fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

„Dziecko z darów”. Strzelać do swoich dzieci

materiały prasowe
„Dziecko z darów" to lektura frapująca, a zarazem niewygodna. Tak jak w poprzednich tomach Justyny Bargielskiej tutaj też na wpół senny klimat, zatrzymany jakby w połowie drogi do histerii, sprawia, że czytelnik w trakcie lektury coraz bardziej się wierci. Potem zaczyna niespokojnie chrząkać, a na koniec nierzadko wzdryga się, wciąż jednak przewracając kolejne strony. Bo „jest dziwnie (...), ale przyjemnie" – jak czytamy w wierszu „W sobotę".

Posypana słodkościami quasi-barokowa makabra to znak rozpoznawczy Bargielskiej. Tak jak wyczulenie narratorki na kwestie metafizyczno-egzystencjalne. Vanitas dnia codziennego dopada ją między zabawą z dziećmi lub czytaniem im na dobranoc a czekaniem na tramwaj. Ma ciągoty bluźniercze, bo czasem jej się śni, że zakochuje się w niej Jezus, który „zostawia dla niej kościół". Takich samozwańczych apokryficznych motywów jest tutaj więcej, ale to tylko konsekwencja w poezji Bargielskiej, która sakralny wymiar bycia kobietą przepracowuje od dłuższego czasu.

Poetka próbuje znaleźć w języku miejsce dla macierzyństwa, ale szerzej – z perspektywy kobiety, ?a nie z pozycji matki. Co nie zmienia faktu, że dla obu istotne jest nieredukowalne napięcie między sprzecznymi rolami do odegrania, dojmującą wrażliwością oraz oczekiwaniami innych. Krócej, ale też szumniej mówiąc: wadzenie się z rzeczywistością. „Pokładłam dzieci do łóżek, choć próbowałam je zastrzelić" ?– wyznaje w jednym z wierszy, żeby za chwilę je tulić i głaskać.

Nierealne wzorce rodzicielskie panoszą się w przestrzeni publicznej, więc takich odtrutek jak poezja Justyny Bargielskiej, która rozbraja język rodzicielskich poradników i „parentingowych" blogów, nigdy dość. W jej wierszach macierzyństwo to egzystencjalna prowokacja. Nie trzeba być wyrodnym rodzicem, żeby czasem zadać sobie pytanie: „Po co wrzuciłam w taki świat swoje dzieci?". Piszący te słowa spędził pół roku na urlopie tacierzyńskim z córką, więc w pokorze prosi o zaufanie: wiem, co mówię. I czuję chwytającą za gardło solidarność z Bargielską, strzelającą w wyobraźni do potomstwa.

Poetka w wierszu „moje dzieci, kiedy mówią sorry" pisze, że „są jak prehistoryczne stworzenia, które dopłynęły do brzegu praoceanu i próbują powiedzieć, że coś im nie poszło, błoto było za gęste, bóg miał inne plany" – tym samym przekonująco miesza porządek eschatologiczny z ewolucyjnym. Po czym, a jakże, całuje je, bo przecież magiczne dzieciństwo to zbroja na całe życie, a świadomość tego tylko potęguje rodzicielskie tortury.

Siła tych wierszy znajduje się na styku mowy, nawiedzających obrazów i zwykłej codzienności. Wniosek z tego taki, że ratunek pozostaje w języku i  w przymierzu słowa z doświadczeniem – czasem bełkotliwym, czasem widmowym, ale jednak wyrażalnym.

Wszystko to jest utrzymane w tonacji raczej negatywnej, bo pisanie Bargielskiej jest bardziej spod znaku poszukiwania i opukiwania języka z różnych stron, tak żeby słowo otuliło w końcu szczelnie to, czego ostatecznie okazuje się, że już nie ma. We „Wszystko dla" autorka uchyla nieco ze swojej strategii pisarskiej, bo „jedyne, czego może spróbować przepisywacz znaków,/to siąść w ciemnościach i tłumaczyć ludziom, zwierzętom, ptakom, glizdom i kamieniom:/to, że zgasły, nie znaczy, że nigdy nie świeciły/Pod warunkiem, że sam nie boi się ciemności". Bargielska boi się ciemności, ale okrywa się nią jak kocem, dlatego powstają takie perły jak w „Dziecku z darów".

Jest coś ulotnego w tych wierszach, co sprawia, ?że trzeba się spieszyć z ich czytaniem, jakby za chwilę miały wyparować. Podobno wierszy się nie kończy, wiersze się porzuca. Tym razem Bargielska jakby porzuciła je trochę wcześniej niż zwykle, ale i tak wyszło im to tylko na dobre.

Justyna Bargielska, „Dziecko z darów", Wydawnictwo Wolno

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA