fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus na wybory

Niemądre mitologie ubarwiają politykę, ale nie czynią jej mądrzejszą

Dzielenie wyborców na „lepszych” i „gorszych” nie czyni polskiej polityki mądrzejszą. Na zdjęciu głosowanie w wyborach w 2015 roku w Gluchowie k. Rawy Mazowieckiej
Rzeczpospolita/ Marian Zubrzycki
Czy potomkowie pańszczyźnianych chłopów stali się chytrymi klientami władzy oczekującymi od niej tylko prezentów? Ci, którzy w to wierzą, stają się więźniami ułomnej diagnozy.

Aktor Jerzy Stuhr wyraził w rozmowie z Tomaszem Lisem przypuszczenie, że zwolennicy PiS pochodzą od chłopów folwarcznych. To kolejny liberalno-lewicowy celebryta pracujący gorliwie na rzecz powiększenia zwycięstwa partii Jarosława Kaczyńskiego. Obok Wojciecha Pszoniaka, a spoza tego grona Klaudii Jachiry czy Lecha Wałęsy, będzie pewnie wymieniany jako współautor klęski opozycji, której tak bardzo sprzyja.

Stuhr na tropie chłopów

Ta domorosła socjologiczna teza człowieka, który nie ma wiedzy, ale ma poglądy, jest oczywiście nonsensem łatwym do wykrycia także dla laika. Wystarczy potoczna wiedza o dziejach Polski po roku 1945. Cały naród, wobec wytępienia znacznej części i tak nielicznej przedwojennej, postszlacheckiej lub postmieszczańskiej inteligencji, jest w swej przeważającej części chłopski. Czyli w ostateczności folwarczny, bo chłopów wolnych było w pierwszej Rzeczypospolitej niewielu.

Można by się nawet natrząsać ze szczegółowych paradoksów. Masy drobnej szlachty z Mazowsza czy Podlasia, oddzielone od świata pańszczyzny odrębnym statusem i świadomością, ciążą ku PiS bardziej z powodów ideowych niż ekonomicznych. Z kolei masy ludności popegeerowskiej, zwłaszcza z Ziem Odzyskanych, wciąż skłaniają się ku opozycji (choć z przyczyn socjalnych mniej niż kilka lat temu). Te masy są z pewnością produktem chłopskiego dziedzictwa i chłopskiej kultury.

Ale nie ma co się wdawać w takie szczegółowe licytacje. Także większość obecnych elit, politycznych, gospodarczych, kulturalnych, to potomkowie chłopów, nawet jeśli sam Stuhr jest potomkiem krakowskiej rodziny mieszczańskiej. Próby tworzenia nowych map społecznych według dzisiejszych wyznaczników są równie absurdalne jak próba przedstawiania PiS jako zbiorowego dziedzica Polski AK-owskiej, „genetycznych patriotów”. Niemądre mitologie, świadectwo teatralizacji i popkulturyzacji polskiej polityki, ubarwiają ją, ale nie czynią mądrzejszą.

Ciekawsze jest co innego. Pseudohistoryczna opinia Stuhra to część szerszego zjawiska, które już opisywałem w „Plusie Minusie na wybory” – swoistego, jak to napisał Sławomir Mrożek, „buntu góry przeciw dołom”, hejtowania zwykłych wyborców przez celebrytów popierających opozycję. Pamiętamy Krystynę Jandę wieszającą na swoim profilu rysunek wiejskiej baby służącej ręce z banknotem. Teraz kolejny aktor mówi: „Polacy dają się kupić PiS”. Ba, idzie dalej: „Polacy prowadzą cyniczną grę z partiami”. Figura nawiązująca do czasów pańszczyzny to tylko wstęp, podglebie krytyki dzisiejszej sporej części polskiego społeczeństwa.

Polak, czyli klient władzy

Nie jestem zwolennikiem immunitetu wyłączającego kogokolwiek z krytyki. Także narodu czy jego sporej części. Ciekaw jestem tylko, w jakim stopniu ta potoczna opinia opisująca obecny mechanizm wspinaczki PiS ku zwycięstwu została przejęta przez osoby bardziej miarodajne dla polskiego życia umysłowego niż aktor Stuhr. Kiedy słucha się lub czyta takich uczonych jak socjolog Radosław Markowski czy prawnik Wojciech Sadurski, poziom ich refleksji wydaje się zbliżony do najbardziej prymitywnych memów.

To idzie nawet bardziej w głąb, wykracza poza felietonistykę. Oto socjolog prof. Przemysław Sadura i publicysta lewicowy Sławomir Sierakowski opublikowali badania nad polskimi wyborcami, tytułując wyniki „Polityczny cynizm Polaków”. Trudno uznać tytuł za neutralny. Ich teza zasadnicza brzmi: większość wyborców (ale przede wszystkim wyborcy PiS) prowadzi z władzą swoistą grę. Biorą od niej kolejne prezenty socjalne, czy szerzej finansowe, rewanżują się małym zaangażowaniem w sprawy ogólnoobywatelskie, ba, jeśli tolerują władzę, to z pozycji swoistej apolityczności.

Kryje się w tej konkluzji rozżalenie. Choćby o obojętność wobec politycznych pretensji opozycji, która chciałaby uwalniać sądownictwo i inne sfery rzeczywistości z gorsetu rządowych regulacji, jej zdaniem quasi-autorytarnych.

Istotnie, PiS przelicytował wszystkich transferami socjalnymi, a w ostatnim roku po prostu wyborczymi prezentami, korzystając z takiego nastawienia wielu Polaków albo wręcz je generując (to, czy mieliśmy do czynienia bardziej z pierwszym czy drugim, jest przynajmniej w komentarzach do badań niejasne). Można też ubolewać nad obojętnością wyborców wobec sporu o rozwiązania ustrojowe. Pytania o model sądownictwa dosięgną ich, kiedy sami popadną w jakiś konflikt interesów z władzą. Czy jest to, jak chce Sierakowski, „destrukcyjne dla demokracji przedstawicielskiej”? Możliwe.

Ale… Czytam komentarze luminarzy lewicy: Andrzeja Ledera czy Kingi Dunin, do tych badań. Odmieniają oni przez wszystkie przypadki słowo klientelizm. Gdzieś u podstaw drzemie wyłożone przez Ledera wprost przekonanie, że to nastawienie godne chytrych wieśniaków.

To zabawne. Kilka lat temu niektórzy luminarze lewicy, także komentatorzy „Krytyki Politycznej” najmocniej zajmującej się teraz tymi badaniami, ubolewali nad pozostałościami szlachetczyzny w polskiej mentalności. Pierwiastek chłopski miał nas czynić jednak racjonalnymi, praktycznymi, odpornymi na różne szaleństwa, ideologiczne, geopolityczne i jakie jeszcze można sobie wyobrazić. Szaleństwa kojarzone z prawicą. Teraz możemy wyczytać między wierszami, że chłopskość utrudnia nam osiągnięcie statusu społeczeństwa obywatelskiego.

Kiedy byliśmy samodzielni?

No dobrze, spytam jednak, jak to było wcześniej? Czy powiedzmy siedem lat temu, w apogeum dominacji PO, Polacy byli bardziej samodzielni w myśleniu? Zainteresowani refleksją ustrojową? Polityczni?

Bywali wtedy chwaleni za preferowanie takich wartości jak wolność indywidualna i samodzielny sukces, choć czasem jednym tchem oskarżani o roszczeniowość. Czy w tym wszystkim razem przejawiał się ich klientelizm czy jego brak? Z pewnością Leder czy Dunin takiej akurat hierarchii zainteresowań i wartości hipotetycznego Polaka nie sprzyjali, bo nie są liberałami. Ale na alarm nie bili.

A już Sławomir Sierakowski zdawał się w takim modelu społecznych relacji czuć całkiem dobrze, wręcz coraz lepiej. Nie narzekał na wycofywanie się swoich współobywateli w prywatność, na wybór spokoju w ogródku z grillem – przy pozostawieniu spraw publicznych panu Tuskowi, tak jak kiedyś Leopold Staff zostawiał je Marszałkowi. Wystarczyło, że powstrzymywano w ten sposób tych najbardziej nieoświeconych – z prawicy.

Nie chodzi jednak tylko o wzajemne wypominki, co komu kiedyś przeszkadzało, a co przeszkadza teraz. Istotniejsze pytanie brzmi: czy badania Sadury i Sierakowskiego odkrywają immanentną cechę Polaków czy ich stan przejściowy, wynikły ze splotu okoliczności?

Szukam odpowiedzi w arcyciekawym wywiadzie dla Gazety.pl, jakiego udzielił psycholog prof. Piotr Radkiewicz. Powiedział on rzecz skądinąd oczywistą, ale wciąż trudną do ostatecznego przyjęcia przez część dawnych elit.

„Swego czasu prof. Janusz Czapiński przedstawił pewną koncepcję, którą nazwał teorią niewdzięczności społecznej. Miała on tłumaczyć dlaczego rządy wprowadzające radykalne reformy są później skazane na wyborczą porażkę. Dotyczyło to pierwszego okresu transformacji ustrojowej po 1989 roku i raczej nie pasuje do dzisiejszego kontekstu, ale istotny jest jeden z filarów tej koncepcji.

Otóż badania nad procesami atrybucji pokazują, że ludzie więcej uwagi poświęcają na dociekanie przyczyn swoich porażek niż na dociekanie przyczyn sukcesów. Poza tym odpowiedzialnością za porażki obarczają przede wszystkim czynniki zewnętrzne, z rządzącymi na czele, a przyczyn swojego powodzenia szukają na ogół w sobie. Gdyby tak było zawsze, to rządzący z góry mogliby zapomnieć o jakiejkolwiek wdzięczności. Zdaje się, że rządy PiS-u pokazują, że kluczowy jest pewien szczegół. Związek między własnym powodzeniem życiowym i tym, co robi rząd, musi być konkretny i namacalny. Wtedy nawet politycy mogą liczyć na pewną dozę wdzięczności. Innymi słowy, przynajmniej od czasu do czasu zamiast wędki do łowienia ryb trzeba dać rybę. Mówiąc wprost, zamiast podwyższać kwotę wolną od podatku, dać 500 zł do ręki”.

Czasem głosujemy różańcem

Można by tu oczywiście przypomnieć także wnioski nieobce autorom „Krytyki Politycznej”. Choćby o odkładaniu na wieczność perspektywy konsumowania owoców wzrostu, z nieśmiertelnym refrenem władzy: „Nie ma pieniędzy”. Wystarczyło raz wykazać, że być może nie starała się ona ich znaleźć, a ludzie zapragnęli uwierzyć w cuda. Wierzą w nie zresztą bez wielkich emocji, ostrożnie. Czy nie mają do tego prawa?

Jest to wniosek niekoniecznie krzepiący, ale elementarny. Nie wiemy tylko, co stanie się z tym dalej. PiS nauczył całą klasę polityczną pokory wobec wyborców i zarazem daleko posuniętej sztuki kuglowania. Z tego nie musi wynikać w finale samo dobro. Ale bezrozumna złość na Polaków to ostatni wniosek, jaki powinien z tego wynikać.

Skądinąd zaś rozważania o klientelizmie mają jakiś, ale jednak ograniczony, sens także z innego powodu. Marek Migalski, bardzo niefortunny polityk, ale wcześniej obiecujący politolog, głosił kilkanaście lat temu chwytliwą formułkę: Polacy głosują bardziej różańcami niż portfelami. Spory ideowe, godnościowe, miały być istotniejsze od społeczno-ekonomicznych. Tak się mogło zdawać zwłaszcza z perspektywy lat 90., kiedy żywy był tak zwany postkomunistyczny podział dotyczący stosunku do PRL. Polacy kłócili się o wartości, za to model liberalnej transformacji był podtrzymywany, z pewnymi korektami.

PiS, choć nieunikający ideologicznych zaangażowań, zakwestionował ten aksjomat. Wywrócił stolik, stąd formułka „klientelizmu” podejmowana także przez lewicowych intelektualistów dąsających się na tę drogę wychodzenia z liberalnych dogmatów. Można by więc podejrzewać, że skończył się czas głosowania różańcami. Wyborców kupuje się za transfery pieniędzy. Zasysa wielką pompą.

Czy jednak jest to cała prawda? Prof. Piotr Radkiewicz dowodzi, że niekoniecznie. Skokowy wzrost poparcia dla PiS podczas kampanii europejskiej wiąże on nie z redystrybucyjną „piątką Kaczyńskiego”, ale z niepokojem wywołanym tematami ideologicznymi. Operuje nawet konkretnymi terminami.

Wbrew stereotypowi liberalnych polityków i mediów Radkiewicz za powód wrzenia nie uważa eksplozji rzekomej homofobii PiS, lecz inicjatywy drugiej strony: kartę praw LGBT prezydenta Trzaskowskiego i falę wojowniczych marszów równości. To wszystko miało wystraszyć skądinąd całkiem tolerancyjnych, ale bojących się skrajności normalsów. Jeszcze dalej posunął się w tej argumentacji prof. Janusz Czapiński. W wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” o porażkę liberalnej koalicji obwinił film braci Sekielskich dotyczący pedofilii w Kościele. Miał on zmobilizować nadprogramowo kilka procent wyborców, dla których Kościół i religia są ważne. Prof. Czapiński jest ostatnią osobą, która uprawiałaby prawicową propagandę.

Może więc „klientelizm” Polaków to tylko jeden z czynników decydujących o obecnych nastrojach Polaków? Ważny, ale nie wiadomo, czy przesądzający.

Prof. Radkiewicz spróbował bardziej kompleksowego objaśnienia mechanizmu przewagi obecnego obozu rządzącego. Ma to być mieszanina różnych recept, socjalnych, obyczajowych i czysto politycznych. Ich wspólną cechą są różne rodzaje tożsamościowości będące odpowiedzią na bezduszny etos demokracji proceduralnej obecnej opozycji.

Wiemy, że niewiele wiemy

Dla takich ludzi jak ja demokracja proceduralna jest ważna. Nie przejmuję więc tych obserwacji z satysfakcją. Ale ciężko je podważać, są spójne i przekonujące. W obecnym układzie sił przesądzą one prawdopodobnie o wyniku wyborów.

W przyszłości to się może zmienić albo w następstwie kataklizmu (załamanie się finansów, kiedy roszczeniowy elektorat okaże brak wdzięczności dawcom prezentów), albo po całkowitej przebudowie sceny, przede wszystkim po stronie opozycji.

Skądinąd zaś te debaty unaoczniają mi coś jeszcze. Daleko posuniętą bezradność socjologów i politologów w opisie rzeczywistości. On jest zawsze fragmentaryczny lub hipotetyczny.

Powtarzają się tylko pewne jego elementy. Nawet w badaniach Sadury i Sierakowskiego wrócił wątek znany już z wcześniejszych ustaleń, choćby większego otwarcia na rzeczywistość wyborców PiS udzielających swojemu liderowi jedynie warunkowego i chłodnego poparcia.

Ale są też znaczące różnice. Sadura i Sierakowski twierdzą, że prowincjonalne elektoraty PiS i PO są do siebie dość podobne. Prof. Radkiewicz kładzie z kolei nacisk na skrajnie rozbieżne wartości obu tych grup: mocny komunitaryzm kontra równie konsekwentny indywidualizm. Możliwe, że chodzi o inne momenty czasowe lub przestrzenie badań albo o różnice w innych sferach. Ale to jasno nie wynika.

My, polityczni komentatorzy, błąkamy się między różnymi stereotypami. I to może smutniejsze niż fakt, że rozemocjonowany aktor opowiada nonsensy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA