fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

David Wallace-Wells. Ziemia nie do życia. Nasza planeta po globalnym ociepleniu

50 st. C – rekordowy upał 20 czerwca 2017 r. w Phoenix w Arizonie
Getty Images
Chiny posiadają połowę światowych mocy produkcyjnych energii z węgla, a elektrownie pracują u nich średnio na połowę możliwości – co oznacza, że zużycie może szybko wzrosnąć. Ilość energii z węgla na całym świecie od 2000 r. niemal się podwoiła.

Ludzie, jak wszystkie ssaki, są silnikami cieplnymi. Przeżycie oznacza konieczność nieustannego chłodzenia, jak to robią dyszące psy. W tym celu temperatura musi być na tyle niska, żeby powietrze działało jak chłodziwo, odprowadzając ciepło ze skóry, dzięki czemu silnik może się dalej obracać. Przy siedmiu stopniach Celsjusza ocieplenia stałoby się to niemożliwością w części pasa równikowego, zwłaszcza w tropikach, gdzie problem pogarsza wilgotność. Skutki nie dałyby na siebie długo czekać: po kilku godzinach organizm ludzki zagotowałby się na śmierć zarówno od środka, jak i od zewnątrz.




Przy jedenastu, dwunastu stopniach Celsjusza ocieplenia ponad połowa ludności świata w obecnym układzie zaludnienia zmarłaby na skutek bezpośredniego działania ciepła. Świat z pewnością nie nagrzeje się tak bardzo w niedalekiej przyszłości, choć według niektórych modeli niezmniejszające się emisje po kilkuset latach prowadzą aż tak daleko. Ale zgodnie z częściami wyliczeń przy ledwie pięciu stopniach ocieplenia ludzie dosłownie nie mogliby żyć na całych połaciach kuli ziemskiej. Przy sześciu żadnych letnich prac fizycznych nie dałoby się wykonywać w dolnym biegu Missisipi Valley, a wszyscy mieszkańcy USA na wschód od Gór Skalistych borykaliby się z gorącem bardziej niż ktokolwiek na świecie dzisiaj. W Nowym Jorku byłoby cieplej niż dzisiaj w Bahrajnie, jednym z najcieplejszych miejsc na Ziemi, natomiast temperatura w samym Bahrajnie „powodowałaby przegrzanie nawet we śnie".

Pięć, sześć stopni raczej nie nastąpi przed 2100 rokiem. IPCC podaje medianę ponad czterech stopni, o ile emisje będą postępować w obecnym tempie. To doprowadziłoby do konsekwencji, które dzisiaj nie mieszczą się w głowie: pożarów traw i lasów na szesnastokrotnie większych połaciach na zachodzie Stanów Zjednoczonych, setek zatopionych miast. W miastach w Indiach i na Bliskim Wschodzie, gdzie dziś żyją miliony, zrobiłoby się tak gorąco, że wyjście z domu latem niosłoby ryzyko śmierci. Zresztą dojdzie do tego o wiele prędzej, przy ociepleniu o jedyne dwa stopnie. Powody do niepokoju dają nie tylko najgorsze scenariusze.

W przypadku ciepła bezpośredniego najważniejszym czynnikiem jest tak zwana „temperatura mokrego termometru", która mierzy również wilgotność w ramach połączonej metody rodem z domowego laboratorium: temperaturę odczytuje termometr zawinięty w mokrą skarpetę, którą wymachujemy w powietrzu. Obecnie maksymalna „temperatura mokrego termometru" w większości miejsc wynosi dwadzieścia sześć–dwadzieścia siedem stopni Celsjusza; górną granicę stanowi trzydzieści pięć stopni, powyżej niej ludzie zaczynają po prostu mrzeć z gorąca. Te dwie wielkości dzieli osiem stopni. O wiele wcześniej zaczyna się tak zwane „cieplne obciążenie".

To już się właściwie zaczęło. Od 1980 roku liczba niebezpiecznych fal upałów zwiększyła się pięćdziesięciokrotnie, a staną się one jeszcze częstsze. Pięć najcieplejszych lat w Europie od roku 1500 zdarzyło się po 2002, a IPCC zapowiada, że z czasem po prostu pracowanie na zewnątrz o tej porze roku będzie w niektórych częściach świata niezdrowe. Nawet jeśli zrealizujemy cele paryskie, w miastach w rodzaju Karaczi czy Kalkuty będzie co roku dochodzić do śmiercionośnych fal upałów podobnych do tych, jakie sparaliżowały je w 2015 roku, gdy od gorąca zginęły tysiące mieszkańców Indii i Pakistanu. Przy czterech stopniach fala śmiercionośnych upałów w Europie 2003 roku, gdy dziennie ginęło do dwóch tysięcy osób, będzie latem czymś normalnym. To była jedna z największych klęsk pogodowych w dziejach kontynentu, która spowodowała śmierć trzydziestu pięciu tysięcy Europejczyków, w tym czternastu tysięcy Francuzów; dziwnym zbiegiem okoliczności, jak zauważył William Langewiesche, niedołężni znieśli ją raczej dobrze w domach opieki i szpitalach tych zamożnych państw. Najwięcej zgonów wystąpiło wśród względnie zdrowych ludzi w starszym wieku, często pozostawianych w domu przez rodziny uciekające przed upałem na wakacje, przez co trupy gniły wiele tygodni, czekając na powrót krewnych.

A będzie jeszcze gorzej. Zespół badawczy Ethana Coffela obliczył w 2017 roku, że przy trzymaniu się „rutynowego" rozwoju wypadków liczba dni cieplejszych od niegdyś najcieplejszych w roku może do 2080 zwiększyć się sto razy. A może nawet dwieście pięćdziesiąt. Coffel stosuje jednostkę miary „osobodzień", która łączy liczbę osób odczuwających skutki z liczbą dni. Każdego roku byłoby od stu pięćdziesięciu do siedmiuset pięćdziesięciu milionów osobodni o „temperaturach mokrego termometru", odpowiadających najpoważniejszym, czyli śmiercionośnym, falom upałów dzisiaj. Milion osobodni rocznie miałoby do czynienia z nieznośnymi „temperaturami mokrego termometru" – połączeniami ciepła i wilgotności, z którymi ludzki organizm nie byłby w stanie sobie poradzić. Bank Światowy ocenia, że do końca stulecia najchłodniejsze miesiące w tropikalnej części Ameryki Południowej, w Afryce i na Pacyfiku będą prawdopodobnie cieplejsze niż najcieplejsze miesiące końca dwudziestego wieku.

Niepokojący brak jasności

Wtedy także zdarzały się rzecz jasna fale upałów, i to śmiertelne; latem 1998 roku w Indiach zmarło dwa i pół tysiąca osób. Ostatnio temperatury skoczyły jeszcze bardziej. W 2010 roku zginęło pięćdziesiąt pięć tysięcy Rosjan, z czego siedemset dziennie w samej Moskwie. W 2016, w trakcie wielomiesięcznej fali upałów na Bliskim Wschodzie temperatura w Iraku przekroczyła 100 stopni Fahrenheita [czyli 37,8 st. C – red.] w maju, 110 [43,3 st. C – red.] w czerwcu i 120 [48,9 st. C – red.] w lipcu, spadając poniżej 100 stopni Fahrenheita jedynie nocą („The Wall Street Journal" donosił, iż pewien szyicki duchowny w An-Nadżafie ogłosił, że upał jest skutkiem elektromagnetycznego ataku wojsk amerykańskich, czemu przytaknęła część państwowych meteorologów). W 2018 na południowym wschodzie Pakistanu odnotowano najwyższą temperaturę w historii pomiarów. W Indiach jeden dzień powyżej 95 stopni Fahrenheita [czyli powyżej 35 st. C – red.] zwiększa roczną śmiertelność o trzy czwarte procent; przez wiele dni w maju 2016 roku temperatury przekraczały 120 stopni Fahrenheita [48,9 st. Celsjusza – red.]. W Arabii Saudyjskiej, gdzie temperatura latem często dochodzi do takiego poziomu, zużywa się siedemset tysięcy baryłek ropy [czyli 111,38 megalitrów (Ml)] dziennie, przede wszystkim w celu zasilania klimatyzacji. To oczywiście pomaga wytrzymać gorąco, lecz klimatyzatory i wiatraki już zużywają bite dziesięć procent elektryczności na świecie. Zapotrzebowanie ma wzrosnąć trzykrotnie, a może nawet czterokrotnie do roku 2050; pojawił się szacunek, że świat już w roku 2030 będzie używał siedemset milionów klimatyzatorów więcej. Inni autorzy sugerują, że do 2050 na całym świecie będzie ponad dziewięć miliardów przyrządów chłodniczych różnego rodzaju więcej. Ale z wyjątkiem klimatyzowanych centrów handlowych w ZEA nie ma ani ekonomicznego, ani tym bardziej „zielonego" sensu hurtowo klimatyzować najgorętszych połaci świata, z których wiele należy jednocześnie do najbiedniejszych. I kryzys będzie rzeczywiście najostrzejszy na Bliskim Wschodzie i nad Zatoką Perską, gdzie w 2015 roku zanotowano temperaturę 163 stopni Fahrenheita [72,8 st. C – red.]. Już za kilka dziesiątków lat hadżdż [pielgrzymka do Mekki – red.] stanie się fizyczną niemożliwością dla wielu spośród dwóch milionów muzułmanów, którzy obecnie co rok go odbywają.

Problem nie sprowadza się do samego hadżdżu ani do samej Mekki. W zagłębiu trzciny cukrowej w Salwadorze aż jedna piąta ludności, w tym ponad jedna czwarta mężczyzn, cierpi na chroniczną chorobę nerek, przypisywaną odwodnieniu przy uprawie pól, z których jeszcze przed dwudziestoma laty bez trudu zbierali plony. Dzięki dializie, która jest droga, cierpiący na niewydolność nerek mogą przeżyć pięć lat; bez niej mogą liczyć na parę tygodni. Skutki obciążenia cieplnego mogą rzecz jasna odczuć nie tylko nerki. W chwili, kiedy piszę to zdanie, na kalifornijskiej pustyni w połowie czerwca za drzwiami jest 121 stopni Fahrenheita [49,4 st. C — red.]. A nie jest to rekord.

Między innymi to mają na myśli kosmologowie, gdy podkreślają zupełne nieprawdopodobieństwo ewolucji czegoś tak zaawansowanego jak ludzka inteligencja w tak niesprzyjającym życiu wszechświecie: każda nienadająca się do życia planeta przypomina, jak niepowtarzalny zbieg okoliczności konieczny jest do wytworzenia równowagi klimatu, w której utrzyma się życie. Nie znamy żadnego inteligentnego życia, jakie kiedykolwiek wyewoluowałoby w Kosmosie poza wąskim przedziałem temperatur „sfery Złotowłosej", który obejmuje całość ewolucji człowieka, a który właśnie opuszczamy, być może na zawsze.

Jak bardzo się ociepli? Pytanie wygląda na naukowe, wymagające fachowej wiedzy, jednak odpowiedź jest całkowicie ludzka, to znaczy polityczna. Groźba zmiany klimatu jest nieuchwytna; niepewność sprawia, że ciągle przybiera inne kształty. Kiedy Ziemia ociepli się o dwa stopnie, a kiedy o trzy? O ile zmieni się poziom morza do roku 2030, 2050, 2100, gdy nasze dzieci będą zostawiać Ziemię swoim dzieciom i wnukom? Które miasta zostaną zalane, które lasy wyschną, które spichlerze opustoszeją? Owa niepewność jest jedną z najdonioślejszych metanarracji, jakie w najbliższych dekadach wniesie do naszej kultury zmiana klimatu. To niepokojący brak jasności co do tego, jak będzie wyglądał świat, w którym żyjemy, za dziesięć, dwadzieścia lat, kiedy będziemy mieszkać w tych samych domach i spłacać te same kredyty, oglądać te same programy w telewizji i składać apelacje do tych samych sędziów Sądu Najwyższego. Co prawda naukowcy nie wiedzą kilku rzeczy o reakcji układu klimatycznego na cały ten dwutlenek węgla, którym napełniliśmy powietrze, niepewność co do tego, co się stanie, bierze się nie z niewiedzy, tylko przede wszystkim z pytania, jak zareagujemy. To znaczy z tego, ile jeszcze dwutlenku węgla postanowimy wypuścić, co jest pytaniem do nauk nie przyrodniczych, tylko humanistycznych. Klimatolodzy są dzisiaj w stanie z niesamowitą precyzją przewidzieć, gdzie uderzy huragan i jaką będzie miał siłę nawet po tygodniu; nie tylko dzięki dobrym metodom, ale dlatego, że znane są wszystkie dane wejściowe. Modele globalnego ocieplenia są równie dobre, lecz zasadnicza kwestia pozostaje tajemnicą: co zrobimy?

Perspektywy nie są, niestety, zachęcające. Siedemdziesiąt pięć lat od uznania problemu globalnego ocieplenia nie dokonaliśmy żadnych istotnych korekt produkcji czy zużycia energii, żeby się przed nim uchronić. Przypadkowi obserwatorzy klimatu o wiele za długo patrzyli, jak naukowcy kreślą drogi dojścia do stabilnego klimatu i wnioskowali, że świat się przystosuje; świat jednak nie zrobił właściwie nic, jak gdyby drogi te miały zbudować się same. Rynek dostarcza tańszej i łatwiej dostępnej zielonej energii, ale zarazem wchłonął te innowacje, czyli na nich zarobił, i nadal emituje coraz więcej. Politycy wykonali gesty wspaniałej powszechnej solidarności i współpracy, by natychmiast zarzucić swoje obietnice. Aktywiści klimatyczni mawiają często, że mamy dzisiaj wszystkie narzędzia potrzebne do uniknięcia katastrofalnej (a nawet poważnej) zmiany klimatu. To również prawda. Lecz wola polityczna nie jest jakimś pomniejszym składnikiem, który mamy zawsze pod ręką. Dysponujemy przecież także narzędziami potrzebnymi do zlikwidowania na świecie biedy, epidemii i znęcania się nad kobietami.

Włożyć między bajki

Zaledwie w 2016 zawarto sławne porozumienia paryskie, zgodnie z którymi maksymalnie dwa stopnie globalnego ocieplenia jest celem koniecznym do spełnienia przez wszystkie kraje świata. Efekty są przygnębiająco skromne. Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej w 2017 emisje dwutlenku węgla wzrosły o jeden koma cztery procent po kilku niepewnych latach, które zdaniem optymistów oznaczały wyrównanie albo początek spadku; tymczasem znów idziemy w górę. Jeszcze przed nowym wzrostem żaden z większych krajów uprzemysłowionych nie zmierzał ku realizacji zobowiązań, jakie poczynił w traktacie paryskim. Zobowiązania te ograniczają nas jedynie do trzech koma dwa stopni; w celu ograniczenia się do dwóch stopni ocieplenia wszyscy sygnatariusze muszą zrealizować znacznie ambitniejsze zobowiązania. Obecnie sygnatariuszy takich jest stu dziewięćdziesięciu pięciu i tylko ci wymienieni mieszczą się „w granicach" celów paryskich: Maroko, Gambia, Bhutan, Kostaryka, Etiopia, Indie i Filipiny. Stawia to zapowiedź Donalda Trumpa wycofania się z traktatu w ciekawym świetle; jego przekora może okazać się w sumie owocna, gdyż brak amerykańskiego przywództwa w dziedzinie klimatu zmobilizował chyba Chiny, dając Xi Jinpingowi szansę i zachętę do zajęcia o wiele bardziej agresywnej postawy wobec klimatu. Naturalnie te odnowione chińskie zobowiązania też są w tej chwili czysto retoryczne. Kraj ten zostawia za sobą największy ślad węglowy na świecie, a w pierwszych trzech miesiącach 2018 roku wyemitował cztery procent więcej. Chiny posiadają połowę światowych mocy produkcyjnych energii z węgla, a elektrownie pracują u nich średnio na połowę możliwości – co oznacza, że zużycie może szybko wzrosnąć. Ilość energii z węgla na całym świecie od 2000 niemal się podwoiła. Według pewnej analizy, gdyby świat poszedł za przykładem Chińczyków, do 2100 skończyłoby się to pięcioma stopniami ocieplenia.

W 2018 ONZ zapowiedziała, że przy obecnym tempie emisji przekroczymy półtora stopnia co najmniej do roku 2040; zgodnie z Fourth National Climate Assessment z 2017 roku nawet gdyby doszło do natychmiastowej stabilizacji stężenia dwutlenku węgla, należy spodziewać się jeszcze ponad pół stopnia Celsjusza ocieplenia. Właśnie dlatego nieprzekroczenie dwóch stopni wymaga prawdopodobnie nie tylko zmniejszenia ilości dwutlenku węgla, lecz również tak zwanych „emisji ujemnych". Istnieją do tego dwa narzędzia: technologie, które usunęłyby dwutlenek węgla z powietrza (tak zwane CCS [Carbon Capture Storage – red.], czyli „przechwytywanie i przechowywanie dwutlenku węgla"), i nowe metody w leśnictwie oraz rolnictwie, które dokonywałyby tego samego w nieco bardziej tradycyjny sposób (bioenergia z przechwytywaniem i przechowywaniem dwutlenku, tak zwane BECCS [Bio-energy with Carbon Capture and Storage – red.]).

Według ostatnich badań obydwie możliwości należy raczej włożyć między bajki, przynajmniej na razie. W 2018 European Academies' Science Advisory Council (EASAC) przypisała technologiom emisji ujemnych „realistycznie ograniczony potencjał" nawet w zakresie zwolnienia wzrostu stężenia dwutlenku węgla w atmosferze – o istotnym jego obniżeniu nie ma co mówić. W 2018 magazyn „Nature" określił wszelkie prognozy oparte na CCS jako „myślenie magiczne". Myślenie tego rodzaju nie jest nawet przyjemne. W sumie w powietrzu nie ma tak dużo dwutlenku węgla, zaledwie czterysta dziesięć części na milion, ale jest on wszędzie, więc przechwytywanie go na całym świecie wymagałoby posadzenia wielkich obszarów zarośli na prawie całej Ziemi. Nasza planeta zmieniłaby się w coś w rodzaju instalacji do recyklingu powietrza krążącej wokół słońca, przemysłowym satelitą zakreślającym parabolę przez Układ Słoneczny (nie to mieli na myśli Barbara Ward czy Buckminster Fuller, mówiąc o „statku kosmicznym Ziemia"). Postępy są co prawda pewne: zmniejszenie kosztów i znacznie bardziej wydajniejsze maszyny, ale nie mamy po prostu czasu, żeby na nie czekać. Według jednej z ocen, jeżeli chcemy liczyć na dwa stopnie, musimy uruchamiać półtorej nowej pracującej z pełną parą instalacji do przechwytywania dwutlenku węgla dziennie przez kolejne siedemdziesiąt lat. W roku 2018 na całym świecie było ich w sumie osiemnaście.

Obojętność nie jest niestety niczym nowym w dziedzinie klimatu. Prognozowanie ocieplenia to zabawa dla idiotów wobec zależności efektów od tak licznych pięter niepewności. Ale jeśli najlepsze, co może się zdarzyć, to między dwa i dwa i pół stopni ocieplenia do roku 2100, efekt najprawdopodobniejszy, najgrubsza część rozkładu prawdopodobieństw, znajduje się w okolicach trzech stopni. Zapewne nawet taka skala ocieplenia wymagałaby znacznych emisji ujemnych, ponieważ użycie dwutlenku węgla ciągle wzrasta. Do tego dochodzi ryzyko naukowej niepewności, możliwość, że nie doceniamy konsekwencji mechanizmów zwrotnych w systemach przyrodniczych, które słabo rozumiemy. Jeżeli procesy te zostaną wywołane, do 2100 roku mogłoby dojść do czterech stopni ocieplenia nawet przy istotnym zmniejszeniu emisji w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat. Ale doświadczenia po Kioto wskazują, że wskutek ludzkiej krótkowzroczności przewidywanie tego, co się zdarzy w zakresie emisji i ocieplenia, jest bezsensowne. Lepiej zastanowić się nad tym, co wydarzyć się może. Ogranicza nas tu dosłownie tylko niebo.

David Wallace-Wells to amerykański dziennikarz, znany ze swoich tekstów na temat zmian klimatu w magazynie „New York". Pisze też dla „The Guardian". W 2017 roku napisał głośny esej „Nie nadająca się do zamieszkania Ziemia", który spotkał się z mieszanym przyjęciem przez naukowców. Później rozwinął ten esej w niniejszą książkę

David Wallace-Wells, „Ziemia nie do życia. Nasza planeta po globalnym ociepleniu", przeł. Jacek Spólny, Zysk i S-ka, Poznań 2019.

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA