fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Zamaskowana radość

Jerzy Maksymiuk poprowadził na festiwalu wspaniały koncert
slvb, Bruno Fidrych
Koncerty na żywo cechuje dziś ogromna wzajemna życzliwość publiczności i artystów, a także przyjemność słuchania połączona z obawą.

Niemal równocześnie kończą się dwie duże imprezy: pierwsza to Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena przeniesiony z czasów całkowitego lockdownu na październik i ze zmienionym kompletnie programem, bez udziału gości ze świata. Trudno bowiem dziś planować duży festiwal z udziałem muzyków zagranicznych, bo nie wiadomo, czy będą w stanie przyjechać.

Zamiast konkursu

Doświadczył tego cykl recitali pianistów zorganizowany w błyskawicznym tempie, gdy stało się jasne, że w październiku nie odbędzie się Konkurs Chopinowski. W zaplanowanych dla niego terminach prezentowali się więc w Warszawie laureaci z przeszłości. Zabrakło jednak tego bardzo oczekiwanego Amerykanina Erica Lu. Jego recital odwołano w niemal ostatniej chwili.

Nie oznacza to, że zabrakło atrakcji. Ponad dwutygodniowy program zatytułowany „Przed wielkim konkursem" przyniósł rzeczy, które i w normalnym życiu muzycznym miałyby znaczącą wartość, choćby spotkanie ze zwycięzcą Konkursu Chopinowskiego z 2015 r. Seong-Jin Cho. Była więc okazja, by przekonać się, czy młody Koreańczyk, którego sukces sprzed pięciu lat wprowadził na światowe estrady, rozwinął swój talent. A w minioną niedzielę można było posłuchać dawno niegrającej w Warszawie zjawiskowej Amerykanki Kate Liu.

Występy na żywo – bo były przecież też transmisje w radiowej Dwójce i online – były dostępne dla garstki szczęśliwców. Szykowane z ogromnym trudem imprezy już w trakcie ich trwania dopadło wprowadzenie żółto-czerwonej strefy pandemicznej, w których może być jedynie zapełnionych 25 proc. miejsc na widowni. Gdy taki nakaz wprowadzono, trzeba było z dnia na dzień wielu posiadaczy biletów informować, że nie mogą przyjść na koncert czy spektakl. Dla organizatorów to najbardziej frustrująca konieczność, znacznie gorsza od innych perturbacji.

Ludzie spragnieni są kontaktu z muzyką na żywo, czego nie zastąpi nawet najdoskonalszy streaming. Radość obcowania z nią czuło się w sali Filharmonii Narodowej, którą dzieliły się obie imprezy. Nie przeszkadzały maski na twarzy, a bywalcy koncertów wiedzą już, że polskie sale są miejscem bezpiecznym i zorganizowanym wręcz wzorowo. Możemy równać się z perfekcyjnymi Niemcami, gdzie przeprowadzono badania, z których wynika, że przy ścisłych rygorach sanitarnych powiększenie liczby widzów jest możliwe.

Kontaktu z żywym odbiorcą bardzo też potrzebują artyści. Występ nawet dla garstki widzów to zupełnie coś innego niż granie do pustej sali, co nadal praktykują władze Polskiego Radia w swym Studiu im. Lutosławskiego. Muzycy w niezamaskowanych oczach publiczności szukają reakcji na to, co dla niej przygotowali.

Widzowie są dziś bardzo życzliwi dla artystów, ale bardziej starannie wybierają spośród rozmaitych propozycji. Nie każdy ma odwagę przychodzić codziennie na koncert, gdy festiwal trwa kilkanaście dni. A przy widowni zapełnionej w myśl nakazów jedynie w jednej czwartej tym wyraźniej widać, co cieszy się mniejszym zainteresowaniem.

Dwaj kompozytorzy

Z takim problemem musiał się więc zmierzyć październikowy Wielkanocny Festiwal Beethovenowski, który kończy się w czwartek koncertem Sinfonii Varsovii. Wystąpili na nim wyłącznie polscy artyści, a utwory dobrano tak, by nie trzeba było robić zwyczajowych przerw i zakończyć całość maksymalnie po 90 minutach.

Te utrudnienia nie zaszkodziły festiwalowi, wręcz przeciwnie: okazał się zwarty i miał wyraźną myśl programową. Dziewięć koncertów poświęcono przede wszystkim Krzysztofowi Pendereckiemu, ukazanemu ciekawie w mniej znanej, kameralnej wersji, oraz Beethovenowi, także na tle innych twórców jego epoki.

Nie zabrakło autentycznych wydarzeń. Należał do nich zwłaszcza koncert Jerzego Maksymiuka z orkiestrą Filharmonii Narodowej. 84-letni mistrz zinterpretował II Symfonię Beethovena jako dzieło przepełnione młodzieńczą energią, a „Polymorphię" Pendereckiego poprowadził z żelazną logiką. Niezwykle ważny był koncert dyrygowany przez Łukasza Borowicza, który wydobył z zapomnienia operę „Faniska" Cherubiniego, włosko-francuskiego kompozytora, którego Beethoven uważał za swojego mistrza.

W przypadku solistów festiwal postawił na młodych pianistów: Szymona Nehringa, Łukasza Krupińskiego czy Andrzeja Wiercińskiego. Zagrał on nie tylko koncert Chopina, ale w czwartkowym finale zastąpi kolejną nadzieję polskiej pianistyki – Aleksandrę Świgut. Zaproszenie ich jest bardzo ważne, w czasach koncertowego krachu młodzi artyści znaleźli się w szczególnie trudnej sytuacji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA