fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Niewolnica Aida śpiewa piosenki Eltona Johna

„Aida” jako spektakl teatralny jest perfekcyjnie precyzyjna
materiały
W nowym przeboju Teatru Roma mniej jest inscenizacyjnych szaleństw, dominują prostota, precyzja, świetne tempo oraz dobrzy wykonawcy.

„Aida" to utwór na swój sposób niepowtarzalny. Nie jest to musical rockowy, nie ma też w niej ciągot, by wzorem mistrza gatunku Andrew Lloyd Webbera, dorównywać operze, choć temat wzięto od Giuseppe Verdiego.

Należałoby więc raczej powiedzieć, że to świetnie skrojony musical środka, ale ważniejsze jest to, iż „Aidzie" nadał indywidualny charakter kompozytor Elton John. Do kilku charakterystycznych dla jego stylu, chwytliwych piosenek (choćby „Like Father, Like Son") dodał coś z gospel, reggae, soulu i muzyki etnicznej.

Powstał melanż atrakcyjny, ale i zaskakujący dla opowieści wziętej z dostojnego świata opery.

Historia egipskiego dowódcy Radamesa, który miał poślubić córkę faraona, Amneris, a zakochał się w nubijskiej niewolnicy Aidzie i to córce władcy państwa walczącego z Egiptem, została przecież w całości przeniesiona z jednego z najpopularniejszych dzieł Verdiego.

Porównanie oryginału z przeróbką pokazuje różnice między oboma gatunkami. W operze widz zostaje wprowadzony w sam środek konfliktu. Nie wiemy, kiedy i jak Radames poznał Aidę, liczy się tylko to, że musi dokonać tragicznego wyboru: czy iść za głosem serca czy wybrawszy córkę wroga, zdradzić ojczyznę.

Musical jakby nie dowierzał widzom, więc wyjaśnia im wszystko. Miłość rodzi się na ich oczach – od pierwszego spotkania po tragiczny finał, gdy Radames i Aida decydują się razem umrzeć. Dodano też negatywną postać Dżaresa, ojca Radamesa, który uknuł spisek, by doprowadzić do posadzenia syna na tronie. A przede wszystkim zniknęła operowa hieratyczność postaci. Aida, Radames i Amneris zachowują się całkiem współcześnie i o uczuciach mówią tak jak ci, którzy siedzą na widowni.

Od najsłynniejszych produkcji musicalowych ostatnich dekad różni „Aidę" jeszcze to, że nie stara się olśnić widza techniką i inscenizacyjnymi gadżetami zapierającymi dech – latającym helikopterem czy spadającym na ziemię gigantycznym żyrandolem. To musical niemal kameralny, wszystko, co najważniejsze, rozgrywa się między kilkoma postaciami. Pod tym względem bliski jest Verdiemu, u którego jak u Eltona Johna sceny zbiorowe są efektownym dodatkiem, by widz nie poczuł się znudzony.

Sprawne oko widza dostrzeże jednak, jak wiele pomysłowości wymagała „Aida" od reżysera Wojciecha Kępczyńskiego, by udało się zachować płynność akcji, składającej się z wielu różnorodnych scen. Spektakl w Teatrze Roma jest bowiem perfekcyjnie precyzyjny.

Scenografia Mariusza Napierały, składająca się z kilku ruchomych bloków oraz wizualizacji, błyskawicznie przenosi akcję z pałacowych wnętrz na brzeg Nilu. Kostiumy Doroty Kołodyńskiej, łączące staroegipską stylizację ze współczesną modą, zaskakują rozwiązaniami.

Na podkreślenie zasługuje piaskowo-rdzawa konsekwencja kolorystyczna przedstawienia, które jako tzw. wersja non-replica nie mogło powielać oryginału z Broadwayu. W Teatrze Roma udało się wykreować własny świat „Aidy".

Wyrównany jest poziom taneczno-wokalny prezentowany przez cały zespół oraz wykonawców głównych ról. Dobrze śpiewają Anastazja Simińska (Aida) i Monika Rygasiewicz (Amneris), potrafią przy tym zróżnicować charaktery swych bohaterek. Poziomem wokalnym dorównał im Marcin Franc (Radames), zabawną postać, także aktorsko, stworzył Michał Piprowski jako służący Mereb. Niezawodny jest Jan Bzdawka (Dżares). To prawdziwy weteran Teatru Roma, występował na tej scenie 21 lat temu w pierwszej premierze Wojciecha Kępczyńskiego „Crazy for You".

Na Broadwayu „Aidę" zagrano ponad 1800 razy, ale, co ciekawe, musicalem Eltona Johna nie zainteresował się londyński West End. O jego los w Romie można być spokojnym.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA