Opinie

Czasami trzeba kalać własne gniazdo

Adobe Stock
Czy bardziej przysłuży się wizerunkowi zawodu nabranie wody w usta w obliczu kryzysowej sytuacji, czy otwarta konfrontacja z nią? Kto wiarygodniej przedstawi praktyki nierzetelnych przedstawicieli zawodu lekarza, nauczyciela, psychologa, inżyniera – dziennikarz czy wykształceni przedstawiciele tych zawodów? – zastanawia się psycholog i autor książek popularnonaukowych.

Ceną, jaką płacimy za akceptację grupy, jest lojalność wobec innych jej członków. Jej gwarantem jest lęk przed ostracyzmem społecznym – mechanizm ukształtowany najprawdopodobniej w wyniku ewolucji. Znalezienie się poza obrębem grupy znacząco minimalizowało szanse przetrwania, ci zaś, którzy takiego lęku nie okazywali, prawdopodobnie nie mieli zbyt wiele szans przekazania swoich genów następnym pokoleniom. Niedawno opublikowane wyniki badań pokazały, że nawet tak banalna rzecz jak zainteresowanie popkulturą jest powodowana nie siłą jej przyciągania, ale lękiem przed znalezieniem się poza obrębem grupy, przed poczuciem „wypadnięcia z obiegu".

Przez większą część naszej historii było to kwestią dość banalną – grupę stanowiła rodzina, plemię, do którego należeliśmy – i nie mieliśmy specjalnego wyboru. Obecnie przybrało to jednak formę niezwykle złożoną. Występujemy na co dzień w tak wielu różnych rolach i przynależymy do tak wielu różnych grup, że czasem lojalność w stosunku do wszystkich staje się postulatem niewykonalnym. Różna też bywa konsekwencja z jaką grupy egzekwują lojalność wobec swych członków. Brak lojalności wobec mafii w zasadzie oznacza realizację tylko jednego scenariusza. Nieprzestrzeganie zasad takich grup jak grypsujący również bywa dotkliwie bolesna. Dość stanowczo egzekwują solidarność grupową takie instytucje, jak wywiad, wojsko, policja czy Kościół. Swobodniej, aczkolwiek ciągle konsekwentnie wymagają jej firmy, w których pracujemy, szkoły, do których uczęszczamy, czasami stowarzyszenia, do których należymy, czy kluby sportowe. W tych ostatnich najczęściej mamy sporą możliwość wyboru i zmiany grupy bez poważnych konsekwencji dla naszej integralności fizycznej i psychicznej.

Cena lojalności

Ciekawym zjawiskiem, jakie pojawiło się w obszarze egzekwowania lojalności, są normy etyczne i ich manipulacyjne wykorzystywanie w stosunku do członków grup zawodowych. Nierzadko stawia ich to przed dylematami etycznymi, które nie wynikają z rzeczywistego konfliktu wartości, lecz ze sprzeczności pomiędzy realizowanymi wartościami a oczekiwaniami grupy. Oto bowiem okazuje się, że – jak zdecydował w 2009 r. poznański sąd pracy – nauczyciel nie ma prawa publicznie krytykować szkoły, nawet jeśli ta działa wbrew interesom uczniów. Nauczyciel dotkliwie przekonał się o tym, że w oczach sądu realizacja podstawowej misji zawodu nauczyciela jest wartością podrzędną w stosunku do lojalności wobec pracodawcy, a on sam rozwiązał dylemat w sposób niekorzystny dla siebie.

Również inżynierowie należący do Polskiej Izby Inżynierów Budownictwa bywają karani za publiczną krytykę innych przedstawicieli swojego zawodu. Podobnie zobowiązywani do lojalności są radcowie prawni, pielęgniarki i położne, coachowie należący do Izby Coachingu, adwokaci w ramach swojej kancelarii, psychologowie i lekarze. W wielu z tych sytuacji wymóg lojalności bywa akceptowany na zasadzie nieskrępowanego wyboru – należymy do jakiejś organizacji, więc akceptujemy jej wymogi etyczne. Jeśli zaczynają nas one uwierać, odchodzimy. Tracimy korzyści wynikające z przynależności, ale nie musimy ponosić osobistych kosztów w postaci kompromisów z własnym systemem wartości.

Są jednak i takie zawody, w których kodeksy etyczne nie są kwestią wyboru – albo je akceptujemy, albo tracimy prawo wykonywania zawodu, do którego przygotowywaliśmy się ciężko przez wiele lat naszych studiów i specjalizacji. Takim zawodem jest lekarz, który albo zaakceptuje kodeks etyki lekarskiej, albo traci prawo wykonywania swojego zawodu, nie tylko przynależność do grupy lub pracę u konkretnego pracodawcy. Szczególnie więc w takich zawodach wyraźnie zarysowują się dylematy etyczne powstające pomiędzy realizacją nadrzędnej wartości, jaką jest dobro pacjentów, a wymogiem lojalności wobec własnej grupy zawodowej. W przypadku lekarzy reguluje je art. 52 kodeksu etyki lekarskiej mówiący, że „Lekarz powinien zachować szczególną ostrożność w formułowaniu opinii o działalności zawodowej innego lekarza, w szczególności nie powinien publicznie dyskredytować go w jakikolwiek sposób".

Z jednej strony słusznie, chroni to zawód lekarza przed utratą zaufania społecznego czy przed stosowaniem nieuczciwej konkurencji polegającej na dyskredytowaniu innych przedstawicieli tej profesji. Co ma jednak zrobić lekarz w sytuacji, kiedy się dowiaduje, że jego kolega po fachu zaproponował pacjentowi leczenie, które naraża go na ewidentną szkodę? Ostrzec tego pacjenta czy pozwolić mu opuścić gabinet, licząc na to, że będzie mógł się skontaktować z tym lekarzem, przekonać go o błędnej decyzji i powiadomić na czas pacjenta? Co zrobić, kiedy jest się proszonym przez sąd podczas publicznej rozprawy o wydanie opinii na temat leczenia prowadzonego przez innego lekarza? Ujawnić popełnione błędy czy przemilczeć? Artykuł 52 zdaje się w obu przypadkach sugerować to drugie rozwiązanie. Na szczęście jednak dla lekarzy z pomocą w rozwiązywaniu tych dylematów przyszła decyzja Trybunału Konstytucyjnego, który w wyroku z 2008 r. jasno mówi, że merytoryczna krytyka w imię szeroko pojętego interesu publicznego jest zgodna z konstytucyjną zasadą wolności słowa i prawa do krytyki, i nie powinna podlegać ograniczeniom przez kodeks etyki lekarskiej.

Kuriozalne sytuacje

Warto jednak się zastanowić, czy w przypadku lekarzy ów kaganiec, jakim jest artykuł 52, przysłużył się wizerunkowi zawodu lekarzy czy raczej zaszkodził? Czy postrzegamy środowisko lekarzy jako grupę ludzi, którzy wbrew wszystkim okolicznościom wybierają dobro pacjenta, czy raczej milczącą zgodą większości unikają dyskusji o błędach i zaniedbaniach ich kolegów? Czy przeciętny pacjent jest przekonany, że w przypadku krzywdy wyrządzonej przez lekarzy może liczyć na wsparcie i pomoc ze strony tego środowiska, czy raczej kwituje taką sytuację stwierdzeniem: „z lekarzami i tak nie wygrasz". Wreszcie, czy szacunek do zawodu można zadekretować artykułami kodeksów etycznych i egzekwować go naganami i upomnieniami, czy raczej otwartością na krytykę i dyskusję o popełnianych błędach?

Jeszcze bardziej kuriozalna sytuacja ma miejsce w zawodzie psychologa. W zasadzie pozbawiony jakichkolwiek szczegółowych regulacji prawnych w zakresie standardów etycznych bywa obszarem zawłaszczanym przez ludzi próbujących narzucić innym swój punkt widzenia. Wyrazem tego jest art. 1 kodeksu etyczno-zawodowego psychologów zatwierdzonego w 1991 r. przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne, który mówi: „Zasady Kodeksu Etyczno-Zawodowego obowiązują wszystkich polskich psychologów". Czy im się to podoba, czy nie, czy są członkami owej organizacji, czy też mają ją w pogardzie, autorzy owego kodeksu i ich sukcesorzy nakładają na wszystkich obowiązek podporządkowania się im – niczym feudalni władcy. Czy przypadkiem nie jest to spuścizna „starych dobrych czasów", kiedy to wolność stowarzyszania się była fikcją, a organizacje branżowe decydowały o wszystkim? A może po prostu wyraz tęsknoty za nieskrępowaną władzą?

Ów kodeks, którego zapisów obecni sukcesorzy najwyraźniej się nie wstydzą, zawiera również art. 11 analogiczny do tego, który obowiązuje lekarzy. Brzmi on następująco: „Krytyczna ocena pracy i działalności innych psychologów nie powinna mieć charakteru deprecjonującego osobę i w żadnym przypadku nie może służyć do rozgrywek osobistych. Psycholog powstrzymuje się od wydawania takich ocen w obecności osób postronnych, dbając o niepodważanie zaufania do psychologii i psychologów". I znowu, podobnie do lekarzy, psychologowie respektujący ten kodeks stają przed dylematami etycznymi, w których dobro pacjentów lub klientów bywa kładzione na jednej szali, a lojalność w stosunku do przedstawicieli własnej grupy zawodowej na drugiej.

Etyka Kalego

Psychologom w rozwiązywaniu tych dylematów nie przyszedł w sukurs Trybunał Konstytucyjny, ale pewne wydarzenia z nieodległej historii rzucają ciekawe światło na to, jak bywają one traktowane. Oto w lutym 2013 r. psychologowie publicznie potępili wypowiedzi dwóch innych psychologów – Zbigniewa Nęckiego i Teresy Gens – publikując w mediach protest zatytułowany „Przeciw psychologii na odległość". Moim zdaniem protest ten nosił znamiona medialnego linczu i w sposób bezprecedensowy deprecjonował osoby, przeciwko którym był skierowany. Jego treść stała w jawnej sprzeczności ze wspomnianym art. 11. Podpisało się pod nim wielu znanych psychologów, członków PTP i osób sprawujących w stowarzyszeniu funkcje zarządcze. Etyka Kalego? Obawiam się, że gorzej, bo uważna analiza ówczesnych wydarzeń pokazuje, że to najpierw dziennikarze ujawnili i nagłośnili etyczne odstępstwa w zachowaniach Zbigniewa Nęckiego, a dopiero później powstał tekst protestu, pod którym podpisali się oburzeni uczeni. Cóż, coś trzeba było zrobić z tym szumem medialnym, który szkodził zaufaniu do zawodu.

Nie chciałbym być w tym miejscu źle zrozumianym. Nie bronię ówczesnych zachowań ani Zbigniewa Nęckiego, ani Teresy Gens. Sam wielokrotnie i publicznie protestowałem przeciwko podobnym praktykom i uważam, że należy je piętnować, ale nie uważam się za sukcesora kodeksu etyczno-zawodowego psychologów i nie akceptuję jego zapisów. Jeśli jednak ktoś stoi na straży jakichś zasad i jednocześnie swoim zachowaniem sprzeniewierza się im, to możliwe są co najmniej dwie przyczyny takiego stanu rzeczy. Albo zapisy owego kodeksu nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością i należy je zmienić, albo ludzie, którzy deklarują wierność tym zasadom, są obłudni. Chciałbym wierzyć, że to pierwsze, choć nie rozumiem, dlaczego po pięciu latach od tamtych wydarzeń zapisy te pozostały niezmienione.

Aby odpowiedzieć na pytanie, czy można zadekretować szacunek dla danej profesji, warto wprowadzić na scenę przedstawicieli jeszcze jednego zawodu – naukowców. Reprezentują oni różne dziedziny i zajmują się wszystkimi wymienionymi w tym felietonie obszarami zawodowymi, ale łączy ich jedna wspólna cecha – otwartość na krytykę. Nauka zawdzięcza swój rozwój nieustannej krytyce. Każda praca naukowa jest recenzowana przez krytycznych recenzentów i redaktorów, badania poddaje się replikacji, a hipotezy falsyfikuje. Bywa, że naukowcy są bezlitośni dla swoich kolegów podczas debat i dyskusji merytorycznych. Jakkolwiek niektórzy z nich w sposób charakterystyczny dla istot ludzkich wzdragają się przed krytyką, próbują czasem zepchnąć ją na łamy czasopism fachowych, to jednak nie znajdziemy chyba żadnego kodeksu etycznego naukowców, w którym publiczna krytyka byłaby otwarcie potępiana, a szacunek dla tego zawodu wymuszany jego zapisami. Przy okazji warto zwrócić uwagę na fakt, że zarówno kodeks etyczny lekarzy, jak i kodeks etyczno-zawodowy psychologów w zasadzie uniemożliwiają pracę naukową, której istotą jest krytyka. Gdyby naukowcy, którzy bywają lekarzami, inżynierami, psychologami i przedstawicielami innych zawodów, zaczęli poważnie traktować zapisy tych kodeksów, musieliby porzucić swoje zajęcie, a podczas dyskusji i konferencji milcząco przytakiwać najbardziej niedorzecznym wypowiedziom.

Mówić co w domu

A teraz spójrzmy na corocznie publikowane sondaże zaufania społecznego. Niezmiennie na pierwszym miejscu królują strażacy. Bardzo często w czołówce pojawiają się naukowcy lub profesorowie uniwersytetów. Dopiero gdzieś pod koniec pierwszej dziesiątki pojawiają się lekarze, a zaufania społecznego do psychologów i psychoterapeutów prawdopodobnie w ogóle się nie bada, bo nie udało mi się znaleźć tej profesji w rankingach. Czy pozycja w tych zestawieniach zależy od zapisów kodeksów etycznych i metod ich egzekwowania, czy raczej od sposobu, w jaki traktuje się głośne nadużycia i błędy? Czy bardziej przysłuży się wizerunkowi zawodu nabranie wody w usta w obliczu kryzysowej sytuacji, czy otwarta konfrontacja z nią? Kto rzetelniej przedstawi praktyki nierzetelnych przedstawicieli zawodu lekarza, nauczyciela, psychologa, inżyniera – dziennikarz czy wykształceni przedstawiciele tych zawodów? Wreszcie, czy bardziej godna zaufania jest dziedzina, w której problemy dostrzegają i wyciągają na światło dzienne dziennikarze, czy też taka, kiedy tę rolę spełniają przedstawiciele tej dziedziny?

Przemilczanie wstydliwych tematów ma w Polsce długą tradycję. Wyraża ją dobitnie mądrość ludowa „Nie mów nikomu, co się dzieje w domu". Jeszcze dosadniej brzmią słowa „Zły to ptak, co własne gniazdo kala". Niewielu jednak pamięta mądre pytanie Norwida: „Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala, czy ten, co mówić o tym nie pozwala?".

Autor jest doktorem psychologii, przez wiele lat związany był z Instytutem Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego, jest także autorem licznych książek m.in. „Zakazana psychologia" i „Psychomanipulacje"

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL