fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Drenaż mózgów. Jak go obrócić na swoją korzyść

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek
Drenaż mózgów wciąż osłabia Polskę. Przybywa jednak inicjatyw, które stawiają sobie za cel integrację różnych grup polskich emigrantów zarobkowych. Silna, dobrze zorganizowana społeczność, która utożsamia się z krajem pochodzenia, może być dobrym zapleczem do rozwoju.

Iwo Szapar ma 28 lat i nie czuje się emigrantem, chociaż od prawie trzech lat mieszka i pracuje za granicą, a swój startup Remote-how, który promuje i ułatwia zdalną pracę, zarejestrował w USA. – Jestem raczej obywatelem świata – twierdzi Iwo, który co kilka miesięcy zmienia miejsce pobytu. Firmę rozwija, pracując zdalnie – z Wietnamu, Bali, Lizbony czy Doliny Krzemowej. Jest przedstawicielem polskiej diaspory technologicznej, czyli kilkudziesięciu tysięcy specjalistów pracujących na Zachodzie w branżach związanych z nowymi technologiami, na czele z IT.

Statystyk dotyczących wielkości tej grupy nie ma, lecz można spróbować ją oszacować na podstawie wydanego niedawno raportu Narodowego Banku Polskiego z ubiegłorocznego badania Polaków pracujących za granicą oraz danych Głównego Urzędu Statystycznego. A ten podaje, że w 2017 r. przebywało czasowo (powyżej trzech miesięcy) za granicą ponad 2,5 miliona Polaków. Prawie dziewięciu na dziesięciu z nich mieszkało w Europie na czele z Wielką Brytanią, gdzie liczbę polskich migrantów GUS szacował na 793 tysiące. Tam też, według danych NBP – największą część, bo 4 proc. Polaków (ok. 31 tys.) miało wyższe wykształcenie informatyczne. W pozostałych badanych krajach – w Niemczech, Holandii i Norwegii – 1 na 100 migrantów miał takie studia. Łącznie daje to ponad 50 tys. przedstawicieli polskiej diaspory technologicznej w czterech krajach Europy. Dobrze wykształceni, pracujący niekiedy dla tak znanych marek, jak Google, Apple, Facebook czy Microsoft, niewiele mają wspólnego z potocznym wizerunkiem polskiego emigranta jadącego „za chlebem" nierzadko do ciężkiej, fizycznej pracy.

Potwierdziło to badanie Muzeum Emigracji w Gdyni i fundacji PLUGin z 2018 r., która stara się integrować polską diasporę technologiczną na świecie. W sondażu, który objął ponad 250 przedstawicieli tej diaspory, wyższe zarobki znalazły się dopiero na piątym miejscu wśród powodów wyjazdu z kraju. Głównym motywem okazały się: chęć poznania świata, lepsze perspektywy zawodowe i możliwość zdobycia ciekawego doświadczenia. – Specjaliści z branży technologicznej, szczególnie programiści nie muszą wcale wyjeżdżać z kraju, by pracować dla zachodnich firm i dobrze zarabiać. Mieszkając na Podkarpaciu, mogą realizować projekty dla spółek z Doliny Krzemowej – zwraca uwagę w rozmowie z „Plusem Minusem" Jacek Ratajczak, współzałożyciel fundacji PLUGin, który wrócił do Polski po kilku latach pobytu za granicą. Pracował w Wielkiej Brytanii, we Francji i w Indiach. Dzisiaj krąży między Londynem, Wrocławiem, gdzie mieszka, a Trójmiastem, gdzie rozwija spółkę programistyczną pracującą na zlecenie brytyjskich firm. Zdaniem Ratajczaka, przedstawiciele polskiej diaspory technologicznej zwykle nie czują się emigrantami. Wielu z nich chętnie określa się jako nomadzi lub ekspaci, tym bardziej że część z nich co dwa, trzy lata zmienia kraj pobytu. Tak jak współpracująca z PLUGin graficzka Marta Adamska, która mieszkała m.in. w Finlandii, Portugalii, a obecnie w Szkocji.

Poakcesyjny boom emigracyjny

Część tej technologicznej diaspory to osoby, które wyjechały z kraju w ramach pierwszej poakcesyjnej fali migracji, gdy po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej otworzyły się dla nas rynki pracy wielu państw Unii. Na czele z Wielka Brytanią, gdzie w latach 2004–2007 liczba polskich migrantów wzrosła prawie pięciokrotnie ze 150 do 690 tys. W całej Unii zwiększyła się zaś z 750 tys. do prawie 2 mln. Jak podkreśla Paweł Kaczmarczyk, dyrektor Ośrodka Badań nad Migracjami (OBM) Uniwersytetu Warszawskiego, w badaniach migracyjnych naukowcy często odwołują się do możliwości i aspiracji. I to właśnie ich połączenie wywołało gigantyczną falę poakcesyjnej emigracji. Możliwości zapewniło otwarcie zachodnich rynków pracy. Z kolei o aspiracjach zadecydowała ówczesna sytuacja na styku rynku pracy i edukacji w Polsce, gdzie pod koniec lat 90. zaczął się boom w szkolnictwie wyższym. Liczba studentów zwiększyła się w krótkim czasie prawie dwukrotnie, do ponad 1,9 mln, a na rynek pracy wchodziły co roku już nie dziesiątki, a setki tysięcy absolwentów uczelni.

Przy bezrobociu sięgającym 18 proc., większość z nich nie miała szans na spełnienie swoich aspiracji. Mając do wyboru rejestr bezrobotnych albo byle jaką pracę w Polsce, pakowali walizki i wyjeżdżali do Londynu czy Dublina. Niekiedy na zmywak. To w dużej mierze do tamtej fali emigracji odnosił się ubiegłoroczny raport Europejskiego Komitetu Regionów na temat mobilności mieszkańców Unii, który w polskich mediach określano jako raport na temat drenażu mózgów. Według niego, Polska jest liderem pod względem liczby absolwentów uczelni wyższych mieszkających w innym kraju wspólnoty. W 2017 r. było to prawie 580 tys. osób, z których co piąta mieszkała w Wielkiej Brytanii, a jeszcze więcej – bo co trzecia – w Niemczech, które swój rynek pracy otworzyły dla nas dopiero wiosną 2011 r. Za Odrą pracuje wielu polskich inżynierów, informatyków (choć skala ich wyjazdów nie spełniła oczekiwań Niemców), architektów, no i lekarzy, których emigracja jest najbardziej dotkliwym dla statystycznego Polaka przejawem drenażu mózgów czy raczej polskiej służby zdrowia. – Odkąd Polska weszła do Unii Europejskiej (w 2004 r.), za granicę wyjechało około 15 tys. młodych lekarzy – mówi „Plusowi Minusowi" prof. Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, dodając, że wyższe wynagrodzenie nie jest jedynym powodem migracji lekarzy. Nie mniej ważne są lepsze możliwości rozwoju zawodowego i szybsze uzyskanie specjalizacji oraz lepsza organizacja i stabilność systemu. Nic więc dziwnego, że w tym roku znów nastąpił wzrost liczby zaświadczeń wydawanych lekarzom i dentystom ubiegającym się o uznanie kwalifikacji w innych krajach Unii – do czerwca wydano ich 418, czyli dwie trzecie tego, co w całym minionym roku.

Jak jednak zwracają uwagę eksperci ds. migracji, określając Polskę jako ofiarę drenażu mózgów, warto pamiętać o innych aspektach tego zjawiska. Także o tym, że nasza gospodarka w pierwszej dekadzie tego wieku nie była w stanie wchłonąć tak wielu absolwentów uczelni. Ich wyjazdy po 2004 r. zmniejszyły presję na rynku pracy (poprawiły się warunki dla tych, którzy zostali), a dodatkowo zasilił rodzinne budżety i całą gospodarkę miliardami złotych przekazywanymi do kraju.

Nowa klasa średnia

Z danych NBP wynika, że w latach 2004–2018 Polacy pracujący za granicą przekazali do kraju równowartość ponad 246 mld zł. Rekord padł w kryzysowym roku 2009 r., gdy te transfery sięgnęły 18,4 mld. Wprawdzie w ostatnich latach przekazy maleją i w ubiegłym roku spadły do niespełna 15,6 mld, ale nie oznacza to, że polscy emigranci gorzej zarabiają. Wręcz przeciwnie. Jak ocenia firma Euro-Tax, która specjalizuje się w usługach zwrotu podatków za pracę za granicą, w ciągu ostatnich 15 lat Polacy zarobili tam łącznie aż ponad 1,4 bln zł, w ubiegłym roku zaś ich łączne zarobki były najwyższe w historii, przekraczając 154 mld zł.

Adam Powiertowski, prezes Euro-Tax, pytany przez „Plusa Minusa", tłumaczy, że nie tylko w górę idą płace Polaków mieszkających dłużej za granicą (zdobywają doświadczenie, nowe umiejętności, awansują), ale też nowi emigranci zarobkowi, korzystając z pomocy osiadłych za granicą bliskich i znajomych, już na starcie znajdują lepiej płatną pracę.

Michał P. Garapich, antropolog, pracownik naukowy Uniwersytetu Roehampton w Londynie, który współpracuje z Ośrodkiem Badań nad Migracjami przy UW, mówi o widocznym awansie Polaków w Wielkiej Brytanii, którzy coraz częściej zaliczają się już do klasy średniej. Wśród nich są lekarze, architekci, ale też przedsiębiorcy, w tym właściciele sklepów, pubów, firm kateringowych czy budowlanych. Ci ostatni coraz częściej kupują nieruchomości, remontują je (zatrudniając sezonowych pracowników z Polski), a następnie sprzedają z zyskiem.

Natomiast spadek transferów do kraju wynika m.in. z faktu, że na Zachodzie – szczególnie w Wielkiej Brytanii, ale także w Niemczech i Holandii – wśród polskich migrantów rośnie grupa tych z długim, ponad 10-letnim pobytem. Wiele osób ściąga z kraju swoich współmałżonków i dzieci, co zmniejsza potrzebę przesyłania pieniędzy do Polski. Jak wynika z badania NBP, to właśnie osoby, które łączą z krajem silne więzi emocjonalne (najbliższa rodzina) albo ekonomiczne (nieruchomości) najczęściej przekazują do ojczyzny część zagranicznych dochodów.

Zdaniem Michała P. Garapicha, o ile nie zmienia się charakter migracji tymczasowej (sezonowej), na którą decydują się m.in studenci czy fachowcy, o tyle inaczej do wyjazdów za granicę podchodzą specjaliści. Szczególnie ci z młodego pokolenia, którzy są bardziej mobilni i przynależą do kilku miejsc na świecie. – Emigracja to dzisiaj często otwarty plan. Mogą zostać na pół roku albo na stałe – dodaje antropolog. Widać to w badaniach firmy doradztwa strategicznego Boston Consulting Group. Według ubiegłorocznego sondażu przeprowadzonego wśród polskich studentów w Wielkiej Brytanii, w perspektywie trzech lat po zakończeniu studiów plany powrotu do kraju ma 40 proc. z nich. Pozostali, czyli większość, swoją przyszłość widzą na razie za granicą, choć niekoniecznie na Wyspach.

Zdaniem Pawła Kaczmarczyka z OBM, Polacy coraz lepiej radzą sobie na międzynarodowym rynku i chcą wykorzystać różne dostępne opcje. Rośnie więc liczba specjalistów, fachowców, którzy przemieszczają się z kraju do kraju, podobnie jak pracownicy międzynarodowych korporacji. Nie czują się emigrantami.

Podobnie jest z wieloma Polakami robiącymi karierę w londyńskim City. Wśród nich jest prawnik Tomasz Suffczyński-Wilk, który odpowiada w jednym z londyńskich banków inwestycyjnych za procesy związane z brexitem. Do Londynu przyjechał wraz z żoną w 2014 r. na pół roku w ramach wewnętrznych kontraktów wewnątrz swojej korporacji. Wywarł na brytyjskich szefach tak dobre wrażenie, że z sześciu miesięcy zrobił się rok, potem kolejny, a na koniec zaproponowano mu kluczowe stanowisko koordynatora procesów związanych z brexitem. Za kilka miesięcy Tomasz Suffczyński-Wilk będzie mógł wystąpić o rezydenturę, a za rok o brytyjski paszport. Może być bardzo przydatny, gdyby doszło do twardego brexitu, a przy tym nie zmusi do rezygnacji z polskiego obywatelstwa.

Powrót do Polski? Owszem, ale raczej w dalszej perspektywie. Wraz z żoną planują, że zostaną w Anglii jeszcze trzy, cztery lata, a potem przeprowadzą się na kontynent, może do Niemiec, gdzie (do Frankfurtu) przenosi się teraz z Londynu świat wielkich finansów i gdzie byli pracownicy z Londynu doceniają wysoką jakość życia.

Brexit sporo namieszał

Nina Hałabuz, szefowa marketingu w polskim oddziale firmy doradztwa strategicznego Boston Consulting Group, twierdzi, że dzisiaj cała Europa jest na wyciągnięcie ręki. – To, gdzie się w danym momencie mieszka, zależy od fajnej oferty pracy – opowiada „Plusowi Minusowi". Przez ostatnie lata krążyła między Londynem a Warszawą, wspierając m.in. najważniejsze konferencje organizowane przez polskich studentów na Wyspach, w tym Polish Economic Forum na LSE czy Poland 2.0 Summit. Takie konferencje to sposób na integrację Polaków studiujących na czołowych brytyjskich uczelniach oraz polskich profesjonalistów. A także okazja, by pokazać im możliwości kariery w ojczyźnie, bo na studenckie konferencje chętnie zjeżdżają szefowie czołowych firm znad Wisły.

Zdaniem Niny Hałabuz, chociaż większość uczestników studenckich konferencji deklaruje w badaniach, że z powrotem do kraju poczeka kilka lat (chcą najpierw popracować za granicą), to wśród polskich specjalistów w City przybywa tych, którzy zaczynają zastanawiać się nad powrotem do kraju. Po pierwsze, rodzime firmy coraz częściej mogą im już zaoferować ambitne projekty (choć za stawki wciąż dalekie od londyńskich). Po drugie, przy obecnym rozwoju technologii bez większych problemów można łączyć pracę w Londynie z mieszkaniem w Polsce, gdzie jakość życia nawet za mniejsze pieniądze jest znacznie wyższa. Na te dobre warunki życia w kraju zwracał uwagę niedawny list ambasadora RP w Wielkiej Brytanii, Arkadego Rzegockiego, który odbił się szerokim echem w polskich i brytyjskich mediach. Ambasador apelował do Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii, by zadbali o uregulowanie swojego statusu albo rozważyli powrót do kraju, gdzie szybko rozwijająca się gospodarka stwarza coraz większe możliwości. Brytyjskie dane dowodzą, że chociaż od 2007 r. Polacy są najliczniejszą grupa obcokrajowców na Wyspach Brytyjskich, to ich liczba maleje. W 2018 r. zmniejszyła się prawie o 100 tys., spadając do 832 tys.

Jednak z badania NBP wynika, że jedynie co dziesiąty Polak przebywający czasowo w Wielkiej Brytanii zamierza skrócić swój pobyt w związku z brexitem. Choć eksperci banku zwracają uwagę, że szybka poprawa sytuacji gospodarczej w Polsce zmieniła nastawienie emigrantów. W ubiegłym roku rzadziej już deklarowali chęć pozostania za granicą na stałe niż jeszcze w 2016 r. Wzrosła za to grupa tych, którzy mówią o powrocie do kraju w dłuższej perspektywie, za ponad trzy lata.

Widać to szczególnie w Niemczech, gdzie grupa emigrantów planujących stały pobyt skurczyła się w ciągu dwóch lat z 49 do 27 proc. i w Wielkiej Brytanii, gdzie zmalała z 44 do 36 proc. Niewielka jest jednak grupa tych (średnio 15 proc.), którzy są zdecydowani w przyszłości wracać do Polski niezależnie od poziomu wynagrodzeń w kraju. – Cechą polskiej migracji jest płynność. Większość migrantów zostawia sobie otwartą furtkę – twierdzi Paweł Kaczmarczyk z OBM. Takiej postawie sprzyja zresztą swoboda przepływu pracowników w krajach Unii, a także niskie koszty transportu.

Jak jednak ocenia prof. Maciej Duszczyk, prorektor UW i członek Komitetu Badań nad Migracjami PAN, szanse na masowe powroty z zagranicy są iluzoryczne. Co prawda mamy jedną z najniższych stóp bezrobocia w Unii, a poziom wynagrodzeń w Polsce znacząco wzrósł w ostatnich latach, to jednak różnice w zarobkach w kraju i na Zachodzie są wciąż na tyle duże (dwu- i trzykrotne), że nie będzie dużej skali powrotów z Wysp. Tym bardziej że liczy się nie tylko wynagrodzenie, ale i jakość życia. Zdaniem prof. Duszczyka, w Wielkiej Brytanii musiałby wydarzyć się poważny kryzys, by wywołać falę wyjazdów.

A może praca w Dubaju?

W dodatku nie jest wcale pewne, czy wtedy część emigrantów nie przeniosłaby się do innego kraju zamiast wracać do Polski. Ludzie bowiem podejmują racjonalne decyzje, wybierając swoje miejsce do życia. Potwierdza to Jacek Ratajczak z fundacji PLUGin. Według niego motywem do osiedlenia się za granicą na dłużej albo do powrotu do kraju są często decyzje związane z wyborem życiowego partnera oraz z dziećmi. – Wtedy ludzie zaczynają kalkulować, gdzie bardziej opłaca się mieszkać – twierdzi Ratajczak. Taka właśnie kalkulacja skłoniła jego samego do powrotu z Londynu, gdzie wynajęcie niewielkiego mieszkania w przyzwoitej lokalizacji kosztuje równowartość ponad 10 tys. zł miesięcznie.

Prof. Duszczyk zwraca uwagę, że poprawa warunków życia i pracy w Polsce ogranicza nową emigrację. Czynnikiem, który znacząco wpływa na powstrzymanie wyjazdów zarobkowych jest program 500+. Nie wystarcza on jednak, by zachęcić do powrotu tych, którzy już tam mieszkają.

Ten efekt 500+ powinien być widoczny w statystykach migracyjnych GUS za 2018 r., na które trzeba jeszcze poczekać do listopada 2019 r. Dostępne już dane dotyczące emigracji na pobyt stały dowodzą, że od trzech lat utrzymuje się ona na podobnym poziomie niespełna 12 tys. osób. W zeszłym roku 11,8 tys. Polaków wyprowadziło się z kraju „na zawsze" (najwięcej do Niemiec), o prawie połowę mniej niż wynosiła średnia z pierwszej dekady po akcesji.

Z kolei liczba Polaków przebywających czasowo za granicą systematyczne rosła, choć w 2017 r. ten wzrost był już najmniejszy od lat i wyniósł tylko 25 tys. (niespełna jedną czwartą tego, co rok wcześniej). Poza krajem mieszkało wtedy 2,54 mln migrantów czasowych, przy czym ponad 80 proc. od ponad roku. Najwięcej Polaków było w Wielkiej Brytanii i Niemczech, które także w wyniku niepewności związanej z brexitem przyciągają coraz więcej pracowników z Polski.

Kamil Wołczyk, który w agencji zatrudnienia Work Service odpowiada za rynek niemiecki, twierdzi, że przybywa Polaków przeprowadzających się do Niemiec z Wysp. Robią to nie tylko ze względu na brexit, ale też bliższą odległość od domu. Na saksy za Odrę, które w Polsce mają już wielowiekową tradycję (określenie saksy pochodzi od wyjazdów zarobkowych do Saksonii), wyjeżdżają fachowcy, specjaliści, wykwalifikowani robotnicy przemysłowi i pracownicy bez kwalifikacji, chcący sobie dorobić w magazynach, nie wspominając o tysiącach Polek, które ratują niemiecki system opieki nad starszymi osobami. Przyciągają ich tam zarobki, bo nawet płaca minimalna w zależności od regionu wynosi 9,5–12 euro na godzinę, czyli 40–50 zł, i świadczenia socjalne.

Znaczącymi kierunkami wyjazdów zarobkowych są też Holandia przyciągająca głównie sezonowych pracowników (część z nich zostaje na dłużej) i Norwegia, która oferuje dużo wyższe zarobki, choć przy wysokich kosztach utrzymania.

Katarzyna Wachowska, kierownik zespołu ds. rekrutacji zagranicznych w Work Service, twierdzi, że polskich migrantów zarobkowych interesuje też praca w Czechach, gdzie pracownik bez doświadczenia zarabia miesięcznie 3,2–4 tys. zł netto, mając przy tym często zapewnione zakwaterowanie i wyżywienie.

Agencje zatrudnienia mają też coraz większy wybór ofert pracy na Bliskim Wschodzie, m.in. w Dubaju. Tamtejsze firmy poszukują u nas specjalistów, w tym lekarzy. Jak twierdzi Jacek Kopacz, konsultant ds. rekrutacji dla branży medycznej w Manpower, lekarze specjaliści są prawie dosłownie na wagę złota. Ale przybywa też ofert pracy w hotelach i restauracjach, głównie dla młodych ludzi bez kwalifikacji.

Zmierzch epoki emigracji

Jak jednak przypomina Paweł Kaczmarczyk, według długofalowych prognoz, migracja zarobkowa z Polski będzie malała. Ma to również związek ze zmianami demograficznymi, bo wraz ze starzeniem się polskiego społeczeństwa kurczy się u nas zasób potencjalnych emigrantów. Maciej Duszczyk zwraca uwagę, że Polska już zmieniła w ostatnich latach status migracyjny – wraz z napływem ponad miliona Ukraińców staliśmy się krajem imigracyjnym, chociaż emigracja nadal ma duże znaczenie. Także pozytywne; szefowie polskich firm nie kryją, że wysoko cenią kandydatów z zagraniczną edukacją i praktyką zawodową. – Tylko sięgając po pracowników z doświadczeniem zdobytym za granicą, polskie firmy mogą zwiększyć swoje szanse na zbudowanie trwałej obecności na rynkach międzynarodowych – przekonuje Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych (spółka prowadzi projekt „Go4Poland – Wybierz Polskę", który zachęca Polaków studiujących za granicą do planowania kariery zawodowej w polskich firmach).

Zdaniem prof. Duszczyka duża, silna dobrze zintegrowana diaspora, która utożsamia się z krajem pochodzenia, może być bardzo dobrym zapleczem do rozwoju. Problem w tym, że na razie nie jest. Choć coraz więcej Polaków robiących karierę w świecie podkreśla swoje korzenie. „Kiedy ktoś mnie przedstawia jako brytyjskiego przedsiębiorcę, grzecznie dziękuję i z uśmiechem przypominam: jestem z Polski" – twierdzi (w wypowiedzi na stronie ambasady RP w Londynie) Marta Krupińska, jedna z najbardziej znanych przedstawicielek polskiej diaspory technologicznej, współzałożycielka polsko-brytyjskiego startupu Azimo, szefowa londyńskiego kampusu Google for Startups.

Na razie ponad trzy czwarte polskich emigrantów przyznaje, że tylko sporadycznie kontaktuje się z rodakami albo w ogóle. Jeszcze rzadziej biorą udział w oficjalnych wydarzeniach polonijnych organizowanych przez polskie ambasady konsulaty czy parafie. To się może zmienić, bo w ostatnich latach przybywa inicjatyw, które stawiają sobie za cel integrację różnych grup rodaków mieszkających i pracujących za granicą. Prężnie działają organizacje polskich studentów na brytyjskich uczelniach, które organizują wspomniane konferencje Poland 2.0 Summit czy Polish Economic Forum, znane też w Polsce. Pojawiają się inicjatywy o globalnym zasięgu, jak działająca od pięciu lat PLUGin Polish Innovaton Diaspora, która integruje i wspiera Polaków pracujących w branży technologicznej. Ma już na koncie ok. 60 imprez w różnych częściach świata dla specjalistów i startupów z branży technologicznej (nie tylko Polaków), a w ubiegłym roku zarejestrowała fundację PLUGin. Jej współzałożyciele – Jacek Ratajczak i Maciej Halbryt, którzy wrócili do kraju po kilku latach pobytu za granicą, stawiają sobie ambitny cel: zintegrowanie Polonii 2.0 i promowanie nowego wizerunku polskiej emigracji – nowoczesnej, wykształconej i ciekawej świata.

Z kolei polskich naukowców integruje założona przed trzema laty Fundacja Polonium, której założyciele od 2012 r. organizowali w Wielkiej Brytanii konferencję Science: Polish Perspectives. Jej prezes Justyna Pielecka-Fortuna, neurobiolog, od 15 lat mieszka za granicą, wcześniej w USA, a teraz od dziewięciu lat w Niemczech, gdzie wraz z mężem, też naukowcem, pracuje na Uniwersytecie w Getyndze. Podkreśla, że to dzięki Polonium nawiązała i utrzymuje kontakt z polskimi naukowcami na całym świecie. W tym w Niemczech. Fundacja, która współpracuje m.in. z Narodową Agencją Wymiany Akademickiej i tworzy teraz portal internetowy dla naukowców pracujących za granicą, stara się ich integrować także poprzez konferencje i spotkania organizowane kilka razy w roku w różnych częściach świata. Justyna Pielecka-Fortuna przyznaje, że jej córki, gdy były małe, pytały czasem, skąd właściwie są. Teraz już wiedzą – czują się Polkami. 

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA