fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Cykle rozkwitu i upadku|

Adobe Stock
Okres prosperity dowolnego kraju kończy się wraz z początkiem degradacji elit politycznych. Wtedy, kiedy aparat rządzący, który został wybrany w celu obrony interesów swoich obywateli, zaczyna mieć obsesję na punkcie pieniędzy i władzy.

W systemie kapitalistycznym żyjemy w cyklach koniunkturalnych. Także państwo przeżywają fazy kryzysu, depresji, ożywienia i rozkwitu.

Kiedyś prawidłowości te nie były łatwe do zaobserwowania ze względu na krzywą perspektywę, wynikającą z odnoszenia się tylko do doświadczeń kilku pokoleń wstecz. Wszystkie nasze obserwacje i wnioski pochodziły z mikroperspektywy. Punkt widzenia z perspektywy makro po raz pierwszy został zaprezentowany przez włoskiego filozofa Giambattista Vico w jego książce „Nauka nowa” (1725), opisującej cykle, według których nacje rozkwitają i upadają.

Z przedstawionej teorii wynikają dwie wiadomości: dobra i zła. Za złą możemy uznać to, że jesteśmy zakładnikami z góry określonych mechanizmów społecznych, ekonomicznych i politycznych. Dobra jest taka że, jesteśmy szczęśliwcami przeżywającymi rewolucję XXI wieku niemalże w każdej sferze. Umożliwia to nam wyciągnięcie wniosków z doświadczeń przodków.

Historycznie się złożyło, że społeczeństwo potrzebuje elit, utożsamia je z wysoką kulturą polityczną i poprawnym zachowaniem. Niestety rzeczywiste oblicze polityki jest zwykle dalekie od tego wzorca. Ryba psuje się od głowy. Okres prosperity kraju kończy się wraz z początkiem degradacji elit politycznych. Ma to miejsce, kiedy aparat rządzący, który został wybrany w celu obrony interesów swoich obywateli, zaczyna mieć obsesję na punkcie pieniędzy i władzy, zapominając o swoim pierwotnym przeznaczeniu.

Na przestrzeni lat obserwowaliśmy osoby o różnych intencjach, celach i strategii zarządzania. Były osoby, którym udało się nie zawieść zaufania wyborców. Ale również takie, które na zawsze sprzęgły władzę z biznesem, co zapoczątkowało erę układów politycznych.

Tylko w XX wieku doświadczyliśmy upadku takich imperium jak: brytyjskie, eosyjskie, austriacko-węgierskie, osmańskie, wielkiej Japonii, ZSRR. Niewątpliwie do fazy depresji – według cykli koniunkturalnych – możemy odnieść Wielki Kryzys z lat 1929–1933 oraz okres po I wojnie światowej. Każde imperium osiągnęło swój szczyt, a potem zmierzch. Złożyło się na to kilka czynników: wojny i agresja mająca na celu poszerzenia granic za wszelką cenę. Ogromne terytorium jest jednak trudne do zarządzania: istnieją różnice społeczno-kulturowe i religijne, wreszcie wielkie odległości. Wszystko to ma przełożenie na sytuację ekonomiczną kraju i na społeczne nastroje, powodując osłabienie poczucia przynależności do państwa.

XXI wiek to era nowych technologii i nieograniczonych możliwości. Wydawałoby się, że konflikty zbrojne, gry polityczne i nierówności społeczne mają szansę zostać zapomniane jak koszmar senny i pozostać co najwyżej wspomnieniem przeszłości. Przecież jak nigdy dotąd mamy unikalną szansę przerwania poruszania się w cyklach koniunkturalnych dzięki możliwości wyciągnięcia wniosków z błędów popełnianych latami. Niestety, wkroczyliśmy jednak w wiek zjawisk ekstremalnych. Wielkie odkrycia naukowe idą w parze z fatalnymi skutkami ubocznymi takimi jak choćby degradacja środowiska.

Dzisiaj mówimy o nadciągającym okresie spowolnienia. Przemawia za tym kilka czynników: wojny handlowe, protekcjonizm i niepewność geopolityczna. Niestety, niepewność ta nie objawia się wyłącznie w postach użytkowników mediów społecznościowych i znajduje przełożenie np. na wydatki zbrojeniowe. Sztokholmski instytut SIPRI informuje o 2,6-proc. o wzroście wydatków na broń w 2018 r. do 1,8biliona dolarów w skali światowej. Na pierwszym miejscu w rankingu tych wydatków są Stany Zjednoczone, które przystąpiły do modernizacji swoich sił zbrojnych. Nie ustępują im Chiny, których wydatki zbrojeniowe w ciągu 10 lat zwiększyły się aż o 83 proc. Czołówkę zamyka Arabia Saudyjska – największy na świecie importer broni - z wydatkiem w granicach 67,6 mld dol.

Obecnie świat destabilizują: wojna handlową między Chinami i USA, brexit, wojna rosyjsko-ukraińska w Donbasie, konflikt polityczny w Wenezueli, wreszcie zmiany klimatyczne, ataki hakerskie, rosnące nierówności społeczne, kryzys migracyjny… Jesteśmy u progu narastającego kryzysu.

Współczesne wojny toczą się na dwóch płaszczyznach – medialnej i zbrojnej. Przy czym ta pierwsza wymknęła się nam spod kontroli, gdy wyrażanie opinii i kolportowanie dowolnych treści – zarówno prawdziwych jak i fałszywych – stało się niezwykle łatwe i dostępne dla każdego. Autorytet dziennikarzy został odstawiony na boczne tory, a jego miejsce zajęły treści publikowane na portalach społecznościowych przez dowolnych użytkowników.

Przykładem jednego z najbardziej znanych fake newsów było rzekome poparcie Donalda Trumpa przez papieża Franciszka (prawie milion interakcji na Facebooku). Inny przykład: „New York Times” podliczył, że prezydent Trump przez pierwsze 153 dni prezydentury skłamał 100 razy.

To wszystko znieczuliło nas na otaczające problemy, nad którymi przechodzimy do porządku dziennego. Nasza świadomość rozmywa się między faktami i fake newsami, między wielkimi obietnicami i bezradnością na co dzień.

Czy to oznacza, że jesteśmy tuż przed zakończeniem kolejnego wielkiego cyklu? W tym miejsce należy postawić kropkę i drukowanymi literami napisać słowo „refleksja”. Zreflektować musi się każdy poczynając od polityków, którym udaje się szybko przechodzić od głośnych obietnic po dbanie wyłącznie o swoje interesy, po zwykłych obywateli, którzy dokonują wyborów „w ciemno”, bo myślą tylko w skali mikro.

Autorka jest absolwentką Szkoły Głównej Handlowej (kierunek e-commerce), pasjonatką nowych technologii, zawodowo od kilku lat związaną z branżą IT.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA