fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

„Werther": miłość skazana na tragiczny finał

Piotr Beczała jako Werther w Operze Narodowej w spektaklu Willy’ego Deckera
TW-ON, Krzysztof Bieliński
Gdyby nie pandemia, „Werther" byłby wydarzeniem rangi europejskiej, bo prawdziwa sztuka się nie starzeje.

Losy spektaklu ważyły się do ostatniej chwili, ostatecznie jest grany, ale dla skromnej liczby widzów, z powodów do końca niezrozumiałych. Rygor sanitarny w Operze Narodowej panuje zdecydowanie większy niż na weselach, na które władza patrzy życzliwie. Pozostaje mieć nadzieję, że gdy pandemia minie, „Werther" Julesa Masseneta pozostanie u nas na dłużej.

Inscenizacja Willy'ego Deckera pozyskana przez Operę Narodową liczy ćwierć wieku . Dla współczesnego teatru to cała epoka, tyle się zmieniło przez te lata w traktowaniu klasycznych dzieł. A jednak spektakl niemieckiego reżysera przewyższa o klasę lub dwie wiele obecnych niby-awangardowych propozycji. Potwierdza, że wielka sztuka nie jest jednosezonową modą.

Willy Decker (rocznik 1950) to marka światowa. Powiedział kiedyś: – Mamy wśród nas sporo szarlatanów, którym wydaje się, że wystarczy dzieło hałaśliwie rozbić na części. Tak pod szyldem nowoczesnego teatru reżyserskiego powstaje wiele złych przedstawień. Tymczasem mnie interesują inscenizacje mające formę, prowokujące, a przy tym o wewnętrznej głębi.

Sedno tragedii

Potwierdzeniem tego jest „Werther", przykład charakterystycznych cech teatru tworzonego przez Deckera. Jego spektakle są niemal ascetyczne, każdy detal wprowadzony na scenę ma znaczenie, a charakterystyczny styl inscenizacji jest osadzony w tradycji europejskiej kultury.

– Niezmiennie zajmuje mnie pytanie, jak dotrzeć do esencji utworu – przyznaje też Willy Decker i owo jądro tragedii pokazuje już w obrazie dodanym do orkiestrowego wstępu „Werthera".

Zderzył w tym spektaklu zimno-szary mieszczański dom Charlotty, gdzie wisi portret zmarłej matki, która przed śmiercią zadecydowała o losie córki, oraz świat natury w słonecznych żółciach i błękicie. To tam przebywa Werther, który myśli jednak o samobójstwie, bo nigdzie nie może znaleźć dla siebie miejsca.

Te dwa obrazy będą przenikać się aż do tragicznego końca. Willy Decker nie zrezygnował z kostiumu z epoki (inspiracją dla Masseneta była przecież powieść Goethego), ale potrafi unieść się ponad banalny realizm. Drugoplanowym postaciom Schmidta i Johanna, przyjaciół ojca Charlotty (świetni Jacek Ornafa i Jasim Rammal-Rykała), nadał cech niemal szatańskich, pojawiają się zawsze w momentach ważnych, jak zapowiadacze kolejnych zdarzeń.

Są też odniesienia do surrealistycznego malarstwa René Magritte'a, balansującego na granicy realności i fantazji, oraz do kubizmu (obraz prowincjonalnego miasteczka, gdzie ponad maleńkie domy wyrasta Werther). A finałowy portret rodziny Charlotty przywodzi na myśl spektakle Tadeusza Kantora. Skądinąd wpływ polskiego artysty na reformatorów teatru operowego końca XX wieku wart jest odrębnego opracowania.

Muzyczne pułapki

O jakości „Werthera" w Operze Narodowej zadecydował wszakże nie tylko Willy Decker. Cóż byłaby warta ta miłosna opowieść bez muzyki Julesa Masseneta. Patrick Fournillier, nowy dyrektor muzyczny Opery Narodowej wie, jak wydobyć to, co istotne w tej partyturze, kompozytor zawarł w niej nie tylko dramat tytułowego bohatera, ale i tło zdarzeń. Bez bogactwa orkiestrowego brzmienia ta opera stałaby się zbyt konwencjonalna.

W dwóch pierwszych przedstawieniach wystąpił Piotr Beczała. Werther to jedna z najważniejszych ról w jego dorobku, po raz pierwszy miał okazję zaprezentować ją polskiej, choć nielicznej, publiczności. I wzniósł spektakl na poziom u nas niespotykany. Jego kreacja jest przemyślana i dopracowana w najdrobniejszych szczegółach – od szczęścia znalezionej miłości po tragedię finału.

Prosta fraza „Tak to ja!", gdy w III akcie Werther wraca do ukochanej Charlotty, miała siłę wyrazu rzadko spotykaną nawet w teatrze dramatycznym, słynna aria z wierszami Osjana zawierała taką dawkę poezji, że premierowa publiczność zgotowała artyście owację już w jej połowie.

Trudno partnerować artyście tej klasy i Irinie Zhytynskiej to się nie udało. Jej rozwibrowany głos nie jest odpowiedni do partii Charlotty, umiejętności wniknięcia w tekst też zabrakło. Stanisław Kuflyuk (Albert, mąż Charlotty) obdarzony jest ładnym, głębokim barytonem, ale i on nie bardzo zrozumiał, że „Werther"ka wymaga zniuansowanego frazowania i starannego podążania nie tylko za nutami, ale i za tokiem francuskiej mowy.

Objawieniem stała się Sylwia Olszyńska (Sophie). Dobrze wypadł Jerzy Butryn (Sędzia). Nie narzekajmy więc, ta premiera jest czymś niezwykłym na polskich scenach.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA