbiorach praw umieszczamy nienaruszalność godności osoby ludzkiej, to zrozumiemy, jak potężnym czynnikiem może być brak szacunku – prawdziwy lub wyobrażony – na arenie politycznej. Poczucie materialnej nierówności blednie w porównaniu z poczuciem pozbawienia godności. Nie jest odpowiedzią stwierdzenie, że osobiście nie postrzegamy innych przez pryzmat ich kondycji materialnej, skoro system jako całość tak bardzo uprzywilejowuje zamożność i dostatek.

Poczucie sensu

Naszą centrową politykę charakteryzuje nie tylko to, co stanowi jej rdzeń, ale również to, co zostało z niej usunięte. Krytycy liberalizmu, by wspomnieć chociażby Michaela Sandela i Michaela Walzera, wskazują, że ideologia ta koncentruje się przede wszystkim na jednostce i jej wolnościach. A przecież osoba ludzka jest zawsze „usytuowana" – uspołecznienie jest integralną częścią jej bytu.

Od siebie dodałbym, że integralną częścią kondycji ludzkiej jest nadawanie znaczenia swojemu życiu w tym sensie, że suma poszczególnych egzystencji nie ogranicza się do poprawy własnego bytu – co jest kołem zamachowym wolnego rynku – ale musi wykraczać poza tę sferę. To zaś może zapewnić tylko społeczeństwo, bo tylko w nim może być praktykowany i doświadczany altruizm. Co więcej, to społeczeństwo umieszcza jednostkę wewnątrz tożsamości zbiorowej; to wspólne miejsce, w którym możemy odkryć poczucie sensu wykraczające poza nasze indywidualne doświadczenie.

W okresie przedwojennym dwie instytucje odgrywały w tym względzie dominującą rolę: narodowy patriotyzm i wiara. Ludzie w obu odnajdywali głębokie znaczenie. Z powodów, które są dosyć zrozumiałe, samo słowo „patriotyzm" stało się po II wojnie światowej „niedrukowalne", szczególnie w Europie Zachodniej. Reżimy faszystowskie (choć nie tylko one), nadużywając zarówno słowa, jak i koncepcji, „wypaliły" patriotyzm z naszej zbiorowej świadomości. I pod wieloma względami było to pozytywne zjawisko.

Płacimy jednak równocześnie wysoką cenę za wyklęcie tego słowa – i uczuć, które wyraża – z naszego psycho-politycznego słownika. Patriotyzm ma bowiem również swoją szlachetną stronę: to sztuka miłości, obowiązek dbania o swoją ojczyznę i jej obywateli, o swoich sąsiadów; akceptowanie obywatelskich obowiązków, które mamy wobec społeczności, w której żyjemy. W istocie prawdziwy patriotyzm stanowi zaprzeczenie faszyzmu: nie należymy do państwa, to państwo należy do nas. Jesteśmy odpowiedzialni za nie i za to, co się z nim dzieje.

To liberalne i oświecone rozumienie narodowej przynależności i dumy. Jednak dziecko zostało wylane wraz z kąpielą przedwojennego, obrzydliwego i atawistycznego nacjonalizmu. Z powodów, nad którymi nie chcę się tutaj rozwodzić, Europa, być może z wyjątkiem Polski, przeszła po wojnie szybki proces sekularyzacji. Laicyzm nie tylko stał się dominującą normą, ale, jak piszę o tym w książce „Chrześcijańska Europa", często towarzyszyły mu otwarcie chrystianofobiczne gesty.

Powinności i obowiązki

Nie wzywam tu oczywiście do jakiejś nowej ewangelizacji. Nigdy nie oceniałem człowieka przez pryzmat jego wiary lub jej braku. Znam osoby religijne, które jako ludzie są paskudni, i szlachetnych ateistów. Jednak jako społeczeństwo płacimy wysoką cenę za ten proces. Po pierwsze, straciliśmy głos, który był niegdyś uniwersalny i wszechobecny. Głos, który kładzie nacisk na powinności i odpowiedzialność, a nie jedynie na prawa. Na osobistą odpowiedzialność za to, co nas dotyka, za naszych sąsiadów, nasze społeczeństwo, bez automatycznego odwoływania się do instytucji publicznych.

Takie podejście właściwie zniknęło z praktyki społecznej. W kościele nie usłyszymy o tym, co nam się należy od państwa, ale o naszych powinnościach wobec społeczeństwa i innych. Żaden europejski polityk nie mógłby dziś powtórzyć słynnych słów Johna F. Kennedy'ego z jego mowy inauguracyjnej z 1960 roku: „Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie, pytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju". Rozdział obywatelski w traktach europejskich to dojmujący przykład. Mówi o prawach i obowiązkach obywateli, ale temat obowiązków nie jest dalej w ogóle rozwijany...

Powinności i obowiązki – wobec innych, a nie tylko wobec nas samych i naszych rodzin – konstytuują nas jako ludzi i obywateli. Oznaczają one przede wszystkim dawanie. W kulturze laickiej, która w najlepszym przypadku sprowadza religię do sfery prywatnej, a w najgorszym okazuje jej pogardę, ci, dla których religia jest ważnym punktem odniesienia, czują się marginalizowani, czasami obrażani, a nawet (choć nie fizycznie) zagrożeni.

Powstałej w ten sposób próżni nie wypełniła mainstreamowa polityka, a „populistyczny" zwrot jest na to do pewnego stopnia wytłumaczalną reakcją. Oczywiście tragedią jest, że próżnię tę próbuje się wypełnić za pomocą powrotu do przedwojennej wersji atawistycznej tożsamości, ale udawanie, że wszystko jest w porządku, jeżeli tylko materialne potrzeby człowieka są zaspokojone – jak w słynnym haśle Billa Clintona: „Gospodarka, głupcze" – to straszliwy redukcjonizm, szkodliwy zarówno w Ameryce, jak i w Europie.

Polski cud

Przejdę teraz do Polski. Polacy cieszą się szacunkiem i sympatią. To Polska i Polacy wstrząsnęli fundamentami sowieckiego imperium i uruchomili proces domina, który zakończył się upadkiem muru berlińskiego. Jak można nie czuć solidarności, podziwu i – tak – wdzięczności za Solidarność, za Tischnera, Wałęsę, za księdza Popiełuszkę i całą resztę? Dodajmy do tego historię Polski podczas II wojny światowej – heroizm powstania warszawskiego nie ma precedensu wśród krajów okupowanych przez Niemcy. Powstanie nie wybuchło w Paryżu, Rzymie ani Amsterdamie.

A w czasach nam bliższych – któż nie pochyliłby się z zachwytem nad bezprecedensową kreatywnością i przedsiębiorczością Polaków, która zaowocowała błyskawiczną transformacją gospodarczą i polityczną? W dodatku to kraj, w którym poezja wciąż ma się dobrze i który może się poszczycić dwojgiem noblistów w tej dziedzinie.

Nie jestem naiwny ani ślepy na ciemne strony – nie żyjemy w społeczeństwie świętych i Polska nie jest tu wyjątkiem. Zdaję sobie sprawę z obecnej krytyki polskiej demokracji, płynącej zarówno z kraju, jak i z zagranicy. Niektóre z tych opinii są w pełni usprawiedliwione, niektóre przesadzone, inne po prostu urojone. Ale polska demokracja trwa. Nikt nie kwestionuje uczciwości polskich wyborów; ostatnia zmiana układu sił w Senacie jest tego najlepszym dowodem. Nikt nie boi się, że ktoś zapuka mu do drzwi w środku nocy. Nie ma więźniów politycznych gnijących w obozach czy więzieniach. Istnieją silne wolne media zarówno tradycyjne, jak i społecznościowe, równoważące wpływy mediów rządowych, a pro- i antyrządowe demonstracje stanowią dowód na zaangażowanie obywateli i na to, że demokracja żyje i ma się dobrze. Tak, nie cierpię wykorzystywania sankcji karnych w przypadku rzeczywistego lub domniemanego zniesławienia (ustawa o IPN – red.), szczególnie na arenie politycznej. Ale nie cierpię tego tak samo w Polsce jak we Francji.

Czy polska demokracja mogłaby być lepsza? Oczywiście, że tak. Czy istnieją niebezpieczeństwa i zagrożenia? Z pewnością. Czy należy być czujnym i zaangażowanym? Należy. Nie powinno to jednak przesłaniać całościowego obrazu, który daleki jest od czarno-białego.

Czy zgadzam się z polityką obecnego rządu? Do pewnego stopnia tak. Mam, dla przykładu, wiele sympatii dla ich troski o te grupy społeczne, które nie skorzystały dotąd z owoców polskiego cudu gospodarczego. Podoba mi się również ich uzasadniona dbałość o to, co jest specjalne i wyjątkowe w polskiej tożsamości, w tym – tak – o katolicką tradycję (choć oczywiście budzi we mnie obrzydzenie, gdy te uzasadnione, a czasami nawet fundamentalne wartości służą za przykrywkę dla wulgarnego wyrażania ksenofobii, homofobii i antysemityzmu). Myślę, że świat powinien wiedzieć więcej o cierpieniach i heroizmie Polski podczas II wojny światowej. Skandaliczne wypowiedzi Władimira Putina są w tym kontekście szczególnie odrażające.

Są również kwestie, z którymi się nie zgadzam. Dla przykładu wykorzystywanie przez rząd publicznych mediów na arenie politycznej stoi w sprzeczności z amerykańską i brytyjską praktyką, w której się wychowałem, i szkodzi polskiej demokracji. Jednak zawsze pamiętam, że to jest demokratycznie wybrany rząd Polski i że podstawową zasadą demokracji jest... akceptowanie jej reguł.

W mojej opinii największym zagrożeniem dla demokracji w Polsce, a także w innych krajach Zachodu (Stanach Zjednoczonych, Włoszech, Hiszpanii, Izraelu, by wspomnieć tylko niektóre) jest polaryzacja społeczeństwa, która wykracza poza normalne podziały pomiędzy lewicę i prawicę. Polaryzacja, która całkowicie delegitymizuje politycznych adwersarzy, każąc ich traktować co najmniej jako zdrajców ojczyzny. To nie tylko niszczy dyskurs publiczny, ale również narusza demos – poczucie wspólnego losu wykraczające poza polityczne podziały, które jest esencją demokracji.

Słowo demos w demokracji nie jest tylko leksykalną sztuczką. To ontologiczna konieczność dla jej sprawnego funkcjonowania. Narzuca obowiązki, o których łatwiej mówić, niż wdrażać je w praktyce, moderuje tony zażartych dyskusji politycznych z obu stron i pozwala uświadomić sobie, że po przekroczeniu pewnych granic bardzo trudno jest się cofnąć. Brak wstrzemięźliwości po jednej stronie karmi ekstremizm po drugiej, a ślepa spirala nienawiści tylko się nakręca.

Fundament rządów prawa

Nie mogę oczywiście nie wspomnieć o podejmowanej w Polsce próbie reformy sądownictwa. To moim zdaniem zbyt pospieszny pomysł. Wymaga dużo większego namysłu – pośpiech jest w tym przypadku złym doradcą. Cała reforma wymaga ponownego przemyślenia.

Piszę to nie bez powodu. Politycy zawsze odgrywają pewną rolę w mianowaniu sędziów i różne kraje rozwiązują to w różny sposób. W moim kraju, Stanach Zjednoczonych, sędziowie wybierani są w wyborach powszechnych. Fatalny system. Z kolei nominacje do Sądu Najwyższego to już otwarta batalia polityczna – nie warto się na tym wzorować. Lepiej brać przykład z Niemiec lub Włoch, krajów, w którym system ten jest bardziej politycznie zrównoważony.

Jednak abstrahując od procesu nominacji, niezależność sądownictwa z oczywistych powodów stanowi fundament rządów prawa. Należy oczywiście tępić wypaczenia, takie jak łapówkarstwo, nie cofając się nawet przed wprowadzaniem sankcji karnych. Jednak obiektywne decyzje sędziów powinny być podejmowane na ścieżce apelacji. Procedury dyscyplinujące mogą w bezpośredni sposób zagrażać niezawisłości sędziowskiej, która jest esencją tego zawodu. Taka groźba nie różni się niczym od łapówki.

Na ten temat powiedziano już tak wiele, że nie muszę niczego dodawać. Jest jednak jeden element, który niepokoi mnie szczególnie. Polska jest demokracją, co oznacza, że wcześniej czy później, tak jak we wszystkich europejskich demokracjach, do władzy dojdzie nowa partia i powstanie nowy rząd. Byłoby katastrofą, gdyby utrwaliła się praktyka, zgodnie z którą każdy nowy rząd czułby się władny układać sądownictwo według własnego widzimisię. Byłby to cios nie tylko w bezpośrednią niezależność sędziów, ale w cały system kultury prawnej.

Demokraci w USA mogą być wściekli na nominacje dokonywane przez republikanów, a później na decyzje podejmowane przez tych sędziów. I odwrotnie. Ale obie strony zdają sobie sprawę, że zasada niezależności sędziów w kulturze politycznej kraju jest w dłuższej perspektywie ważniejsza niż możliwość mianowania lub dyscyplinowania sędziów. Samoograniczenie i cierpliwość to jedyne sensowne podejście do tego dylematu, jeżeli chcemy utrzymać podstawową równowagę pomiędzy demokracją, prawami człowieka i rządami prawa. Bo to właśnie rządy prawa i niezależne sądownictwo odróżniają demokrację od tyranii większości.

Dość już powiedziano na temat złej woli wobec Polski, którą wywołały różne plany reformy sądownictwa nawet u zaprzysięgłych przyjaciół Polski. Patrząc z zewnątrz, można by sądzić, że Polska płaci coraz większą cenę wizerunkową za projekt, który jest wadliwy od samego początku, a kolejne nagłaśniane przypadki naruszania niezależności sędziowskiej tylko pogłębiają to wrażenie. Skumulowany efekt, który dostrzegają zarówno przyjaciele, jak i wrogowie Polski, grozi kompromitacją.

Z pokorą muszę jednak zwrócić uwagę na wątek, który zazwyczaj umyka uwadze opinii publicznej. Słowem i czynem zaświadczałem o mojej sympatii dla krajów takich jak Polska, które chcą jednocześnie utrzymać swoją chrześcijańską tożsamość i europejską tradycję pełnej wolności religii i wolności od religii. Pod pewnymi względami jesteście jedynym krajem w Europie, który traktuje tę kwestię poważnie. Kwintesencję takiego myślenia można znaleźć w encyklice Jana Pawła II „Centesimus Annus", niezwykle ważnym dokumencie, który w przekonujący sposób pokazuje, że chrześcijaństwo i demokracja nie muszą się wykluczać.

To ważne nie tylko dla Polski, ale i dla całej Europy. Nakłada to wyjątkową odpowiedzialność na państwo. Ustawa dyscyplinująca sędziów może być jednak granicą, za którą nie tylko reputacja Polski zostanie zniszczona, ale również ulegnie osłabieniu postrzeganie „Centesimus Annus" ze szkodą dla całej europejskiej cywilizacji.

Irytujące jest, gdy zewnętrzni krytycy, ale również przyjaciele wtrącają się w nasze polityczne spory. Koniec końców to Polska i Polacy zadecydują, poprzez swoje demokratyczne instytucje, o przyszłości kraju. Czułbym się jednak źle, gdybym nie wyraził zarówno swojego głębokiego szacunku i podziwu, jak i swoich obaw.

—tłum. Tomasz Krzyżanowski

Jospeh H.H. Weiler jest amerykańskim prawnikiem i intelektualistą, specjalistą w dziedzinie prawa konstytucyjnego i międzynarodowego. Urodził się w 1951 roku w Johannesburgu w rodzinie pochodzącego z Litwy rabina, wychowywał się w Jerozolimie. W latach 2013–2016 był rektorem Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (EUI) we Florencji. Jest znawcą prawa unijnego, szczególnie roli Trybunału Sprawiedliwości, ale też ekspertem w dziedzinie wolności religijnej – bada miejsce religii w przestrzeni publicznej nowoczesnego państwa prawa. Brał udział w pracach nad tekstem „Deklaracji praw i wolności człowieka Parlamentu Europejskiego". W 2010 roku pro bono bronił przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka prawa do obecności krzyża w miejscach publicznych. Sam jest praktykującym Żydem, ale niechęć Europy do uwzględnienia swoich chrześcijańskich korzeni nazywa psychologicznym wyparciem. Jest autorem głośnej książki „Chrześcijańska Europa: konstytucyjny imperializm czy wielokulturowość?" (2003)

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA